Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin/Dolina Białéj-wody

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Steczkowska
Tytuł Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin
Data wyd. 1872
Druk Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Dolina Białéj-wody (Pod-Upłazki, Pod-Wysoką).

Koło doliny podnoszą się skały,
Strome i czarne, milczące,
A nad skałami tumany się zlały,
Niby sklepienia wiszące.

W. P.

Jakkolwiek Tatry tylokrotnie przezemnie zwiedzane nic nie straciły z uroku swego, był jednak rok w którym klęski i nieszczęścia przywalające ciężkiém brzemieniem ziemię rodzinną, tak żywo oddziałały na mą duszę, że wszystkie przyjemności życia, straciły dla mnie swój powab. Już ja się nie cieszyłam jak dawniéj na pobyt w Zakopaném, nie układałam nowych wycieczek, nie śniłam o górach; wszystko było mi obojętném. Ach więcéj nawet! ja miałam sobie do wyrzucenia każdą, choćby najniewinniejszą rozrywkę, każdą swobodniejszą chwilę, gdy tylu rodaków moich tonie w potokach krwi i łez, tylu całkiem inne, a wcale nie przyjemne odbywa podróże.
Lato w owym roku zimne, dżdżyste, a w Tatrach nawet śnieżne, odpowiadało zupełnie temu smutnemu nastrojowi méj duszy. Góry prawie ciągle okryte chmurami, zamglone deszczem lub pobielone śniegiem, nie wabiły wcale do wycieczek. Owce po halach padały z głodu i zimna; późne, a ciągłém zimnem i słotą przygnębione zasiewy, groziły niedostatkiem mieszkańcom Podhala. Smutno było w téj okolicy, gdzie po inne lata gościła wesołość przy miernym bycie. Pewną byłam że tak przejdzie cały czas pobytu naszego w Zakopaném, że cała jego przyjemność ograniczy się do pogadanek z poczciwymi góralami i bliskich przechadzek odbywanych w upatrzonych godzinach; a i to prawie zawsze pod strachem deszczu, który ciągle groził i wcześnie zapędzał do domu.
Gdy jednak po parotygodniowéj słocie wyjaśniło się niebo, gdy góry otrzęsły z siebie grube chmur i mgły bałwany, i stanęły przed nami w dawno niewidzianéj wspaniałości, mimowoli i z czoła zesunęły się chmury i myśl jakaś weselsza zawitała do duszy. Było to wspomnienie tych wrażeń, jakich doznawałam zwiedzając Tatry. Przychodziły mi na pamięć wesołe i swobodne po nich wędrówki, stawały przed oczyma cudne widoki, a zarazem nieznacznie wkradała się chęć odnowienia tych wrażeń, niby iskierka tego zapału z jakim dawniéj rwałam się na szczyty tatrzańskie. Wspomnienie było tylko środkiem za pomocą którego góry odzyskały swą czarodziejską nademną władzę.
Przyszedł Wala, zaczęliśmy rozmawiać z nim o dolinie Białej-wody, zwanéj od Spiszaków doliną Pod-Wysoką, od naszych zaś górali Pod-Upłazki. Słyszeliśmy już dawniéj o piękności téj doliny, rozpytywaliśmy więc o drogę i różne szczegóły dotyczące miejscowości. Sama postać Wali, jego głos i sposób mówienia, wydaje mi się zawsze jakby pobudką, jakby hasłem do wyruszenia w góry. Prosty góral nie umie wyszukanemi słowy malować ich piękności, ale on je kocha namiętnie; a gdy o nich mówi, zapał jaśnieje w jego oczach, my zaś patrząc na niego, słuchając jego opowiadań, czujemy jakby przedsmak téj swobody i rozkoszy jakiéj doznajemy wdzierając się na skaliste szczyty lub przebywając dzikie doliny i urwiste grzbiety. Opowiadaniem swojem tak nas Wala zachęcił, więcéj powiem, zapalił do poznania doliny Białéj-wody, że wyglądaliśmy tylko ustalenia się pogody, aby odbyć tę wycieczkę. Ale w tym roku nie można było rachować z pewnością na pół dnia pogody a cóż dopiero na dwa dni koniecznie potrzebne na tę wyprawę. Podróż nasza zwlekana, odkładana z dnia na dzień, spóźniła się tak, że Wala odebrawszy polecenie do zbierania owadów, nie miał już wolnego czasu aby pójść z nami.
