<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Niezwalczone sztandary
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1923
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIV.

Osiadłszy w swym obozie i ściągnąwszy ze wszystkich stron oddziały — stary doktor przyprowadził z Kazania stukilkudziesięciu ludzi i kilkanaście koni — major uspokoił się i zabrał się raźno do roboty.
Bugurusłan był miasteczkiem niewielkiem a mimo to za carskich czasów stała w nim brygada piechoty, zaś oprócz tego znajdowały się też duże magazyny. Major nie mógł usunąć tych oddziałów rosyjskich, jakie już w Bugurusłanie zastał, niewiele sobie jednak z tego robiąc, objął komendę nad całym garnizonem i wkrótce doprowadził do porządku zbolszewiczałą i rozpuszczoną hordę rosyjską. Był pedant i cierpieć nie mógł zaniedbania w mundurze, właściwego tak żołnierzom jak i oficerom rosyjskim. Zirytowany widokiem oficerów, wałęsających się po mieście stale w szynelach rozpiętych lub też zarzuconych tylko na ramiona, nawet przeciwko temu wystąpił i specjalnym rozkazem zmusił ich do zapinania płaszczów.
Był to człowiek niezbyt może rozległych horyzontów, ale uczciwy, rzetelny, żołnierz sumienny, oficer twardy. Daleki od teroryzowania żołnierza, karał jednak łatwo i surowo. Subtelności polityczne dla niego nie istniały; każdy wojskowy Polak, bez względu na to, w jakiej armji służył i jakiej był orjentacji, jego zdaniem, podpadał pod jego władzę. Z niechętnymi nie żartował, z opornych istotnie porobił drużyny robotnicze, które za darmo chleba nie jadły, bolszewików rozstrzeliwał bez najmniejszych ceremonij.
Słabą jego stronę stanowiła ambicja, która czyniła go zawistnym i nieufnym i pchała go do centralizowania wszystkiego w swoich rękach. Chciał zrobić wszystko, co mu kazano, nawet więcej, ale chciał być sam, jedyny, o wszystkiem decydujący. Tę ambicję trudno mu było przełamać, a jeśli gdzie musiał ustąpić, nie zapominał i miał za to zawsze urazę.
Taki jakiś dyktator polski byłby nawet może w owych czasach w Rosji i na Syberji pożądany i kto wie, czy, opierając się na karnem i bitnem wojsku, sam jeden powagą swego imienia nie sprawiłby więcej, niż stu najdzielniejszych agentów danej organizacji, ale musiałby to być człowiek w Rosji znany, z dużem nazwiskiem, a równocześnie nietylko znający Rosję lecz orjentujący się świetnie w jej rewolucyjnych przemianach. Tych warunków major, skromny oficer brygady karpackiej, nie posiadał. Człowiek niepozorny, skromnych i prostych manier, nie był nawet dostatecznie „reprezentacyjny”. Ratowała go do pewnego stopnia siwizna, która nadawała mu wzbudzający szacunek i zaufanie, wygląd starego, doświadczonego oficera, mimo iż miał wszystkiego — dwadzieścia osiem lat.
Tak tedy major zasiadł w swym obozie, obwieściwszy Polskiemu Komitetowi Wojennemu, iż przystępuje do formowania dywizji. Miała to być dywizja strzelecka, składająca się z trzech pułków strzeleckich o trzech bataljonach, bataljonu szturmowego, kompanji saperów, kompanji kolejowej, pułku artylerji i pułku ułanów z pełnemi sześciu szwadronami.
Łatwo sobie wyobrazić radość członków Komitetu, mimo że teraz dopiero spadał na nich ogrom pracy. Trzeba było, póki rzeki nie zamarzną. wysłać ajentów i pościągać ludzi z odległych miejscowości syberyjskich, z Tary w Tobolskiej gubernji, z Barnaułu, z Semipalatyńska. Trzeba było zorganizować i rozszerzyć punkty werbunkowe na Wschód, do Irkucka i dalej. Trzeba było do posłuszeństwa zmusić jakiegoś byłego rosyjskiego pułkownika, który, nie uznając ani Hallera ani majora, organizował bataljon na własną rękę w Irkucku i ani mu w głowie było przenieść się do Bugurusłania. Widząc, iż mu Czesi i Rosjanie wyrywają od czasu do czasu z rąk jakiś oddział, major postanowił przyśpieszyć tempo pracy i zażądał przeprowadzenia mobilizacji, a równocześnie wołał o lekarzy, buty, mundury, broń, kociołki dla żołnierzy i tysiące innych rzeczy. Członkowie Komitetu pracowali do upadłego, zwozili i wysyłali rzeczy i ludzi ze wszystkich stron — a naraz zaczęły dochodzić dziwne, niezrozumiałe, hiobowe wieści — liczba wojska w obozie, zamiast wzrastać, topniała z dnia na dzień.
