<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Niezwalczone sztandary
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1923
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXV.

Po gruntownej lecz bezskutecznej dezynfekcji „pluskiewnika”, czyli wagonu osobowego drugiej klasy, i zupełnem przerobieniu wagonu Curusia, Niwiński gotów był do drogi. Przyjaciele chorążego, robotnicy z warsztatów kolejowych, popisali się. Piec sporządzony był z cegieł, z których każdą zosobna ujęto w druty, tak, że cała „machina“ posiadała giętkość i elastyczność, bez której runęłaby w gruzy zaraz na drugiej stacji. Jeden z „żandarmów“, nazwiskiem Jappo, ponoś nawet cukiernik mianowany przez chorążego kucharzem i przezwany „Żappo”, otzymał władzę nad tym piecem a prócz tego dwa białe fartuchy i dwa białe birety. Chorąży kompletował gorączkowo zapasy konserw, chleba, tytoniu, mąki i świec, szachrując zawzięcie z Czechami, od których udało mu się też wydobyć trochę cieplejszych mundurów, a nawet półkożuszki. Ponieważ przypomniano sobie, że w Ufie jest tanie i bardzo dobre masło i miód, więc cała ekspedycja „skoczyła“ z Jekaterynburga do Ufy. Tam też Niwiński kupił tanio trochę książek, aby mieć na drogę jaką taką bibljotekę.
Sprawili sobie oczywiście rosyjski napis „Polskij Wojennyj Komitet“, aby jednak ostatecznie już zaimponować, powykrawali z płótna białe legjonowe orły i kazali je naszyć na dwuch kawałkach amarantu, w który się Curuś przezornie zaopatrzył.
— Myślałem, żeby dać małą flagę, jak to jest na wagonach Anglików i Amerykanów — tłumaczył Curuś — ale naprzód nasze barwy są takie same jak czeskie, z powtóre zbyt prędko walają się od sadzy i to obrzydliwie wygląda. Lepiej będzie dać te orły za szybą na amarantowem tle po obu stronach wozu.
Pod koniec września polska misja wojennopolityczna opuściła ostatecznie Czelabińsk, udając się na Tiumień do Omska. Już była jesień. Liście leciały z drzew, pola posmętniały, a białe budynki stacyjne wyglądały wśród nich samotnie i posępnie. Prawie widziało się, co to będzie, gdy śniegi spadną i mróz ściśnie ziemię. Pustka na polach i pustka w życiu — terkotanie dzwoneczków, warczenie aparatów telegraficznych a od czasu do czasu jakiś pociąg.
Omsk też posmutniał. Od stepu ciągnął zimny wiatr a słupy kurzawy, tańczące na ulicach, były jak widma groźne, ponure i złe. Już ich nie chwytały w swą gęstą, zieloną sieć drzewa. Chmury lotnego piasku wnikały do najmniejszych zakątków, gryzły w usta i w oczy. Kobiety-motylki zamieniły się w omatulone poczwarki, muzyka w ogrodach umilkła.
Prawie bez żadnego przejścia lato zmieniało się w zimę.
W Omsku Niwiński zebrał trochę informacyj co do akcji „sopłeczeństwa” polskiego na Wschodzie.