Nastręczył on nam na przewodnika Macieja Sieczkę niegdyś towarzysza swoich strzeleckich wypraw, a następnie kolegę w dozorze nad bezpieczeństwem kóz i świstaków. Gdy więc według miejscowych poznak pogoda zdawała się pewną, nie tracąc czasu poszliśmy zamówić tego nowego przewodnika. Maciéj znał nas z widzenia, znał także i ze sławy niezmordowanych wędrowców, znał dobrze i dolinę którąśmy zwiedzić chcieli, pomimo to nie wielką okazywał ochotę do pójścia z nami. Wymawiał się że nigdy z kobietami nie chodził i chciał nam nastręczyć swojego brata. Ale my bojąc się nieświadomego drogi przewodnika, a polegając całkiem na zaręczeniu Wali, nie chcieliśmy ustąpić i zamówiliśmy Macieja na dzień następny. Przed wieczorem wszystkie przygotowania do podróży były załatwione, furmanka mająca nas odwieść do Roztoki zamówiona, słowem nie pozostawało nic więcéj jak położyć się wcześnie aby wstać przed świtem i wyjechać o wschodzie słońca.
Ale jak tu spać kiedy olbrzymie turnie, stawy, wodospady, potoki o których nam Wala rozpowiadał, snują się ciągle przed oczyma, a do tego niepokoi obawa czy nie zawiedzie pogoda. Jeszcze téż było zupełnie ciemno gdy wybiegliśmy przed dom żeby zobaczyć co słychać z pogodą. Noc chłodna, rosa obfita, to dobrze; ale od zachodu ciągną chmury, to źle, bardzo źle. Chmury się rozpraszają i nikną w powietrzu, od poziomu niebo czyste, będzie pogoda! Pogoda, to czarodziejskie słowo około którego obraca się powodzenie każdéj wycieczki w góry. Obcięlibyśmy byli wmówić w siebie i w niebo że jest pogodném, że powinno zostać pogodném, bo już dosyć się napłakało, nadąsało, a tu tak potrzeba słońca aby owies dojrzał, żeby siano wyschło, żeby się poprawiła pasza w halach, żebyśmy nareszcie mogli zobaczyć dolinę Białej-wody. Zajechał wózek, przyszedł Maciéj, pakujemy podróżne zapasy, wsiadamy nareszcie w imię Boże. Poczciwy Wojciech jeden z najlepszych i najżyczliwszych znajomych naszych w Zakopaném, którego brat jechał właśnie z nami, serdeczném uściśnieniem ręki życzył nam powodzenia w naszéj wyprawie, a gdy wózek ruszył z miejsca, widziałam jak zdjąwszy kapelusz i zwróciwszy się w stronę kościoła, zmówił pacierz o szczęśliwą dla nas drogę.
