Ostatnia choinka

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Ostatnia choinka
Pochodzenie Łzy Chrystusowe
Data wydania 1928
Wydawnictwo Spółka Pedagogiczna T. A.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Ostatnia choinka


Nad ziemią lecieli aniołowie, śpiewając: Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli!
Lecz ludzie nie słyszeli tej pieśni. W ich duszach nie było dobrej woli, więc nie było i pokoju. Inną pieśnią, złowrogą i bluźnierczą, huczał i jęczał podół ziemski... Ku czci szatana niszczyciela palił świat ogromną kainową ofiarę wojny; brat zabijał brata i krwi rodzonej nie szczędzono... Krew ta wołała w niebo klątwami rannych i jękami konających, a z wyciem i wrzaskiem szturmujących mieszał się huk armat, któremi mieszkaniec ziemi w swej pysze przedrzeźniał gromy niebios. Nie widziano gwiazdy zbawczej nad stajenką, w której się Mesjasz rodził; za gwiazdy swoje ludzkość ogłosiła brudne, nikczemne, samolubne hasła....
Nie słyszał świat błogiego zwiastowania anielskiego; pełna grozy i przestrachu była przyroda. Wcześniej w tym roku, niż po inne lata, odleciało precz drobne ptactwo, trwożne, z gniazd swych wypędzone. Zato wron i kruków większa, niż kiedykolwiek, była obfitość; jak żałobne wieńce i wstęgi raz wraz czarne ich korowody zaścielały ziemię, śniegiem przysypaną, co jak grób pobielany chowała w swej głębi zwłok tysiące... I nietylko zwłoki chowała – bo i żyjący w niej się zagrzebywali, ryjąc szańce i rowy strzeleckie, niby dżdżownice, co pełzną w tę i drugą stronę... ślepo, bez oczu.... Podkopywano się w ten sposób pod cudze włości, zaorywano granice państw i krajów, a równocześnie zacierała się granica sprawiedliwości i bezprawia, grzebano ludzkie porywy i zapały, zakopywano w błocie godność człowieczą...
Nie było słychać śpiewania anielskiego – zato głośno rozlegał się płacz dziatwy, mordowanej przez herodowych siepaczy... Monarchowie, światem władnący, nie do szopki cichej śpieszyli i nie złoto i mirę nieśli w ofierze, ale orężem wydzierali sobie mienie, złoto krwią okupując... choć krew ludzka cenniejsza jest nad złoto....
A jednak byli ludzie, którym się śniło, że w tych bolach, jakie przechodziła ziemia, rodził się jakiś świat nowy, jakieś zbawienie ludzkości... jak ongi w noc betlejemską...

Bór ciemny, z powodu zasp śnieżnych jeszcze mniej dostępny, niż kiedykolwiek, był przez dzień cały widownią krwawych zmagań i zapasów. Gdzie dawniej zwierzęta dzikie przemieszkiwały, wdarł się człowiek i ze zwierzęcą zajadłością polował na współbliźnich swoich ludzi... Jak na wielkich, hucznych łowach, grzmiały gęsto strzały, a niby nagonka, z wrzawą dziką raz po razu zrywała się pędziła przed siebie linja tyraljerska... Nie pamiętała tak wspaniałego polowania puszcza głucha, choć żyjące w niej drzew a wiele już widziały wieków...

Dokoła polany, na której rozegrał się naj­ważniejszy moment boju, ustawiły się półkręgiem odwieczne dęby i młodsze od nich sosny i jeszcze młodsze jedliny i leszczyny, stopniami, niby widzowie w teatrze, z zaciekawieniem i uwagą śledzący przebieg widowiska.... A gdy klekotały karabiny maszynowe, to drzewa klaskały odgłosem, jakby biły brawo... Gdy ludzie jęczeli i wyli z bólu, tedy cały las krzyczał z upojnego zachwytu i gromkiem echem opowiadał hen daleko swoje wrażenia... Gdy zaś, jak byk, bodący ziemię rogami, spadł na arenę ryczący pocisk, wtedy dawało się odczuć drżenie, następnie jakby oddech podziwu i naprężenia, a wreszcie szał entuzjazmu... czasem jakby jakieś syczenie niecierpliwości lub szyderstwa... Zda się, jakby i drzewa opanowane naraz zostały temiż namiętnościami, co ludzie....

Pierwszy spostrzegł tę gwiazdkę młody żołnierzyk, który stojąc na wedecie...
Wkońcu przesyt jakiś ogarnął niebo i ziemię, ludzi i przyrodę... Zmętniał świat w szarym pomroczu wieczora, tłumił się i cichnął zgiełk i zamęt bitwy... Drzewa w mgle posępniały, a tężały i krzepły od przypierającego mrozu; ludzie albo posnęli na wieki, albo zaszyli się gdzieś w czarnej gęstwinie. Polana pozostała martwa i głucha, gładka i biała, jak stół, czekający na biesiadę duchów... Ci z walczących, którzy zostali panami placu, umocnili swe stanowisko, rozstawiając na krawędzi leśnej, wzdłuż polany, silne czaty; linja bojowa rozsnuła się gdzieś w zakątkach gąszczy, cicho i niewidzialnie, jak nić pajęcza.... i jak nić pajęcza, czyhała zdradziecko na zdobycz.