Jak do niedawna jeszcze, zanim P.K.W. wziął całą akcję w swe ręce, każdy gorętszy i energiczniejszy Polak-wojskowy chciał organizować wojsko, tak teraz starsi panowie, zwłaszcza po miastach, leżących dalej od frontu, koniecznie — każdy na swoją rękę i ze swymi klientami — chcieli organizować rząd polski. Nie byłoby to niebezpieczne, gdyby dostojni ci panowie mieli takie same zamiary, jak i wojsko, to jest, tkwić „po tej stronie“ póki można a w ostateczności — zwiać do Francji. Ale ci nowi pretendenci do tronu byli przeważnie stałymi mieszkańcami Syberji, mieli tu domy, rodziny, stanowiska, wielkie majątki i stosunki z Rosjanami, z którymi zrywać nie chcieli i nie mogli, byli przekonani, że bolszewicy na Syberję nigdy nie przyjdą, że ententa zwiezie całe masy wojsk i pchnie je na Moskwę, wobec czego uważali za wskazane, „nie drażnić“ Rosjan, korzystać „mądrze” z ich zapasów i wspólnie pracować w oczekiwaniu ostatecznego pogromu bolszewików. Stąd pochodziło krytyczne tych kół stanowisko wobec wojska, które swą polskość i niezależność aż nadto silnie — ich zdaniem — podkreślało, a „obrażało“ Rosjan tem, że sprzymierzyło się z Czechami, pomijając lekceważąco szmatławych gospodarzy domu. Że ci „gospodarze“ na froncie bić się nie chcieli, że marzyli o tem tylko, aby wyzbyć się wszelkich opiekunów i rządzić sobie po staremu bodaj w jednej gubernji, że w gruncie rzeczy jedyne wyjście upatrywali w pogodzeniu się z Niemcami — to poczciwych „notablów“ z różnych prowincjonalnych miast syberyjskich zupełnie nie obchodziło. Wystarczała im wiara w najbogatszego i najbardziej znanego w danej części kraju przedsiębiorcę i giełdzjarza i widnokrąg polityczny, ustalony przy herbatce w Domu Polskim między znajomymi przy pomocy tajemniczych? pokątnych konsulów, przysyłanych z Moskwy.
Były to właściwie znów organizacje w rodzaju ufimskiej Rady Centralnej, żądne „potęgi i chwały” lecz niezbyt groźne. Kłóciły się między sobą. Ufa nie uznawała Omska, Omsk nie uznał Nowomikołajewska, wojsku zaś, choćby chciały, rady te i komitety szkodzić nie mogły wobec tego, że punkty zborne, pozakładane wszędzie przez delegatów P.K.W. i wysłanych przez majora oficerów, od nich zupełnie nie zależały, a zaopatrywane były przez Czechów, którzy polską akcję wojskową naogół dość szczerze popierali. Major, pewny siebie, ufał sobie i nie był skłonny do słuchania rozkazów a z „cywilami“ wogóle się nie liczył — narazie tedy z tej strony wojsku żadne niebezpieczeństwo grozić nie mogło. Mimo to cały ten ruch w kierunku wytworzenia „rządu”, w którym podczas wojny zasiadaliby ludzie poczciwi, lecz z bardzo głębokiej prowincji i nie wiedzący, co się na świecie dzieje, był mało pożądany. Nie mówiono, dla jakich to ostatecznych celów ten rząd ma się zorganizować i widocznem było, iż „zasiadanie w rządzie” jest tym celem ostatecznym.
Niwiński zgrzytał zębami na samą myśl o czekających go licznych, nudnych i zupełnie zbytecznych „konferencjach“ z „cywilami“ i to w dodatku z radcami, dyrektorami i prezesami! Ci wielcy ludzie mówią tak powoli, są przekonani, że młodsi są też zawsze głupsi od nich, tak wierzą w przepastne głębie swego doświadczenia, które nieocenionem byłoby, gdyby się z niem życie rozpoczynało na nowo, ale nie na wiele przydaje się na tym padole, gdzie rzeczy się tak prędko nie powtarzają! Na szczęście miał z sobą „misjonarza”, dla którego znów rozmowa polityczna dopiero wówczas zaczynała mieć „smak”, gdy jego oponent ledwo już mamlał bezzębnemi dziąsłami. „Misjonarz“ z rozmów tych był dumny, ale Niwiński przyrównywał je do dziecinnej zabawy w wolanta. Odrzucana rakietą czerwona piłeczka z piórkami lata z jednej strony na drugą, póki wreszcie nie wpadnie w piasek. I nic więcej.
W Omsku przekonał się też, iż mimo rozkazu „czoło na zachód“, Czesi absolutnie pragną się z Rosji wycofać. Kiedy „dusił“ skarbnika czeskiego o pieniądze dla wojska i na werbunek, Czech żachnął się i warknął:
— Zawieście werbunek!