Jechaliśmy na Bukowinę, a zatém tążsamą drogą którą już opisałam opowiadając wycieczkę do Morskiego Oka. Leśniczówka i karczma bukowińska leży jak wiemy na wyniosłéj górze, na którą prowadzi dość bystro droga zrobiona w gzygzak. Wysiedliśmy aby ulżyć koniom, a idąc zwolna pod górę, rozmawialiśmy z naszym przewodnikiem, wywiadując się o różne szczegóły naszéj wycieczki, chcąc tym sposobem bliżéj się z nim zapoznać. Teraz dopiero dowiedzieliśmy się dla czego nie miał ochoty pójść z nami. I któżby się tego domyślił? poczciwego Macieja odstraszało, co? krynoliny! Gdyśmy wysiadły, gdy zobaczył nasze skromne, krótkie i wązkie płócienkowe sukienki, uśmiechnął się z zadowoleniem. „No, to oni widzę już znają co to góry, kiedy mają takie góralskie ubranie.“ I daléjże opowiadać różne kłopoty jakich go nabawiły krynoliny wlokące za sobą kamienie i spychające je na nogi. A cóżto dopiero było gdy te nieszczęsne obręcze uwięzgły w zaroślach kosodrzewiny! szczęściem Maciéj miał przy sobie igłę i nici, mógł więc jakotako zaradzić na prędce téj modnéj biedzie. Wszystkie te niefortunne przygody opowiadał w tak zabawny sposób, że zrywaliśmy boki ze śmiechu. Odtąd byliśmy z naszym przewodnikiem w najlepszéj harmonii, zadowoleni z siebie nawzajem. Jestto bowiem poczciwy człowiek w całém tego słowa znaczeniu, a przy tém usłużny i troskliwy przewodnik.
Karczma bukowińska to ostatnie stałe mieszkanie ludzkie pod Tatrami; od niéj jakby wąż snuje się droga do Morskiego Oka, ginąc w lasach podnóża i boki gór okrywających. Z góry bukowińskiéj roztaczał się przed nami cały łańcuch Tatrów, a tam gdzie najwyższych szczytów gromada, gdzie wystrzelają groźnie granitowe iglice, Rysy, Ganek, Wysoka, Gierlach, gdzie największe masy śniegu, tam cel naszéj podróży: dolina Białéj-wody. Spieszmy tam, spieszmy póki służy pogoda, kto wie co będzie jutro.
Znaną nam dobrze drogą do Morskiego Oka wiodącą, zapuściliśmy się w prześliczne lasy tutejsze. Jakiżto cudny widok mamy dokoła! Rozkoszne polany rozścielają się po obu stronach drogi, a jasna zieloność modrzewi zwanych tutaj świerkami, rozwesela posępny cień smrekowego lasu. Jadąc wymijaliśmy ciągle po drodze gromadki górali z Bukowiny i Białki dążące na odpust św. Anny do Jaworzyny, osady hutniczéj, leżącéj niedaleko stąd po drugiéj stronie rzeki Białki na Spiżu.
Spuszczając się na Łysą polanę, tracimy z oczu Lodową turnię, która dotąd najwspanialéj się przedstawiała, a natomiast występują potężne szczyty Koszystéj i Wołoszyna. Minąwszy Łysą polanę i otwierającą się w bok na prawo dolinę Waksmundzką pomiędzy urwistemi ścianami Koszystéj i Wołoszyna, przybyliśmy na polankę, zwaną pod Czubą, położoną na wstępie do doliny Roztoki. Tu był kres naszéj jezdnéj podróży; odtąd mieliśmy wędrować pieszo do doliny Białéj-wody. Zostawiliśmy więc pod Czubą naszego furmana z wózkiem i końmi, Maciéj zaś spakował w torbę zapas żywności na drogę i cieplejsze ubranie na przypadek deszczu.
