<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Niezwalczone sztandary
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1923
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXVI.

Nareszcie stanęły wagony na irkuckim tupiku.
Niwiński miał dla tego miasta szczególne nabożeństwo. Zdawało mu się, że ono więcej, niż wszystkie inne, uświęcone jest męczeństwem polskiem.
Poszedł do miasta piechotą.
Dzień był chłodny, ale pogodny i słoneczny.
Zamyślony, z rzewnem, prawie nabożnem uczuciem szedł Polak gościńcem — nie chodnikiem, lecz tą drogą, którą pędzono do miasta tysiące i tysiące męczenników, więźniów, wygnańców. Oczami wodził po płotach i murach, jakby szukając na nich śladów tych, którzy tędy przeszli. Ujrzał słynny, drewniany most, ujrzał Angarę szeroką, wielką, przezroczystą i przeczystą jak łza. A ile łez pochłonęła ta zimna, nielitościwa rzeka, ileż różnych cierpiących narodów nad nią płakało!
Zaś w głębi, na wielkiej wyspie, czystemi wodami rzeki oblanej, Irkuck, wielki, baniami cerkwi najeżony, a malowniczy zdala, jakby na jakimś sztychu widziany.
Most!
Prawie słychać, jak dudnią na tym moście kroki nóg, kajdanami obciążonych.
— Więc i ja mam jeszcze myśleć o katordze i kajdanach! — żachnął się Niwiński.
Przyglądał się ludziom.
Coraz więcej spotykał Chińczyków. W czarnych jarmułkach na głowie i w długich, czarnych, jedwabnych, lśniących sukniach, wyglądem przypominali księży lub żydów. Żółte ich twarze były inteligentne i mądre, wogóle sprawiali wrażenie ludzi kulturalnych, nawet dystyngowanych.
Za mostem ujrzał Niwiński na jednym domu cechowy znak chiński, coś w rodzaju ozdobnego żyrandolu, przemyślnie wykombinowanego z białego i czerwonego papieru. Żyrandol ten, czy ogromny stylizowany buńczuk, wesoło tańczył w powietrzu. Tuż w niebieskich, płóciennych ubraniach pracowali murarze chińscy, zajęci przy budowie domu.
— Od czterech lat pierwszy raz widzę ludzi, budujących dom — pomyślał Niwiński — A ilu burzyło?
Parę kroków dalej — herbaciarnia chińska i znowu Chińczycy i Chińczycy.
Ulicą jechał oddział kawalerji czeskiej. Czesi w białych „papachach“ z białoczerwonemi kokardkami pysznie spoglądali na ludzi z wysokości swych koni, ale siedzieli na nich kiepsko i nieśmiało. Nie było żadną tajemnicą, iż w bitwie nie mogli dotrzymać pola kozakom.
Niwiński udał się przedewszystkiem do czeskiego komendanta miasta.
— To już wisz, bratrze? — powitał go Czech — Ten wasz pułkownik ustąpił ze swego stanowiska. Złożył komendę. Oddział może każdej chwili wyjechać. Dam wam jedną kuchnię polową, eszelon — i jazda.
— Bogu dzięki! — odetchnął Niwiński — Przecie nie doszło do skandalu.
— A co więcej?
— Cóż my tu wiemy... Ale, poslechnij! Wyłapaliśmy tu w lasach oddział komunistów polskich, którzy urządzali wyprawy na Jakutów i okropnie się nad nimi znęcali...
Niwiński pokręcił głową.
— To i Jakuci są dla nich „burżujami“! Ci sami Jakuci, wśród których tylu naszych wygnańców żyło i pracowało... To przecie wstrętne... Cóżeście zrobili z tymi komunistami?...
— Siedzą w tiurmie...
— O, jabym ich...
Urwał.
Rozstawszy się z Czechem, szedł do kawiarni, gdzie miał się spotkać z kapitanem, gdy wtem ujrzał na ulicy oddział jakiegoś dziwnego wojska. Zdala widać było tylko kołyszące się równo nad głowami bagnety i „khaki“ mundury z czerwonemi wyłogami; kiedy oddział się zbliżył, pokazały się ciemne twarze o skośnych oczach. Żołnierze ubrani byli wybornie, na szyjach mieli białe futerka, niby „boa”, maszerowali doskonale. Na pierwszy rzut oka widziało się, że to armja regularna, nie żadna dyletancka organizacja.