— Jakże wojsko bez werbunku?
— Tonie róbcie wojska. Pomyśl tylko: kontakt ze Wschodem mamy już oddawna, a co sojusznicy zrobili? Pieniędzy nam nie dają, ani jednego żołnierza nie przysłali, nie robią nic... Przysłali dla jednego pułku japońskie „gwery”, o amunicji zapomnieli... Jesień idzie, nie mamy kożuchów dla wojska... To są blbci ne sojusznici...[1] A bić się mamy wciąż? Nie mówię, kiedy tu nikogo innego nie było, ale teraz? Niech tu przyślą wojska amerykańskie, niech przyślą japończyków, niech się „ruscy” biją... Nasze wojsko prawie pół roku nie schodzi z pola... Jeśli „ruscy” sami nie chcą się bić, to my żandarmami Rosji nie będziemy. Tak to nie pójdzie, bracie.
Oczywiście, zimowa kampanja na Syberji nikomu się nie uśmiechała.
Tem bardziej tedy należało jechać na Wschód, coś przygotować.
Pierwszego października opuścili Omsk i wyruszyli na Wschód.
Dnia tego chorąży Curuś wstał wcześnie i od samego rana zaczął starannie robić toaletę. Zgodzony na ordynansa jeniec, starszy już i szanowny Człowiek, przyniósł mu ogromny kubeł gorącej wody, a Curuś, podnieciwszy się półlitrową szklanką herbaty, zasiadł przed stolikiem przy swem łóżku do golenia. Niwiński, który zamieszkał z nim razem w jego „kancelarji“, podziwiał zawsze tę skłonność chorążego do paradnych występów. Wyruszenie w drogę było dla Curusia świętem. Ogolony starannie, obmywszy grzeszne ciało w olbrzymiej miednicy, z niesłychanym rozdziałem na łysiejącej głowie, chorąży wciągał zielone, bufiaste „priczezy”*, przez które przebijał się kanciasty kształt jego chudych nóg, po upartym boju i szamotaniu się wdziewał przyciasne, lecz eleganckie buty z cholewami, zapinał starannie frencz na sobie, przewieszał przez plecy rzemienie oficerskie i nieodzowne adjutanckie sznury, wypuszczał ozdobnie z kieszeni rzemyk rewolwera i w białych rękawiczkach, w czapce na bakier, z jedną nogą naprzód wysuniętą, stawał przy swych wagonach w wyniosłej pozie konduktora, prowadzącego pociąg.
W wagonach panowało ożywienie, graniczące czasem z emocją. Żołnierze wyczyszczeni i wystrojeni za przykładem chorążego, kręcili się niespokojnie. „Misjonarz“ latał od wagonu do wagonu, ordynans nadawał stosy depesz. Kucharz zaczynał palić w piecu, Niwiński niecierpliwił się.
— Curuś, napisałeś „trebowanie?“
— Nie bój się, Wojtuś, napisałem.
— Przyłączą napewno?
— Niechby nie przyłączyli!
Curuś mówił to niemal groźnie, ale przecie zdarzało się, że nie chcieli przyłączyć. Jakiś zwarjowany urzędniczyna, zapomniawszy, iż Rosjanie nie mają na Syberji nic do gadania, żądał papierów wagonów, to znów wykręcał się, że pociąg za długi, że maszyna nie uciągnie — trzeba było grozić lub przekupywać.
Wreszcie — jedzie lokomotywa, odstawia zawadzające wozy z „tupika”, chwyta wagony z białym orłem, przyczepia je do pociągu, a teraz chorąży rzuca twardym głosem:
— Bilikiewicz! Karpiński!
Z wagonu wyskakuje dwóch żołnierzy — pierwszy, smukły, wysoki, wcięty w pasie jak osa, z charcią, suchą twarzą, drugi niższy, ale barczysty a krzepki i mocny jak młody dąbczak, obaj w półkożuszkach, w czapkach orzełkami połyskujących a zawadjacko zsuniętych na prawe ucho, obaj pobrzękujący szablami i z karabinami w rękach.