Nie była zbyteczną ta ostrożność, gdyż pogoda jeszcze tak piękna gdyśmy wyjeżdżali z Bukowiny, zmieniała się widocznie i nie wielką dawała nadzieję powodzenia. Chmury coraz grubsze wysuwały się z za gór, nie czepiały się wprawdzie ich szczytów, ale kupiąc się i zgęszczając, zasępiły niebo tak, że już tylko kiedy niekiedy wykradał się promień słońca oświecając tę przecudną okolicę. Pomimo tak niepomyślnéj wróżby, wesoło wyruszyliśmy w drogę, używając obecnéj chwili a nie zasępiając jéj myślą o przyszłości. Wkrótce ujrzeliśmy cel naszéj wędrówki dolinę po lewéj stronie Białki, z któréj płynie szeroki i bystry potok Biała-woda łączący się z Białką powyżéj Roztoki. Przeszedłszy Białkę po moście powyżéj ujścia Białéj-wody, zapuściliśmy się w tę obszerną dolinę. Prawie zaraz na wstępie napotkaliśmy niezbyt obfity, ale nadzwyczaj gwałtowny potok, którego woda w śnieżną zamieniona pianę, przewalając się po olbrzymich głazach, spadała nagle do łożyska Białéj-wody, tworząc piękny wodospad. Przebyliśmy po kamieniach ten gwałtowny potok i odtąd trzymając się prawie ciągle kamienistych brzegów Białéj-wody, szliśmy dość przykrą drogą, to lasem błotnistą ścieżką wśród gęstych i bujnych jaferów (borowiny), to znowu wspinaliśmy się po uboczach, lub przechodziliśmy po ogromnych głazach w samém łożysku potoku. Ustawne deszcze tak popsuły tę drogę, bo przedtém jak zapewniał Sieczka, była ona wcale wygodną.
W miarę jak zapuszczaliśmy się w dolinę Białéj-wody, tém wspanialsze i wyższe występowały turnie. Na lewo wznosi się bardzo wyniosły grzbiet po części kamienisty, po części trawą zarosły, na którego wierzchu sterczą dziwnych a rozmaitych kształtów skały, jakby starych zamczysk ruiny. Dołem ciemnieje piękny las i zielenią się nie wielkie równinki przeglądające się w czystych wodach potoku. Ten grzbiet nazywają górale Upłazki i stąd cała dolina otrzymała nazwę Pod-Upłazki. Po prawéj stronie występuje bardzo wspaniale wysoka, prostopadła skała przecudnie ustrojona świerkami, kosodrzewiną i limbami, zwana Młynarzem. W głębi doliny ukazuje się olbrzymi zastęp niebotycznych turni ubielonych płatami odwiecznego śniegu. Przy początku doliny leży niewielka polanka Biała-woda i ruchem swoim pasterskim ożywia tę odludną okolicę. Zachwycając się coraz nowemi a prawdziwie czarującemi widokami, zbliżaliśmy się zwolna do owéj groźnéj, skalistéj zapory, zamykającéj dolinę.
Już słońce zniżało się ku zachodowi, gdyśmy przybyli do szałasu stojącego w końcu doliny, który na dzisiaj miał być kresem naszéj podróży. Stąd dopiero roztoczył się przed nami najwspanialszy widok na którego opis, słów mi brakuje. Wystawmy sobie olbrzymią, skalistą ścianę w najdziwaczniejsze poszczerbioną zęby, a po nad nią i z po za niéj, niby wieże wystrzelają ostre, niebotyczne iglice. Na prawo Ganek (8021 st.) szczyt niedostępny nawet dzikim kozom; na lewo równie wysmukła i prostopadła Wysoka; pomiędzy nią a Gankiem niby mur dziko poszarpany, wznoszący się zupełnie pionowo: są to tak zwane Żelazne Wrota (6191). Z drugiéj strony Wysokiéj, więcéj jeszcze na lewo, bardzo także wyniosła przełęcz, nazywa się Polskim Grzebieniem (6933 st.); po za nim leży dolina Felka. Tędy to podróżni udający się do Szmeksu przechodzą do téj pięknéj doliny położonéj pomiędzy olbrzymiemi ścianami Gierlacha (8414 st.) i szczytu Sławkowskiego (Schlagendorferspitze) (7860 st.). Na prawo od wspomnionych powyżéj turni i nieco w głębi, piętrzą się bardzo także ostre i groźne szczyty Rysy (7309) i Żabie (7810 st.). U spodu téj granitowéj ściany, po urwistych bokach i w szczelinach turni, zalegają masy śniegu w takiéj obfitości, że białość jego jest przemagającą barwą w tym wspaniałym krajobrazie. Jakkolwiek na oko olbrzymie te turnie zdają się bardzo bliskie siebie i jakby w jednę skupione grupę, są jednak oddzielone jedna od drugiéj dość znaczną przestrzenią dzikich i niedostępnych dolin, jak Litworowa, Czeskie, Mięguszowska i kotlina Czarnego Stawu nad Morskiém Okiem.