Rozumie się. Major „dekował“ ludzi, nie przyznawał się do tego, ilu ich ma.
A Niwiński wciąż mieszkał w wagonie i jeździł. Był w Czelabińsku, u komendanta korpusu czesko-słowackiego, Syrowego, który tymczasem został już jenerałem, i musiał mu wytłumaczyć istotę zatargu z jenerałem Tumanowem i przecie wyprosić karabiny maszynowe. Był znów w Omsku wykłócić się z chytrym doktorem Praszilem, który udając, że nie wie, co się dzieje, wysłał na roboty w polu nie tylko Niemców i Madjarów, ale także częściowo i Polaków. Wyskrobał w obozie jeńców dziennikarzy, których odesłał inżynierowi, organizującemu w Ufie prasę. To znów gnał do zdobytego świeżo przez Czechów Jekaterynburga, aby „powąchać powietrze“, dopilnować zluzowania na froncie nieszczęsnego legjonu omskiego i zaciągnąć różnych kompletnych informacyj u nowych przyjaciół z czesko-słowackiej Rady Narodowej, mającej wówczas swą siedzibę w okolicy Republiki Przeduralskiej — a zdarzyło się właśnie, że Ryszan, jego kuzyn i przyjaciel, awansowawszy na kapitana, został czemś w rodzaju ministra wojny i rozgościł się w Jekaterynburgu, w pięknym pałacu Koziełł-Poklewskich. Tak załatwiał Niwiński różne sprawy, jeżdżąc niezmordowanie i wożąc z sobą stale mały oddział żołnierzy, którzy byli żandarmami (dla postrachu), emisarjuszami i wywiadowcami zarazem. Gdy Niwiński użerał się z Czechami i Moskalami albo „konferował“ ze „sopłeczeństwem”, zaś Curuś, elegancko ubrany, lecz nie rzucający się w oczy, siedząc w kącie pierwszorzędnej kawiarni, obserwował nieznacznie, kto i o czem z kim mówi, żołnierze, wyjąwszy paru, pilnujących wagonów, rozchodzili się po mieście — zaglądali na punkt zborny, na plebanję, do obozu jeńców, do „Domu Polskiego“, bywali czasem na wiecach i na zgromadzeniach, a potem, wieczorem, dzielili się w wagonie swemi wrażeniami z chorążym lub z Niwińskim.
Przedsiębiorczy chorąży kazał trochę poprzerabiać wozy. Z wagonu drugiej klasy wyrzucono kilka niepotrzebnych kanap, przez co powstało coś w rodzaju saloniku-gabinetu, do którego wstawiono zwykły, duży stół, zrobiony w stolarni kolejowej, i parę ciężkich stołków; dla większej parady nakryto stół ciemnym kocem. Druga połowa wozu służyła za sypialnię. Swój wóz chorąży też uszlachetnił i, wyrzuciwszy z niego parę ławek, urządził sobie „kancelarję“, którą przyozdobił półkami i szafkami, a prócz tego umieścił w niej dwa tapczany.
Każdy żołnierz eskorty biegły był w jakiemś rzemiośle. I tak byli dwaj krawcy, dwaj szoferzy, kucharz, szewc, stolarz — ludzie różnych kunsztów, a przeto w oczach chorążego wielce szacowni i pożądani. Curuś nie lubił marnować rzemieślników i otaczał ich szczególnie życzliwą opieką.
Przywykli do włóczęgowskiego życia. „Na lądzie“ było niby lepiej — ciepła strawa, towarzystwo, dziewczęta — ale spokojniej żyło się w drodze, w wagonie, choć tam za cały wikt musiały służyć konserwy, wędliny chleb, herbata. Co innego wysiąść przypadkiem na Uralu, rozpalić ogień, piec na nim konserwy i na tem miejscu, gdzie może płakali kiedyś pędzeni w Sybir wygnańcy, zaśpiewać mocnym głosem „Hej, strzelcy wraz!“ ku zdumieniu Moskali, nieżyczliwie patrzących na żołnierzy polskich i pytających półgębkiem „Atkuda oni wzialis,“ co innego jakaś parada, ale tak na codzień, najlepiej było w wagonie, z temi milami ziemi, uciekającej z przed oczu, i z tem niebem, wszędzie błękitnem i głębokiem.