— Uważać mi, żeby się „bagani” nie pchali.
— Rozkaz, bracie chorąży!
Zaczynało się „urzędowanie“. Rosyjska ludność cywilna, spokorniała i steroryzowana, widząc żołnierzy u wozu, omijała go w milczeniu; tylko ciekawi zatrzymywali się przed tablicą, sylabizowali napis i odchodzili, kręcąc głowami. Częściej zato pchały się, oczywiście, niepiśmienne baby, z któremi żołnierze bez trudu dawali sobie radę i usuwali je, żartując i baraszkując.
Nareszcie pociąg ruszał i zaczynał biec ku Wschodowi, jakby przepychając się przez gęste tłumy, wiecznie na wszystkich dworcach czekające. Bilikiewicz i Karpiński wskakiwali na stopnie wagonu i, kiedy już pociąg miał dobry rozpęd, wykrzykiwali w stronę pozostających różne słowa pożegnania, zbawiennych rad, wątpliwego uznania i tak dalej. Kto w Rosji skądkolwiek odjeżdżał, czynił to zawsze rad, a żołnierze tej swej radości utaić nie mogli.
A potem przychodził spokój, pogodna, beztroska monotonja, odpoczynek dla nerwów. Oficerowie i członkowie misji schodzili się w przedziale Niwińskiego i gawędzili, popijając czarną kawę szklankami od piwa. Ale później ludzie nieruchomieli i spędzali całe dni, leżąc i czytając.
W Nowomikołajewsku pierwszy raz zetknęli się ze zwolennikami „polskiego rządu” na Syberji. Byli to starsi panowie, same wielkości miejscowe z kooptowanymi, lojalnymi i wdzięcznymi przedstawicielami „mas ludowych“ oraz „jeńców“ którzy występowali jako osobny element społeczny — typowe niedobitki starej emigracji, ludzie zruszczali co do sposobu myślenia i życia, oddawna nie mający kontaktu z krajem ani z myślą polską.
— Przezacne stare pierniki! — śmiał się z nich Niwiński.
— Daj spokój, oni tu chcą zwołać powszechny zjazd wszystkich kolonij polskich...
— Niech zwołują... Omsk się im nie podda.
Co było z góry do przewidzenia. Bo tak: Cały ten ruch ideowy miał, jako podłoże, ambicje osobiste. Nowomikołajewsk, Tomsk, Irkuck grawitowały ku Charbinowi, gdzie miał swą siedzibę pewien potężny i wielce ambitny kapitalista, posiadający w wymienionych powyżej miastach swych wspólników, przedstawicieli i klientów. Ponieważ Omsk leżał poza sferą jego interesów, więc stanowiska jego nie uznawał, a jako centrum Syberji zachodniej grawitował ku zachodnim krajom przeduralskim.
Właśnie przejeżdżał przez Nowomikołajewsk na Zachód czeski jenerał Gajda, słynny z walk na Wschodzie komendant trzeciej dywizji czeskosłowackiej, cieszący się sławą genjusza wojennego. Był to w całem znaczeniu słowa awanturnik wojenny, z zawodu austrjacki lekarz wojskowy, później oficer brygady czesko-słowackiej, potem wielki wódz, jeżdżący własnym pociągiem, wreszcie kondotjer rosyjski. Niwińskiemu udało się zdobyć u niego krótkie posłuchanie. Jak wszyscy jenerałowie czescy, tak i ten był człowiekiem młodym, bardzo przystojnym, o bladej, prawie promiennej, pociągłej twarzy i gorejących oczach. Podczas gdy Syrowy i Czeczek zachowywali się bardzo skromnie, on miał już maniery jeneralskie, mundur lśnił jeneralską czerwienią, a otaczali go wyłącznie oficerowie kawalerji.
Znacznie ważniejszą rzeczą było, że Niwiński zastał w wozie jenerała czeskiego francuskiego jenerała Paris, który swego czasu w Rosji i na Ukrainie zajmował się czynnie formacjami polskiemi. Francuz żywo zainteresował się obozem w Bugurusłanie, oświadczył, że o pienądze niema obawy i że w obozie będzie.