Dla dopełnienia uroku i dzikiéj piękności tego miejsca, widzimy tutaj trzy wodospady. Pierwszy zwłaszcza na prawo, powstający ze stawu położonego w dolinie Czeskie, jest bardzo piękny. Szeroki i obfity strumień rzuca się nagle z prostopadłéj prawie ściany, nie odbijając się po kamieniach. Ta jednostajna, a nigdzie prawie nie przerwana wstęga wody, bardzo wspaniały przedstawia widok. Drugi wodospad, który mamy wprost przed sobą, spływa z pod Żelaznych Wrót, ze stawu Zielonego. Nie jest on tak obfitym, nie ma tak nagłego spadku, raczéj spływa po ogromnych głazach; nie wydaje się zatém tak pięknie. Trzeci wodospad na lewo od poprzedzających, wypływa ze stawu Litworowego będącego w dolinie Litworowéj pod Polskim Grzebieniem. Jest także mniéj piękny.
Mieliśmy zamiar podejść nieco wyżéj dla bliższego przypatrzenia się tym wodospadom. Wiedzieliśmy że dolina Czeskie niedostępną jest dla nas, ale do stawu Zielonego i Litworowego mogliśmy byli dojść z łatwością. Dziś jednak było już za późno, a do tego nowe i niespodziewane widowisko zapędziło nas do szałasu, z którego drzwi przedstawiał się wspaniały widok na owe olbrzymie turnie zamykające dolinę. Nagle z poza Ganku wysunęła się chmura a raczéj mglisty bałwan; jednocześnie runął grzmot przytłumiony i urywany jak zwykle w górach, a następnie najprzód na turniach, a potém i u nas w dolinie puścił się deszcz rzęsisty; szczyty gór utonęły w chmurach. W dziesięć minut deszcz ustał, chmury się poprzerywały i podniosły w górę, a wysoko po nad niemi wystrzeliły dwie czarne iglice. Były to Rysy; do połowy szaremi tumanami mgły i chmur okryte i z nich się wynurzające, wydawały się jakby jakie nadpowietrzne zjawisko. Za chwilę góry otrzęsły z siebie resztki chmur i znowu czyste, piękne, wspaniałe, stały przed nami w swéj śnieżnéj szacie przymarzłéj do ich granitowych ramion.
Długo, długo staliśmy przed szałasem wpatrując się w ten majestatyczny ogrom, w to gniazdo odwiecznych lodów i śniegów; chcieliśmy wrazić sobie w pamięć ten nieporównany widok, bo przeczucie szeptało że jutro nie nasze.
Trzeba było nareszcie pomyśleć o noclegu, gdyż członki strudzone dość długą wędrówką, dopominały się wypoczynku. Szałas który miał nam użyczyć gościnnego dachu na tę noc, należał do górali z Rzepisk, wsi na Podhalu spizkiém. Nie było przy nim owiec, bo te poszły na paszę głębiéj w góry, skąd nie wracały nawet na noc; do wspomnionego szałasu przynoszono tylko sér. Zastaliśmy tu starego gazdę, którego nie wiem jak tytułować; nie byłto bowiem baca o ile się mogłam domyśleć, ale tylko dozorca szałasu a raczéj séra. Człowiek ten niezbyt miłéj powierzchowności, przyjął nas dosyć uprzejmie, a uczęstowany herbatą rozochocił się i rozgadał. Maciéj tymczasem narąbał smreczyny na posłanie, podsycił ogień świeżemi polanami drzewa i zabraliśmy się do spoczynku.