Ludzie przystawali i przyglądali się nowym żołnierzom chmurnie i niegościnnie. Ten i ów zaklął, inny splunął pogardliwie.
Byli to Japończycy.
Niwiński zaciekawiony zawrócił i szedł chwilę za nimi.
Na jakimś wielkim placu oficer coś krzyknął, żołnierze zaczęli zachodzić sekcjami i stanęli wyciągniętą linią.
— Katae — tutu! — rozległa się chrapliwa, gardłowa komenda.
Żołnierze wzięli broń do nogi.
— Sasage — tutu! Karabiny znowu wyskoczyły na ramiona.
— On ich „herszteluje!“ — rzekł z uśmiechem jakiś żołnierz czeski do swego kolegi.
— Kata — e tutu! Ja — sumé!
Żołnierze przybrali pozycję „spocznij“.
— Kio — tuké!
Wszystko stanęło sztywne, wyprostowane.
Oficer z nabożeństwem ucałował szablę i, wsunąwszy ją w żelazną pochwę, krzyknął:
— Ja — sumé!
Obchodził front, rozmawiał, pokazywał coś, tłumaczył.
Ciemne twarze, podkreślone białem futerkiem, uśmiechały się, czerwień grała, broń lśniła w słońcu.
Był to pierwszy w Irkucku oddział japoński, pierwszy spotkany wreszcie przez Polaków oddział wojsk sojuszniczych.
W kawiarni „misjonarz” burzył się.
— I i i, takie to pokraczne dziwolągi! — paplał, wzruszając ramionami — Makaki, psiokrew, dranie żółte... Jo ta patrzyć na nich nie moge... Pogany, psiejuchy... Słyszołeś, Niwiński, jak ten ich oficer komenderował? Tygrysim głosem cosik zawył! I że oni to to rozumiejo!
— Komenda wojskowa, jak łacina kościelna, polega na tem właśnie, żeby jej nikt nie mógł zrozumieć! — rzekł filozoficznie Niwiński.
Ale i kapitan się krzywił.
— Krew czuje wroga! — odezwał się po dłuższym namyśle.
— Jaka tam krew! Mówisz, jak carski oficer, a ten — jak moskalofil. Nie może Japończykom darować, że Moskali stłukli...
— A żebyś se wiedzioł! — przyznał się misjonarz — Zawsze Moskal, choć cholera drań, bliższy mi od tej żółtej małpy azjatyckiej. Z Moskalem się przynajmniej dogadam.
— O, nie, możesz sobie pogadać, ale nie dogadasz się nigdy.
— Niech bedzie i tak!
Wracając wieczorem do domu spotkali na moście bataljon Kanadyjczyków. Żołnierze w płaszczach w kratkę i w płaskich angielskich czapkach, szli jak stado baranów, gwiżdżąc, śpiewając i zaczepiając przechodniów. Wygląd mieli mocno zbolszewiczały.
— Podejrzanie ci nasi sojusznicy wyglądają...
— Jedyni Japończycy! — mruknął Niwiński — To jest armja... I oniby potrafili... Ale im nie pozwolą... I im nie wypada... Ażeby znów dla drugich kasztany z ognia wyciągali, na to są za mądrzy... Toby mi wyglądało beznadziejnie...
— Zaczekajmy na Francuzów — rzekł kapitan.
W parę dni później odbyło się uroczyste przejęcie polskiego bataljonu irkuckiego przez Polski Komitet Wojenny.
Po przemówieniu Niwińskiego, który oznajmił żołnierzom, że przestali być bataljonem irkuckim, a stają się oddziałem armji polskiej, niezależnej i sojuszniczej, równouprawnionej z wszystkiemi armjami koalicji, a znajdującej się pod rozkazami Hallera, bataljon wymaszerował na dziedziniec kozzarowy, gdzie miała się odbyć defilada.
Piękny poranek jesienny świecił srebrnym szronem, jaśniał błękitem, migającym świetlistemi linjami. Na słonecznym dziedzińcu połyskiwały amaranty i białe orzełki i tam, gdzie jeszcze niedawno zezowaty i ospowaty „diad’ko“ kolbą karabinu uczył półdzikich chłopów tajemnic rosyjskiej „szagistyki“, rozlegało się polskie:
— Baczność! W lewo — patrz!