Podróżowało się łatwo — bez biletów. Wystarczyło napisać służbowe „trebowanie“ do komendanta czy naczelnika stacji „Wagony nr. 2302 i 3084 przyłączyć do pociągu nr. 4“. Nikt nie pytał w jaki sposób Niwiński do tych wagonów przyszedł — wystarczała pieczątka z literami P.K.W. Kontakt żywy i bezpośredni z poszczególnemi centrami utrzymywano łatwo zapomocą licznych telegramów. Niwiński miał urzędowe bloczki blankietów, na których pisał depeszę, opatrując ją napisem „wojennaja, sroczno“ i swą pieczątką. Po drodze na każdej większej stacji kolejowej czekały nieraz całe stosy depesz, czasem treści stanowczo za mało urzędowej, jak naprzykład „Poszukaj w wagonie mojej skóry na buty“ — ale to zdarzało się rzadko.
Te uciążliwe zresztą podróże miały jedną fatalną stronę: zabierały zbyt dużo czasu. Trudno ich było uniknąć. Ktoś musiał czuwać w Samarze przy Czeczku nad frontem, ten ktoś musiał się od czasu do czasu z kimś znieść, a pisać nie można było. Były wciąż różne sprawy w czeskiej komendzie korpuśnej w Czelabińsku, w Radzie Narodowej w Jekaterynburgu, w Polskim Komitecie Wojennym w Omsku.
Otóż w celu ujednostajnienia akcji, porozumienia się i scentralizowania prac w jednem dogodniejszem miejscu, zwołano zjazd Komitetu do Jekaterynburga.
— Komitet przeniesie się najprawdopodobniej do Jekaterynburga! — mówił Curuś — Czesi mówią, że otrzymali od Francuzów rozkaz „Tete na Zachód!“ Mówi się o marszu na Permę i wyciągnięciu frontu od Uralu do Archangielska.
— To mi się mniej uśmiecha! — kręcił Niwiński z niezadowoleniem głową — To kraj ponury i beznadziejny! Ja wolałbym na Wschód. Nie wiemy, co się tam dzieje.
Inauguracyjne posiedzenie zjazdu odbyło się w czeskiem ministerstwie wojny, w pałacu Koziełł-Poklewskich, w cudownej sali przyjęć z gwiaździstym błękitnym stropem i ciemnemi, poważnemi obiciami; Curuś, dla większej uroczystości ugarnirował salę „żandarmami“. Oprócz członków i delegatów P.K.W. obecny też był major, kilka delegacyj polskich a także i czeski „minister wojny“ ze swym adjutantem.
Obserwując zgromadzenie, Niwiński pomyślał naraz, jak szalenie właściwie zdolny jest naród polski. Młodzi ludzie, którzy jeszcze dwa miesiące temu zupełnie nie zdawali sobie sprawy z położenia, dziś znakomicie orjentowali się we wszystkich bardzo złożonych problemach wojskowych, ekonomicznych i politycznych, będących w związku z formacją dywizji. Ogromne obszary zostały przetrząśnięte, nadchodziły sprawozdania od emisarjuszów, jeżdżących po dalekich krajach, a płatnych z powodu szczupłości funduszów tak oszczędnie, że właściwie stać ich było tylko na suchy chleb. Ci oficerowie i podoficerowie tygodniami, miesiącami wałęsali się po odległych gubernjach, wyłuskwiając z nich poszczególnych a wartościowych ludzi — tu znakomitego specjalistę do karabinów maszynowych, tam artylerzystów i szoferów, tu znów kowali, kawalerzystów, techników itp. Żaden trud nie był dla nich zbyt ciężki, żadną zdobyczą nie gardzili. Było w tem wszystkiem tyle poświęcenia, tyle niezmordowanie czynnej miłości sprawy polskiej, że Niwiński aż się zdumiał.