Już sen zaczynał sklejać nasze powieki, gdy nas doleciało gwizdanie coraz się zbliżające. Stary gazda leżący na ławie przy ogniu, wstał natychmiast i wyszedł z szałasu. Nie pojmując co to znaczy, na razie zmięszaliśmy się i przestraszyli niezmiernie. Maciéj nas uspokajał że to jeden z tutejszych juhasów powracający z odpustu w Jaworzynie. Dobrze, ale jeżeli pijany?
Zaledwie zdążyliśmy zapalić świecę, którą zawsze bierzemy z sobą na dalsze wycieczki, wpadł do szałasu młody góral rzeczywiście podochocony. Zrazu bardzo był nie rad że zastał obcych ludzi; nibyto się gniewał uwijając się po szałasie, gwizdał, przyśpiewywał, podskakiwał tak lekko i zgrabnie, że gdyby nie obawa znajdowania się pod jednym dachem z pijanym człowiekiem i to jeszcze w nocy, bylibyśmy się serdecznie śmiali z tych skoków. Ojciec wstał z posłania na którém siedzieliśmy jakby przykuci, chcąc zapalić cygaro u ognia i wtedy przypadkiem wypadł mu pugilares z kieszeni. Dostrzegł to pierwszy juhas i zawołał z tryumfem: „Widzicie że ja nie złodziéj, mógłbym był wziąść to co wam upadło!“ Widać że i po pijanemu chodziło mu o dobrą sławę. Naskakawszy się usiadł nareszcie przy ogniu, ale o zgrozo! wyjął z kieszeni flaszkę wódki. Struchleliśmy gdy nie szukając kieliszka, napił się wprost z flaszki i poczęstował starego gazdę. Co to będzie gdy się oba upiją! Juhas jakby zupełnie przytomny, rozpowiadał różne odpustowe przygody a raczéj karczemne pohulanki, przy tém co chwila pociągał z flaszki, stary gazda tożsamo, póki tylko stało wódki. Gdy się flaszka wypróżniła, juhas nie ruszając się już z miejsca, wyciągnął się jak długi na ławie zbliżywszy nogi do ognia tak, że nie pojmuję jak mógł wytrzymać gorąco. Za chwilkę juhas usnął również i stary gazda, a tak przeszła spokojnie ta noc która nas takiego nabawiła strachu.
My naturalnie nie zmrużyliśmy oka, bo ta niespodziewana przygoda całkiem sen nam odebrała, a myśl o jutrze także niepokoiła. Zaraz z wieczora niebo się zachmurzyło i noc była nadzwyczaj ciemna. Jak w takiéj ciemności ów juhas przyszedł z Jaworzyny przez lasy, wody i złomy kamienia, jak trafił do szałasu i to nie będąc trzeźwym? tego pojąć nie mogę. Gdyby był trzeźwym, pewnieby się nie był odważył na takie niebezpieczeństwo.
Gdy dnieć zaczęło pobudzili się górale, my także wyszliśmy przed szałas. Smutno było spojrzeć na góry wczoraj tak piękne. Wprawdzie wszystkie ich szczyty ostro były wykrojone, nie przysłonione żadną chmurką, ale niebo okryte jednostajną szarą zasłoną, rzucało na nie cień posępny, żałobny. Powietrze było parne i duszące, cisza zupełna; wszystko to zapowiedź bliskiego deszczu, a może długiéj słoty. Naradzaliśmy się z Maciejem co robić daléj i stanęło na tém że nie będziemy się zapuszczać ku stawom jak mieliśmy zamiar, ale jak najspieszniéj udamy się w drogę z powrotem, ażeby uciec przed niechybnym deszczem.