Patrząc na połyskujące w oddali zimne wody Angary, Niwiński przypomniał sobie, że kiedyś był w Irkucku Piłsudski.
— Czy przypuszczał kiedy, że może nadejść czas, w którym na podwórzach koszar rosyjskich na Syberji musztrować się będą bataljony polskie? Urzeczywistniły się najzuchwalsze, wprost nieprawdopodobne marzenia...
Mniej przyjemna była wieczorna „konferencja ze „sopłeczeństwem“ irkuckiem. Stanowisko „sopłeczeństwa“ streszczało się w pretensji, iż Polski Komitet Wojenny zawiązał się i pracuje bez pozwolenia Irkucka. Wołano o „rząd”.
— Warcholo! Warcholo! — rozpaczał „misjonarz“.
— Niech sobie! — uspokajał go Niwiński — Im dalej od frontu w głęboki tył, tem większy oczywiście smród. Bądź co bądź — dowiedzieliśmy się, jak rzeczy stoją, a po to nas wysłano.
Ale i ze Wschodu przyszły wieści, z których łatwo można się było domyśleć, jak tam „rzeczy stoją“.
Komitet charbiński telegrafował do Irkucka!
— Donieście Polskiemu Komitetowi Wojennemu i majorowi następująco: Pertraktacje z upełnomocnionymi przedstawicielami sojuszników prowadzi Polski Komitet Narodowy w Charbinie w kontakcie z komitetem paryskim i waszyngtońskim. Komitet Narodowy domaga się po pierwsze: Niezwłocznego ogłoszenia Polski państwem niezależnem ze zjednoczeniem wszystkich ziem polskich i dostępem do morza. Po drugie: zupełnej niezależności i eksterytorjalności armji polskiej. Po trzecie: ubezpieczenia kalek i rodzin żołnierzy. Odpowiedni akt ma być opublikowany. Sojusznicy rozpatrują nasze propozycje. Wasze umowy nie gwarantują niezależności Polski, oddają armję pod obcą komendę. Komitet Narodowy nie dopuści do podobnych kompromisów kosztem Ojczyzny i armji, wszelkie kompromisowe umowy uważa za niebyłe apeluje do patrjotyzmu Polskiego Komitetu Wojennego póki jeszcze czas, w przeciwnym razie cała odpowiedzialność przed Ojczyzną i Narodem za ewentualne następstwa spada na Komitet Wojenny.
— Tośmy się doczekali! — jęknął „misjonarz“ — I cóż teraz będzie?
— Nic.
Niwiński wyjął z kieszeni litografowany świstek — organ Komitetu Charbińskiego.
— Oto list otwarty tych panów, list do Lednickiego, zaś w nim zdanie: — Szczycimy się tem, że udaremniliśmy w zarodku wszelkie próby organizowania zbrojnych oddziałów polskich na Syberji. — Patrz, czytaj własnemi oczami.
„Misjonarz“ osunął się na stołek.
— W imię Uojca i Syna i Ducha świętego — to zdrajcy!
— Nie, to tylko krętacze, geszefciarze chińscy — rzekł Niwiński.
A widząc osłupiałą minę „misjonarza“, roześmiał się i potrząsnął nim mocno.
— Zbudź się, człowieku! Przecie oni niczego nie zdusili! Dywizja polska na Syberji stoi!
— Ty ich lekceważysz, a oni mogą nam dużo jeszcze nieprzyjemności narobić!
— Pewnie że mogą. Ale na tem nie zależy. Kazano nam robić tu wojsko — zrobiliśmy, cośmy mogli. Teraz niewątpliwie nad całem wojskiem obejmą komendę Franzuzi — zadanie nasze z tą chwilą właściwie się kończy. Więc cóż mnie może obchodzić komitet charbiński?
— Obawiam się tylko, żeby oni nie narobili jakich intryg u sojuszników i nie odepchnęli nas od wojska...
— To bardzo może być, tem bardziej, że wojsko nasze będzie się chciało z pod naszej władzy wyzwolić... Wojsko nie chce żadnego komitetu, wojsko chce jenerała...
— Jakto? To my będziemy robić, a drudzy mają z tego korzystać?
— Ażebyś wiedział. I dobrze będzie, jeśli nas za to, cośmy zrobili, nie sponiewierają...
Wtem przyszła fatalna wieść: Samara padła!
— Co teraz będzie z dywizją? — zaniepokoił się Niwiński.