Po „konferencjach ze sopłeczeństwem“ w Omsku pojechali do Tomska, gdzie znaleźli — bank polski. Finansiści chcieli wiedzieć, z czem i z kim mają do czynienia. Porozumienie z ludźmi interesu nie było trudne. Bank mógł się stać Bankiem Wojska Polskiego.[2]
Z Tomska wyruszono do Irkucka.
Podróż trwała sześć dni. Sześć dni niemal bezustannego trzęsienia się wagonem.
Niwiński budził się o świcie i wpatrzony w okno, przyglądał się krajowi.
Szły pola nieskończone, przerywane czasami przez czarne zwichrzone „tajgi“ — lasy wystrzępionych, nieraz pokracznie pogiętych przez wichry sosen syberyjskich, posępne i smutne. Czasem pociąg wpadał na most, prowadzący przez wielką głęboką i czarną rzekę — ale na mapie tych rzek nie nazwano, bo były to niegodne wspomnienia strumyki. Pustka straszna, nieobjęta sprawiałaby może przygnębiające nawet wrażenie, gdyby nie myśl, iż tu żyć można, pierwotnie wprawdzie, ale zato zupełnie po swojemu. Był to świat do zdobycia, świat smutny, bo wciąż jeszcze tęskniący do gwaru pracy ludzkiej, głosu kobiet i dziecięcego śmiechu.
Niwiński mógł patrzeć tak w ten kraj długiemi godzinami, oczu od niego nie odrywając. Ogrom pustkowia nie przerażał go, przeciwnie, młody człowiek uśmiechał się na myśl o niezmierzonych obszarach, które od linji kolejowej idą daleko, daleko na północ. Chciałby zobaczyć te sławne, wielkie rzeki, te nieprzebyte lasy, pełne różnego zwierza, chciałby widzieć ludzi leśnych! Dzicy i nieokrzesani, trwali oni jednak wciąż na posterunku, zbratani z sosnami, tą najdalej na północ wysuniętą awangardą życia. Rozumiał, że prymitywne prace twardego człowieka tych stron przygotowują teren przyszłości, podziwiał w duchu trud pionierów i nie rozumiał, jak mogło się stać, że gdy Klondike i Yukon znalazł entuzjastycznych swych poetów, nie znalazła ich dotychczas Syberja.
— Idzie przecie o pokaz energji twórczej i dzielności — rozważał — Mniejsza już o Rosjan, ale i my sami mieliśmy i mamy na Syberji ludzi nadzwyczaj tęgich, którzy cudów dokazywali i dokazują. Niczem nie ustępują Anglikom, Szwedom, Niemcom i Amerykanom. Jak niedołężnie nasi ludzie pracują! Taki Kipling łuk triumfalny raz na zawsze wzniósł Imperjum brytyjskiemu, taki Jack London na cały świat trąbi hymny o dzielności Amerykanów, a my z naszym niewątpliwym talentem, heroizmem, sprytem i szaloną nieraz pracowitością, jęczymy tylko i biadamy nad sobą.
Upewniwszy się w sobie, że już spać nie będzie, pukał w ścianę.
Wchodził dyżurny, podawał depesze odebrane w nocy, meldował, gdzie pociąg obecnie się znajduje, jaka będzie najbliższa większa stacja, na której można nadać depesze i dostać dzienniki, kończąc stereotypowem „nic nowego nie zaszło.“
Po chwili zjawiał się „Żappo“ — wielki, doskonale odżywiony chłop, z filuternie zmrużonem lewem okiem.
— Czarnej kawy czy herbaty?
— Daj, bracie, herbaty.
— A co brat Niwiński będzie jadł? Może wędzonki kawałek przysmażę?
— A masz?
— Pewnie, że mam.
— To przysmaż, bracie, kawałeczek wędzonki.
Po chwili zjawiał się półfuntowy kawałeczek skwierczącej wędzonki, chleb i ogromna szklanka mocnej, prawie czarnej herbaty. Kuszony smakowitym zapachem chorąży zaczynał drgać na swem posłaniu.