Wróciwszy do szałasu, zastaliśmy juhasa klęczącego ze złożonemi rękami i modlącego się z największą pobożnością. Gdy skończył modlitwę, przypomnieliśmy mu wczorajszą pijatykę i pacierz o którym wczoraj wieczór zapomniał. „Ej, ja sobie wczoraj tylko zborgował,“ odrzekł zawstydzony. Byłto młody chłopak bardzo miłéj, łagodnéj twarzy, w którym niktby się był nie domyślił nocnego awanturnika.
Uważałam nieraz różnicę jaka zachodzi pomiędzy góralami spizkiemi a naszymi. Chociaż wspólne mają pochodzenie, wiarę, język, zatrudnienie, przecież różnica między nimi widoczna. Twarze Podhalan spizkich ściągłe, oczy czarne, cera blada, smagława, wzrost średni, postawa nadzwyczaj wysmukła i giętka. Ale w tych rysach tak miłych, w tych oczach łagodnych i spokojnych na pozór, przebija usposobienie namiętne i gwałtowne. Nie mają oni tego poczciwego, serdecznego i otwartego wyrazu jak nasi Podhalanie.
Opuściwszy szałas, oglądaliśmy się z żalem na te groźne turnie, które wkrótce mieliśmy stracić z oczu; ale niestety one same nas pożegnały prędzéj niż się tego spodziewaliśmy. Zakryły je grube chmury, które nad całą doliną zawisły niby czarna, dziwacznie udrapowana opona. Niebawem puścił się deszcz, zrazu był on drobny, ale wkrótce zamienił się w ulewę. Łatwo sobie wystawić w co się obróciła droga już przedtém błotnista. Miejscami brnęliśmy po kostki w rzadkiém błocie lub wodzie; do tego w lesie wszystkie gałązki świerków zamieniły się w rynny oblewając nas nie już kroplami, ale strumieniami deszczu. Z naszych kapeluszy zrobiły się dzwony po których spływała woda; przemokliśmy prawie do suchéj nitki. Szczęściem deszcz był ciepły, przy tém spieszny pochód krew rozgrzewał; nie było więc obawy przeziębienia. To téż wesoło odbywaliśmy tę miłą przechadzkę, byliśmy wszyscy dobréj myśli i żartowaliśmy sobie z pięknéj drogi która w dolinie Białki zamieniła się w rzeczkę, płytką wprawdzie, ale płynącą dość żwawo. Przechodząc wczoraj po kamieniach nad potokiem, wybieraliśmy starannie miejsca żeby nie zamoczyć nogi, nieraz w zbytku ostrożności wzywaliśmy pomocy Macieja żeby się nie zachwiać i nie ześliznąć z kamienia. Dziś każdy przechód był dobry, każde z nas radziło sobie samo i przechodziło zręcznie po zmoczonych, a zatém oślizgłych kamieniach; pośpiech, chęć dostania się co prędzéj pod dach, ułatwiały wszystko.
Około południa stanęliśmy szczęśliwie w szałasie pod Czubą, przyjęci najgościnniéj i z najserdeczniejszém pożałowaniem od całéj osady. Szałas ten należał do gazdów z Bukowiny; nie było tu bacy i juhasów, ale każdy gazda miał przy swoich owcach lub krowach, osobnego pasterza, i dla tego czeladź szałasowa była bardzo liczna i rozmaita, nad którą miał nadzór poważny gazda. Nie zapomnę nigdy widoku jaki przedstawiało wnętrze szałasu i przyjęcia jakiegośmy tu doznali. Około ogniska rozłożonego na ziemi zwyczajem szałasowym, zobaczyłam kilkanaścioro ludzi, najwięcéj wyrostków obojéj płci, ale były i starsze kobiety i małe dziewczątka i chłopaczki. Że było właśnie południe, każde zajęte było gotowaniem obiadu, t. j. bryi w swoim garnuszku. W kilku garczkach już wrzała woda, każdy więc wydobył swój woreczek z mąką i sypał ją na war wśród wesołych żartów i śmiechów. Ogień oświecał te miłe twarze, a cały ten sielski obrazek ładnie odbijał na czarném tle okopconych ścian szałasu.