W wagonach misji zakipiało. Poleciał do urzędu telegraficznego Bilikiewicz ze stosem depesz.
Jeden tylko kapitan nie niepokoił się.
— Już wy się o nich nie bójcie! — uspokajał — Na wiele ja wiem, tam rozwiedka pierwszej klasy w promieniu trzystu wiorst. Bądźcie spokojni!
— Ej, kapitanie, ty wiesz coś więcej! Gadaj — bo zawrócę! — groził Niwiński.
— Nu, nu, oni już w drodze są od kilku dni! Jadą do Nowomikołajewska. Miałem depeszę.
Ale przyszła i dobra wiadomość. Oto Omsk donosił, iż rosyjskie ministerstwo wojny wydało rozporządzenie, mocą którego wszyscy Polacy mają się zgłaszać do wojska polskiego. Polakom z innych oddziałów nie wolno nosić ani orzełków ani wogóle żadnych odznak polskich; mają oni być uważani za żołnierzy rosyjskich.
— Nu, teraz wyśmiejcie się z kitajskich szachrajów i ich szwadronu ułanów! — ucieszył się kapitan. — Ja tych ułan zaraz wyślę do Nowomikołajewska, a nie zechcą, to ja ten szwadron rozwiążę, ot i sztuka będzie! Dość wysługiwania się rosyjskim jenerałom.
— Jednakże Czesi dotrzymali słowa! — stwierdził z zadowoleniem „misjonarz“.
Niwiński westchnął.
— Wyjąwszy drobne nielojalności — rzekł — dotychczas Czesi nas nie zawiedli. Gdyby nie oni, nie zrobiliśmy tu nic. Jakbym ja chciał, żeby Polacy przekonali się, iż z Czechami można pracować. Jak silną mielibyśmy wtedy w Europie pozycję...
Ruszyli dalej, w drogę do Charbinu.
Był wczesny ranek, gdy Niwiński się zbudził i swoim zwyczajem spojrzał w okno przy łóżku. Ujrzał w niem coś, czego w pierwszej chwili nie zrozumiał. Pod wagonami falowała jakaś mgła bezbrzeżna, ciemno-niebieska. Co to? Czy chmury tak nisko zstąpiły? Ależ nie! To woda! Bez końca, ginąca, jakby rozpuszczona w mgle rannej, faluje żywa woda, ledwo budząca się ze snu nocnego.
Bajkał!
Udało się Niwińskiemu podpatrzeć Bajkał przed wschodem słońca — szaro-niebieski zamglony, senny, tajemniczy. Widział mgły, zrywające się z jego falującej lekko powierzchni, widział skały dzikie, poszarpane, w zamyśleniu zapatrzone w jezioro. Zwolna wstawało słońce, zaróżowiło wody, chlusnęło na nie szkarłatem i złotem i wkrótce rozgorzał błękitny cud ogromnego jeziora.
Na górach, na polach leżał już tu i owdzie śnieg, wszędzie srebrzył się szron, ale roślinność jeszcze nie zniknęła. Zeschłe i żółte trawy, krzowie, chwasty złotem obramowaniem obejmowały jezioro, błękitne jak pogodne niebo. Na brzegu malowniczemi grupami rosły piękne sosny lub pojawiał się stromy wąwóz, przez który, za tem morzem jasnoniebieskiem, widać było blado-żółte lub siwe w mgle góry.
Niwiński otworzył okno.
Wpadł do wagonu prąd powietrza, chłodny lecz czysty, orzeźwiający jak górska woda.
— Co to? Szyba się zbiła? — mruczał Curuś, naciągając kołdrę na głowę.
— Nie, Curuś, to Bajkał.
— E? Co ty mówisz? — krzyknął uradowany chorąży, zrywając się na równe nogi.
Stanął jak wryty i jego zmęczoną, szarą twarz rozjaśnił uśmiech zachwytu.
Pociąg jechał powoli i cicho. Zrzadka tylko szczękały dźwięcznie koła. Słychać było szeroki oddech jeziora i rytmiczny, muzykalny szum fal, płynących ku brzegom.
— Cały świat jest piękny! — mówił chorąży. — Ale w niektórych miejscach tyle jest — powiedziałbym — uczucia, że na ich widok człowiek znów staje się dzieckiem i zaczyna wierzyć w Boga.