— Żappo! — wołał z pod kołdry — Daj mi herbaty! Jak się masz, Wojtuś! Wyspałeś się?
— Wyspałem. A ty?
— Ja też. Wiesz, śniło mi się, że byłem w Zakopanem. Właśnie niosłem dynamit, żeby go księciu Hohenlohemu puścić na pstrągi. Już miałem dynamit rzucić do wody, kiedy się nagle obudziłem. Taki piękny sen! Psiakrew! Ani nawet we śnie się człowiekowi nie uda! Ty wstajesz dzisiaj?
— Ani mowy. Poco? Próbowałem zpoczątku wstawać, ale to nie ma sensu. Człowiek chce być zawsze mądrzejszy od swego otoczenia i przez to robi głupstwa. Popatrz się na kuferki — przeznaczene chyba „par excellence“ do podróży. Co one w drodze robią? Leżą i to jest najmądrzejsze.
Po śniadaniu Madziar przynosił konwie gorącej wody. Niwiński mył się, golił i kładł się znowu do łóżka.
Bracia w „pluskiewniku“ — snać bojami nocnemi utrudzeni — budzili się znacznie później. Zaczynało się wówczas latanie. Żappo, w białym fartuchu i birecie, z dumą niósł ogromne porcje wędlin, masła i chleba. Madziar za nim dzwonił szklankami i wlókł czajniki. Tymczasem Niwiński i Curuś, syci już i umyci, a chorąży z obowiązku ubrany, płukali żołądki półlitrowemi szklankami mocnej, czarnej kawy.
Wreszcie drzwi otwierały się z trzaskiem i rozlegał się skrzeczący głos, mówiący chłopskim akcentem:
— A witajcież, narody! Pochwalony! Jak sie mocie!
Wpadał półubrany „misjonarz“, różowy ze snu, z wielką łysą głową i ryżą kozią bródką. Stawał rozkraczony, klepał się jedną dłonią po łysinie, drugą po „antytezie“ i zaczynał:
— Ale nam dziś pluskwy dały, dały! A niech je pierony! Oka zmrużyć nie mogłem.
— Aleś się wyspał!
— I i i, tak-tam, jednem okiem! Pluskwy się wkońcu zmęczą, naźre sie ścierwo i idzie spać, ale ta kanapa za krótka. Nogi zawsze musze mieć skurczone. — Masz jakie telegramy?
Czytał chciwie.
— Myślałem ci ja o tych burżujach w Nowomikołajewsku! — mówił znów. — I wiesz do jakiego przyszedłem przekonania? Że skoro oni chcą nas wchłonąć jako sekcyją, to sami chcą być uorganem naczelnym! Wisz?
— Nie mów ze mną o polityce! — zżymał się Niwiński — Idź z tem do kapitana!
— Ba! Kiedy on nie chce słuchać!
Dwa razy dziennie przychodził na dłuższą rozmowę kapitan. Mimo swych dwudziestu ośmiu lat skończonych, czterech lat wojny i ciężkiej rany od bagnetu, zawsze uśmiechnięty, różowy, wyglądał świeżo i młodzieńczo Z pochodzenia Litwin, skryty i zamknięty w sobie, uparty jak kozioł i wiecznie intrygujący. Wychowanek wileńskiej szkoły oficerskiej, później komenderowany do Piotrogrodu, po polsku mówił słabo i wyrażał się z taką trudnością, że po dwuch godzinach rozmowy „nieprzemiennie“ zaczynała go boleć głowa. Mimo to stale mówił po polsku, nie uciekając się nigdy do pomocy rosyjskiego.
Był to Polak gorący, mało tego, nawet szalenie ambitny. Co sprawiło ten cud? Prawdopodobnie wychowanie domowe. Dziwnym zbiegiem okoliczności, któryś z członków ekspedycji miał „Urodę Życia“ Żeromskiego. Kapitan przeczytał tę książkę raz po raz kilka razy i potem nie miał już co do siebie żadnych wątpliwości. Wielki autor polski w zupełności potwierdził mu prawdę jego życia, walk i jego cierpień.