Gdyśmy weszli, zrobił się ogólny ruch w téj wesołéj gromadce, wszyscy chcieli nam ustępować miejsca przy ogniu, podawali ławeczki do siedzenia, dziewczęta pomagały zdejmować przemokłą zwierzchnią odzież, którą chcieliśmy trochę przesuszyć. Jednę szczególniéj dziewczynkę najwięcéj piętnaście lat mającą, dotąd pamiętam. Twarzyczkę miała drobną, ładną i świeżą jak rozkwitająca różyczka, uśmiech figlarny, a niewinny jak uśmiech dziecięcia, kibić wysmukłą, kształtną i wiotką, wdzięk i powab niezwykły w każdym ruchu. Ta milutka dziewczynka którą zaraz wtedy przyrównywałam do sarneczki i tak ją dotąd pamiętam, zajęła się nami ze szczególną usłużnością. Wspięła się zgrabnie wysoko pod dach szałasu i trzymała nad ogniem przemokłe nasze chustki, obracając na wszystkie strony żeby je prędzéj wysuszyć. Z upodobaniem przypatrywałam się jéj zgrabnym i zwinnym ruchom gdy się krzątała aby nas poratować w biedzie. Nie chcąc się zatrzymywać długo, nie gotowaliśmy tu nawet herbaty do któréj był wielki apetyt, lecz napiliśmy się trochę wina. Resztą poczęstowaliśmy starego gazdę. Ale jakież było nasze zdziwienie, gdy on zaledwie przytknąwszy do ust szklankę, podał ją swemu synowi, dorodnemu chłopakowi; ten skosztował i znowu podał drugiemu, ów innemu i tak szklaneczką wina obczęstowali się wszyscy. Takąsamą koleją poszedł kawałek chleba który wszyscy pomiędzy siebie rozdzielili. Ta patryjarchalna wspólność pożycia, prawie mnie rozrzewniała i nadzwyczaj miłe czyniła wrażenie. Byliśmy tak zajęci jakiém takiém przebraniem się i zabezpieczeniem od deszczu na dość długą drogę jaka nas jeszcze czekała, że nikomu na myśl nie przyszło ofiarować jakiś pieniężny datek gościnnéj szałasowéj osadzie, czego dotąd żałuję. Oni jednak najmniejszéj do tego nie okazywali pretensyi, żegnali nas przyjacielsko, życząc szczęśliwéj drogi i zapraszając na drugi raz do swego szałasu.
Gdyśmy wyjechali, deszcz ustał, ale powietrze bardzo się oziębiło. Droga do Bukowiny zawsze błotnista i porozrywana wybojami, zrobiła się teraz jeszcze przykrzejszą; biedne konięta ślizgały się po błocie, a tu ani sposób im ulżyć, bo wszędzie głębokie kałuże i bagna, tak że wysiąść niepodobna. Zimno stawało się coraz dokuczliwsze w miarę jak zbliżaliśmy się do Bukowiny, gdzie jak nam powiadano, padał zrana grad gruby i gęsty.
Nie potrzebuję podobno mówić z jaką radością stanęliśmy w Zakopaném, a odpoczywając po całodziennych trudach w suchéj i ciepłéj izbie, przypominaliśmy sobie nawzajem wszystkie szczegóły odbytéj wycieczki, która choć nie zupełnie się powiodła, dała nam przecież poznać olbrzymią tatrzańską przyrodę w takiéj dzikości, jakiéj dotąd nigdzieśmy nie widzieli. Przemoczenie i zimno nikomu z nas nie zaszkodziło, nikt nawet kataru nie dostał; takito jest cudowny wpływ górskiego powietrza!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Steczkowska.