Noc jednak nie była bardzo ciemna. Zwolna mgła w szron się ścięła i osiadła na ziemi; powietrze, przez dzień skłębione dymem wystrzałów, przetarło się i nabrało przejrzystości tafli lodowej... Było widać niebo czyste i pogodne, na którem pojawiały się gwiazdy... jakby i tam noc zaciągała swoje placówki. Pierwszą z nich była gwiazdka, która tylko raz do roku błyska na niebie, wskutek czego nie zdołali jej zaobserwować uczeni astronomowie – nazywa się zaś gwiazdą wigilji.
Pierwszy spostrzegł tę gwiazdkę młody żołnierzyk, który stojąc na wedecie miał baczyć na nieprzyjaciela... zamiast wrogów jednak powitał dziś dawnego swego przyjaciela, zwiastuna Bożych Narodzin. Bo gwiazdka ta, świecąca w dniu przyjścia niebiańskiego Pacholęcia, umiłowała najwięcej serca młodociane, dziecięce, darząc je szczęściem i radością... A młody żołnierzyk niezbyt dawno opuścił dom rodzicielski, porzucając suchą naukę szkolną dla służby płomiennym hasłom, wykołysanym od powicia; nie tak to dawno poszedł na przedwczesne trudy za najwznioślejszą mistrzynią serc dziecięcych – wiarą.
Jeszcze rok temu jechał sankami z miasta powiatowego do domu, a małe serduszko pod granatowym mundurkiem biło mu uciechą z powodu teryj świątecznych, a jednocześnie obawą nagany od rodziców za liche postępy w nauce... Pamięta jeszcze łzy matki, która, łamiąc się z nim opłatkiem, mówiła:
– Ignasiu, moje dziecię, nie rób mi już więcej przykrości!
Kochana matka!... jakże go bolały jej łzy!... Dlatego też tak pokryjomu, bez pożegnania, uciekł z domu, by łez tych nie widzieć...
Dziś ona pewno znów tam płacze – i wyczekuje syna... Żeby choć na wilję przyjechał!... Stół czeka, śnieżnym obrusem nakryty... a jedno nakrycie dla niego... Matka raz po raz przez okno wygląda, czy w podwórzu nie widać powracającego syna i czy na niebie nie widać złotej, gwiazdki – tej samej, na którą on w tej chwili spoziera w tem pustkowiu.... A co pewien czas podchodzi ku drzwiom salonu i patrzy, czy domknięte – bo tam w salonie, w ciemnym kątku, ukrywa się w tajemnicy choinka, świecidełkami obwieszona i, jak dąb Alibaby, strzegąca przeróżnych podarków... Niby to aniołek przynosi to wszystko grzecznym dzieciom.... choć wiadomo, że zwykle i niegrzeczne dzieci nie bywają też pokrzywdzone w rozdawnictwie prezentów, a choinkę i zabawki sprawia nikt inny, tylko sama matka... Ale czyż matka nie jest aniołem opiekuńczym swego dziecka?
Gwiazdka na niebie mrugała niby czyjaś źrenica, do płaczu skłonna... W boru coś szeptało i wzdychało... Kędyś z oddali odzywały się od czasu do czasu przytłumione głosy strzałów niby jakieś przybijanie młotkiem lub pukanie do drzwi... Niejedna dusza dzisiaj pukała do bramy niebios...
W domu tam pewno wszyscy zasiedli do wilji... matka nasłuchuje każdego odgłosu... czeka, czy kto do drzwi nie zapuka... nie pozdrowi...
Wsłuchał się w ciszę nocną Ignaś, wsparty na karabinie, prawie, że większym od niego.
Kiedy zaciągnął się do wojska, śmiali się z niego nowi koledzy, że chyba będzie na karabinie jeździł, jak na drewnianym koniku, bo utrzymać go na ramieniu ani w rękach nie potrafi... Pokazał wszakże, że nietylko go utrzyma, ale potrafi też skutecznie się z nim obchodzić... To też dowódca kompanji pozwolił mu chodzić na najniebezpieczniejsze patrole i ufał mu wszędzie jak staremu żołnierzowi, choć miał Ignaś mało co więcej nad połowę lat rekruta poborowego... I dziś, pomimo zmęczenia, służbę swą pełnił sumiennie i czujnie, „jak stary“... Ach! gdyby go tu na chwilę widzieć mogła matka, napróżno w domu wyczekująca!... żeby widziała, jak dzielnie stoi na straży oddziału swego i swoich ideałów!... Zniósłby i te łzy jej, bo wiedziałby, że to łzy dumy.... I on sam miał łzy w oczach, chociaż nie było mu straszno... niczego się nie bał młody żołnierzyk, jeno ogarnęła go tęskność tak a ogromna...
Jodełka, na skraju lasu rosnąca, przy której stała wedeta, upuściła wilgotny płat śniegu, który dotknął policzka chłopca, niby łza mat­czyna... Gałąź poruszona poczęła się chwiać, jakby dłoń, rzucająca ostatnie pożegnalne skinienia.
Nad polaną wypłynął srebrny księżyc, oblewając wszystko łagodnem światłem. Wtem stał się jakby cud: przed oczyma chłopca nagle jodełka zalśniła, jak choinka wigilijna, mnóstwem świeczek rozjarzona... śnieg biały, puszysty, roziskrzył się tysiącem tęczowych iskierek i promyczków, niby pył brylantowy, a na każdej gałązce inne przybierający kształty: to obwisał, jak rąbek tkaniny, to w krążek się uścielał jak gniazdko ptasie, to znów wysterczał jak figurka z cukru... Gdzieindziej zaś w festony i łańcuchy migotliwe się wiązał lub rozsnuwał się, niczem subtelne i drgające przędziwa „wło­sów anielskich“ – zaś wierzchołek jodełki rozbłyskiwał lodową iglicą, z której, jak mydlane kule ze słomki, wytryskiwały różnobarwne gwiazdeczki.
Jakiż to anioł przyniósł tutaj tę choinkę? Czy przyniósł ją na prośbę matki?...
Tam w domu teraz brzmi kolenda. Jarzą się świeczki i twarze rozjaśniają się wśród śpiewu – choć mama pewno wciąż smutna... może nawet smutniejsza, niż kiedykolwiek...