Zpoczątku kapitan stronił od Niwińskiego. Niwiński był trochę szorstki i czasami zanadto kategoryczny. Prócz tego kapitanowi zależało bardzo na swym wojskowym prestige’u. Konieczność częstego omawiania wspólnych spraw zbliżyła ich. Wtedy zaprzyjaźnili się.
Rozmawiali przeważnie w cztery oczy. Niwiński pomagał kapitanowi orjentować się w sprawach politycznych, wskazywał mu ludzi przychylnych, ludzi, od których zawsze można się czegoś dowiedzieć, opisywał mu charaktery, temperamenty, sposób ich postępowania. Nawzajem znów kapitan informował go o sprawach wojskowych.
— A uważałeś ty, kapitanie, że wszystkie eszelony czeskie jadą na Zachód? — spytał jednego dnia Niwiński.
— Tam musi być źle. Bolszewicy idą naprzód. Biali nie chcą się bić.
— Zapewne. Ale dla czegóż to Czesi nie uciekają na Wschód?
— Podwożą rezerwy.
— Oczywiście. Ale teraz uważaj. Czesi nie chcą się już bić, a jadą na zachód. Wiesz czemu? Chcą być w kupie. Mniejsze oddziały posłuszeństwa wypowiedzieć nie mogą — cały korpus może, zwłaszcza korpus ochotniczy. Nie zapominaj o tem.
— Ja wiem. W Bugurusłanie wogóle źle jest. Ot, ja i zbadałem na miejscu stosunki w Nowomikołajewsku. Okazuje się, tut wojsk żadnych niema, tut bardzo piękny poligon artyleryjski jest, nu, ja i telegrafowałem do Bugurusłanu...
— W jaki sposób?
— Mamy swój klucz. Różne zdania niepodejrzane. Dla tego ty się o ten „polski rząd“ na Syberji nie bezpokój. Oni do Nowomikołajewska przyjadą, a tagda, tagda cały rząd tych burżujów... Niech oni i rządzą sobie, ale nami rządzić nie będą...
— Ty znów, kapitanie, tak bardzo polityką nie gardź, bo bez polityki stąd się nie wydostaniecie... Strach pomyśleć... Z samego Tomska już szósty dzień jedziemy, a z Irkucka do Charbinu pięć dni jazdy...
A potem pokazało się, że w sztabie są partje.
Jakiś pułkownik rosyjski, wstąpiwszy do dywizji wraz z dwunastu swymi kolegami, chciał wszystko wziąć za łeb, zorganizować po swojemu, odsunąć od dowództwa majora.
Niwiński zląkł się w pierwszej chwili.
Partje w sztabie?
Ale potem uspokoił się.
Czy istnieje na świecie sztab bez partji? Bez intryg? Bez wzajemnego zwalczania się? Niema takiego sztabu, jak niema takiego teatru. Żołnierz, podobnie jak aktor, jest przedewszystkiem próżny, chce być zawsze na pierwszym planie... Tak było za hetmanów, za Kościuszki, za Poniatowskiego — tak jest we wszystkich armjach, a armje te mimo to wciąż biją się tak, jak teatry wciąż grają...
Zgoda, zgoda — ale w czeskiej armii są też intrygi a u bolszewików, gdzie oprócz oficerów są jeszcze i komisarze!...
Więc Niwiński machnął ręką.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.
  1. To głupcy, nie sojusznicy.
  2. Taką instytucję pod nazwą „Legiobanka“ stworzyli Czesi. Oddała ona nieocenione usługi wojskom czeskim zwłaszcza w czasie ewakuacji Syberji. „Legiobanka“ zakupiła wtedy dwa statki, zapomocą których transportowała do Triestu wojsko oraz towary, a przy tej sposobności pozakładała swe faktorje handlowe we wszystkich ważniejszych centrach Dalekiego Wschodu. „Legiobanka“ jest dziś jedną z największych instytucyj finansowych.