— Polska musi być! — rzekł nagle do Curusia. — Już to widzę! Najskromniejszy żołnierz buduje ją w swem sercu. Wcale nie prawda, abyśmy byli mniej uświadomieni od Czechów. Oni znają lepiej historję, ale my mamy w masie silniejszy instynkt narodowy. Ich patrjotyzm jest wyrozumowany — nasz z serca.
Major był nadęty. Znowu mu się zdarzyła nieprzyjemna historja. Proszono go, żeby dał gdzieś kompanję — nie dał, zaciął się — a wtedy bolszewicy wleźli w niezatkaną niczem dziurę i odcięli Ufę. Zrobił się znowu skandal.
— Dałem już jeden szwadron ułanów jako straż przyboczną temu ich ministrowi wojny w Samarze! — żalił się. — Dałem mu ich pod tym warunkiem, żeby mi dał spokój — nie, znowu daj kompanję! Dam cały pułk, ale nie będę dawał po kompanji.
W tajemnicy przyznał się, że przystąpił już do organizacji trzeciego pułku. To też na komitet zaczynał się dąć. Pragnął usług — nie chciał nad sobą opieki.
Curuś nie brał udziału w obradach. Włóczył się po mieście za jakąś podejrzaną misją szwedzką, krążył koło willi, w której wymordowano rodzinę carską, kręcił się po kawiarniach, a wieczorem siadał na stacji w herbaciarni i przysłuchiwał się opowiadaniom żołnierzy.
A wtem Niwiński przyleciał do niego rozpromieniony, nie panujący nad sobą z radości.
— Curuś! Jedziemy!
— No więc wreszcie skończyło się to gadanie! Zaraz napiszę „trebowanie“. Do którego pociągu?
Ale Niwiński złapał go za oba ramiona i zaczął nim trząść.
— Warjacie! Jedziemy na Daleki Wschód jako misja wojenno-polityczna! Wysyłają mnie! Bierzemy piętnastu żandarmów na rozpłodek! Będziemy zakładali polskie punkty zborne w Chinach, na Sachalinie, nad Amurem i nad Oceanem Spokojnym!
Teraz dopiero zacny chorąży zrozumiał, a zrozumiawszy, złapał znów Niwińskiego za ramiona. I tak siedzieli, trzęsąc sobą, wyjąc i patrząc sobie triumfująco w oczy.
— Ale że oni się zgodzili! — dziwił się Curuś.
— Prosta rzecz! Major i inżynier chcą osłabić komitet, major dlatego, że chce być sam, a inżynier dlatego, że chce zostać jedynym oficjalnym reprezentantem rządu — ambasadorem, wiesz? Więc komitet zredukowali, jednego ci wysłali aż do Turkestanu a mnie na Daleki Wschód.
— Kto jedzie?
— No, ja, dla propagandy, na wywiad z Czechami i ententą i tak dalej, jeden kapitan sztabu generalnego — wywiad wojskowy — ten gruby „misjonarz“ co to przyjechał z Moskwy na wywiad partyjny i „konferencje ze sopłeczeństwem“, jakiś tam chłystek z intendentury, jako komendant eskorty, i piętnastu żandarmów.
— Wagony bierzemy?
— A czemżebyśmy pojechali?
— E, czekajże, bracie, to ja to każę poprzerabiać! Przecie niepodobieństwo żywić się przez całą drogę zimnemi konserwami i herbatą. Nawet my nie znieślibyśmy tego. Każę w warsztatach zbudować kuchnię, każę „pluskiewnik“ dezynfekować!...
— Curuś! To będzie miljon rubli kosztować!
Ale chorąży roześmiał się tylko.
— Machorą im zapłacę, bracie, machorą, rozumiesz? Za machorę to ci rodzoną matkę sprzedadzą, bo palić niema co — a ja „fasowałem“ u Czechów gdzie tylko mogłem.
Ale Niwiński już chciał jechać.
— Żeby to tylko zbyt długo nie trwało! — niepokoił się. — Ty nie masz pojęcia, jak ja... jak ja...
Wybuchnął:
— Wyjechać stąd! Widziałem Syberję w lecie, zieloną, dla nas... gościnną, pokorną a jasną słoneczną... Widziałem ją zdobytą, zdobytą bagnetami... Tu gdzieś mój dziad przez rózgi biegał... Osiemset pałek dostał... Ja, wnuk powstańca, wyskrobałem z tej samej ziemi parę tysięcy bagnetów polskich... To moja Syberja... „Cierpiętniczej“ nie chcę...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.