Droga szła tuż nad brzegiem jeziora kilkumetrowym pasem ziemi u stóp wysokich, dzikich gór. Cały dzień jechali tak brzegiem Bajkału, wpatrzeni w jego srebrno-błękitne wody, od których jasno było w wagonie, w oczach i w duszach.
Na jakiejś większej stacji za Irkuckiem ujrzeli silny posterunek Japończyków. Mali, lecz barczyści żołnierze z ciemnemi twarzami, podkreślonemi naiwną bielą futrzanych kołnierzy, otaczali pociągi gęstym kordonem. Szerokie ich bagnety błyszczały w słońcu, jaskrawa czerwień na mundurach świeciła jak krew i ogień. Do nowego pociągu wysypała się ze stacji garść żołnierzy z oficerem. Żołnierze otoczyli pociąg, oficer z tłumaczem i podoficerem rewidował pociąg.
Niwiński nie zwracał na to uwagi. Przejeżdżał już granice różnych i rozlicznych republik i z doświadczenia wiedział, że nietykalność misji wojskowej szanowano. Ale Curuś uczuł się obrażony tem, że Japończycy śmieli przy „jego“ wozach postawić wartę i czemprędzej wystawił własne posterunki. Bilikiewicz i Karpiński, „ciężkozbrojni”, wypadli przed wozy i stanęli na stanowiskach z bronią u nogi, z długiemi bagnetami, sięgającemi im oczu.
Żołnierze polscy i japońscy stali naprzeciw siebie, przypatrując się sobie i mierząc się wzrokiem — Polacy smukli, wyprostowani, swobodni i pańscy w poczuciu wyższości swej białej rasy, Japończycy przysadkowaci, na obcym gruncie niepewni siebie i sztywni w europejskich mundurach. Ale żołnierze, jak żołnierze: Stojąc naprzeciw siebie zaczęli rozmawiać — ten po polsku, tamten po japońsku, a pomagając sobie rękami.
— Ruski? Ruski? — pytał Japończyk.
— Kusz, ty idjoto żółty! — zirytował się Bilikiewicz i zaczął gwałtownie trząść przecząco głową — Nie żaden ruski, tylko Polak! Polak — rozumiesz?
— Czik? Czik? — indagował żołnierz Mikada.
— Gadaj z nim! Co za bałwan! Czy oni w Japonji wszyscy tacy są? Nie Czech, nie! Polak! Nie widzisz orzełka?
I pokazał mu znak na czapce.
Japończyk, ujrzawszy przez okno w wozie kogoś nieubranego i leżącego, pomyślał, że to może jadą ranni. Zrobił ruch, naśladujący pchnięcie bagnetem, jęknął, przechylił głowę, udając, że leży i śpi, a potem z pytającą miną wskazał na okno.
Bilikiewicz zrozumiał i roześmiał się.
— Nie, nie ranny, ty chorobo jedna, nie. My jedziemy do Władywostoku.
Naśladując lokomotywę, zrobił parę razy „pyf, pyf, pyf“, machnął ręką ku wschodowi a potem rzekł:
— Giejsza!
Tu zaznaczył sobie dłonią na piersiach wydatny biust i zrobił nieprzyzwoity ruch.
Teraz obaj wybuchnęli głośnym śmiechem.
— A-ha! A-ha! — mruczał Japończyk — Giejsia! Giejsia!
— Widzisz, ścierwo, że rozumiesz po polsku! — cieszył się Bilikiewicz — A udajesz głupiego.
Przyszedł oficer z tłumaczem.
Rzuciwszy okiem na kunsztownie przerobiony wagon — ukłonił się.
— Polskij wojennyj komitet! — obwieścił Curuś tłumaczowi.
Oficer przysiadł, puścił parę z ust i wyszedł.
W drzwiach rzucił wartom jakieś słówko.
Stojący naprzeciw Bilikiewicza żołnierz widocznie się ucieszył.
— Porando! Porando![1] — wołał, uśmiechając się przyjaźnie.
A potem dotknął palcem orzełka na czapce.
— Porando! — powtórzył.
— Niech ci będzie „Porando“ — zgodził się Bilikiewicz.