Przylecieli tak cudni anieli...
Cali w bieli – złote piórka mieli...
Przynieśli nam wesołą nowinę...

Ach! jak ta matka łzawo się modli o wesołą nowinę... o synu swym jedynaku!... A mały Ignaś, syn jej ukochany, porzucił ją i nawet znaku życia o sobie nie daje... jakby o nią nie dbał, o niej nie myślał... Inna myśl go zaprząta, innej wesołej nowiny wyczekuje... Dla tej to nowiny wesołej zaciągnął się do szeregów, w jej imię dobrowolnie znosił trudy przedwczesne... Kiedyż usłyszy i on wesołą nowinę – doczeka spełnienia swych ideałów i tęsknych nadziei, piastowanych w duszy?...
Na to pytanie odpowiadała chłopcu jedynie cisza nocy zimowej... Widział tylko niewielką bladoszarą przestrzeń przed sobą...
Skądciś tam, z oddali, nadbiegła kula zbłąkana, niewiedzieć przez kogo wysiana, niewidoczna i lotna jak duch... Ze świstem przecięła powietrze i, jak pszczoła w kwiecie, pogrążyła się w maluchnem sercu chłopięcia: żądło miała śmiertelne... Zachwiał się młody Ignaś, upadł na zimny śnieg... Zimna śmierć schyliła się nad nim, macierzyńską dłoń na nim położyła – i uśpiła go na wieki...
Sen w wigilję ma znaczenie wieszcze, bo co się komu w noc tę śni, to niechybnie się sprawdzi... Co śniło się w noc Bożych Narodzin małemu żołnierzykowi, który, choć usnął na posterunku, jednak do samego końca nie zaniedba! powinności – dobrowolnie na się przyjętej?...


...Zimna śmierć uśpiła go na wieki...

Oto hen pod popielałem niebem zimowem leciał, jako jeden z tych aniołów, co śpiewali, przygrywając na złotej Lutni gwiaździstej: Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli... U ramion miał śnieżne skrzydła, a na czole gwiazdę promienną – ukochaną przez siebie gwiazdę wigilji.

Po północy przyszedł do kompanji rozkaz odwrotu – więc też zwinięto i placówkę... Pocichu, niepostrzeżenie, szeptem powtarzając rozkazy, znikli wszyscy w gęstwinie... Ale już nie wzięli ze sobą małego Ignasia, który został na polanie... zimny i cichy... i blady... jak ta noc zimowa...
Z gąszczy, jak złowrogie widma, wypełzły wilki, węsząc i tropiąc coś w śniegu.... Wreszcie po śladach doszły do stanowiska dawnej placówki, gdzie leżały, pod samotną jodełką, zwłoki żołnierzyka... Rozległo się długie przeraźliwe wycie, podobne do żałosnego zawodzącego płaczu...
Mówią, że w noc wigilji nawet zwierzęta zdolne są przemawiać ludzką mową... Lecz wilki nie opowiedziały nikomu, co się w noc wigilijną stało ze zwłokami Ignasia...
I nie wiedziała matka, choć tak płakała, jakby jej wszystko było wiadomo.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.