Zaś żołnierz zahaczył o siebie dwa wielkie palce obu rąk, szarpnął niemi mocno, jakby chcąc ukazać nierozerwalność łańcucha, i oświadczył z promieniejącą miną:
— Nippon — Porando — brotbers[2]
Nie mógł wytrzymać dłużej chorąży Curuś. W wysokich butach świecących, w wyszywanym amarantem frenczu i z rewolwerem u pasa wyskoczył przed wagon, aby „porozmawiać“ z Japończykami. Wnet też pospieszył do niego podoficer japoński z książeczką w ręku. Książka miała tekst japoński i rosyjski. Japończyk pokazał w niej Curusiowi palcem jakieś pytanie. Chorąży zrozumiał, o co idzie, i zaczęli żywo rozmawiać palcem na książeczce. Wkrótce otoczyła ich gromada żołnierzy japońskich, którym podoficer od czasu do czasu komunikował treść rozmowy.
I tak się przecie dogadali.
Od tej stacji, t. j. prawie od Bajkału dalej na wschód, cała linja była już obsadzona przez wojska japońskie.
— Nieźleby wyszli na wielkiej wojnie — irytował się „misjonarz“ — gdyby za zbombardowanie kilku pustych portów niemieckich dostali całą Mandżurję i Syberję aż po Bajkał!
Coraz częściej spotykali eszelony a co więcej — wojskowe składy japońskie, ogromne stosy najrozmaitszych materjałów, przykryte i obszyte z wszystkich stron lśniącemi, żółtemi matami z trawy. Wyglądały te składy przy stacjach jak złote góry a ich ogrom i solidny wygląd budziły zazdrość w Polakach. Tu widziało się organizację na wielką skalę i wielkie środki.
— Cóż chcecie! — wykrzykiwał „misjonarz“ — Państwo porzundne jak sie patrzy, cysarstwo! Może se na taki zbytek pozwolić!...
Żołnierze zrobili dobre wrażenie. Byli czyści, zaś przedewszystkiem zachowywali się bardzo przyzwoicie. Nie było krzyków, ryków i pisków żołnierzy rosyjskich, nie było nieprzyzwoitego rozwalania się przed stacjami, brutalnego popychania i bezustannego gonienia to po chleb biały, to po wrzątek. Japończycy siedzieli w swych wagonach cicho, kucając na matach i rozmawiając. Co wyglądało komicznie, to że nie będąc na służbie, chodzili wciąż w rozsznurowanych trzewikach, które, stosownie do swego zwyczaju narodowego, wchodząc do wagonu, zdejmowali.
Zaś tu i owdzie pokazywały się grupy dziwnych żołnierzy w zielonych mundurach rosyjskiej straży pogranicznej, draby o paskudnych mordach, mieszańcy mongolscy albo też wprost stepowi Mongoli. Wyglądali dziko, ale nawet cieniowi oficera zdaleka już oddawali cześć, robiąc mu front i salutując z nabożeństwem.
Byli to żołnierze słynnego ze zdzierstw i okrucieństw watażki atamana Siemionowa, utrzymywanego przez Japończyków, a który grasował głównie w zachodniej Mandżurji i Mongolji.
Był to właściwie obraz szalonego poniżenia i upokorzenia: W Moskwie i Piotrogrodzie Łotysze, nad Wołgą i w Jekaterynburgu Czesi, na Syberji Polacy, Serbowie, Rumuni, w Irkucku Japończycy i Kanadyjczycy, Murman, Archangielsk, Władywostok, Odesa w rękach cudzoziemców, a prócz tego wieczne „raidy“ czambułów bandytów wojennych, jak Dutow, Annienkow, Siemionow i nad Amurem Kałmykow — a mimo to czuło się, że to wszystko nie jest poważne i do niczego właściwie nie prowadzi. Kto chciał, rządził się, jak mu się podobało, w tych poczynaniach jednak, niesolidnych, pośpiesznych, doraźnych była jedna myśl; właściwa wszystkim:
— Korzystajmy ze sposobności póki czas, bo potem „oni“ opamiętają się i będzie zapóźno.
Zaś „oni“, w niezgrabnych, ogromnych, miesiącami nieczyszczonych buciarach, wytartych marynarkach, z pod których wyglądały czerwone rubachy, z plugawemi brodami i bochnami chleba pod pachą, ociężali, senni, w oszołomieniu patrzyli, nie rozumiejąc, ale patrzyli jak na niedorzeczną, zwarjowaną jakąś komedję, złudę szatańską, która tak zniknie jak przyszła.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.
  1. Polska! Polska!
  2. Japonja i Polska — bracia.