Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1884
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

II.

I znowu płynęłam z rozpiętemi żaglami na łodzi zachwycenia. Zwinna i szczebiotliwa garderobiana z Warszawy otwierała przede mną szafy i komody, a ja, siedząc pośrodku pokoju na dywanie, znalazłam się istnie zakopana w stosie sukien, okryć i różnych toaletowych fraszek, które kazałam służącéj podawać sobie i rozkładałam wokoło. W godzinę potém, świeżo uczesana i ubrana, stałam sama jedna w gabinecie przed lustrem, spuszczającém się aż do posadzki. Przede mną stała w zwierciadlanéj szybie siedmnastoletnia dziewczyna, w błękitnéj sukni, średniego wzrostu, cienka w pasie i o spadzistych ramionach. Główkę miała małą, okrągłą, pokrytą lasem kasztanowatych włosów, modnie teraz uczesanych. Pod tą modną fryzurą było czoło, w regularny owal wykrojone, pod niém para podługowatych, szafirowych oczu z długiemi rzęsami; między oczyma mieścił się nosek, wcale nieładny, bo za duży i za szeroki dla reszty rysów, ale za to poniżéj kwitła buzia, ponsowa, jak odłam korala. Policzki nie były ani różowe, ani blade, miały białą przezroczystość porcelany, osypanéj brzoskwiniowym puszkiem.
Uśmiechnęłam się do dziewczyny, stojącéj w lustrze.
Oddała mi uśmiech, pokazując białe ząbki.
— Ładna jesteś — szepnęłam do niéj.
— Ładna jesteś! — odszepnęła.
Wyprostowałam się i podniosłam głowę tak wysoko, jak ją zwykła była nosić moja matka. Dziewczyna w lustrze uczyniła to samo.
— Będziesz tak piękną, jak twoja matka! — rzekłam do niéj.
— Jak twoja matka! — powtórzyła.
— Będą cię ludzie uwielbiać! — wymówiłam.
— Będą cię ludzie uwielbiać! — odpowiedziała.
— I starać się o twoję rączkę!...
Tu zaśmiałam się głośno i długo. Na myśl przyszedł mi ów konkurent mój in spe, o którym pisała mi matka, a którego inaczéj wyobrazić sobie nie mogłam, jak wycierającego chusteczką szkiełko od pince-nez. Przedstawiłam sobie, że stoi on przede mną, ujęłam delikatnie obiema rękoma suknią i, robiąc dyg głęboki, rzekłam:
— Dzień dobry panu! a! bardzo przepraszam! bon jour monsieur! zapomniałam, że na wielkim świecie piérwszy wyraz rozmowy nie wymawia się nigdy po polsku. Mówiono mi o tém, ale widzisz pan, jestem świeżo wyemancypowaną pensyonarką, niewprawną jeszcze w zwyczaje światowe. Otóż — bon jour monsieur! proszę skończyć już raz przecieranie swego szkiełka i włożyć je na nos. O tak! dobrze! c’est parfait! teraz proszę patrzéć na mnie! dygam panu po raz drugi; czy prawda, że dygam zgrabnie? Dawała mi lekcye panna D., najsławniejsza tancerka. Zachwycony pan jesteś moim dygiem i całą moją osóbką, nie prawdaż? proszę tylko nie bardzo patrzéć na mój nosek, bo jest niezgrabny! Masz pan zamiar starać się o moję rączkę? bardzo dobrze! przypatrzę się i ja panu, i jeśli mi się podobasz... no... to nie wiem..., a jeśli się nie podobasz, dostaniesz harbuza! cha, cha, cha!... po francuzku harbuz nazywa się citrouille, po angielsku english melon, cha, cha, cha!
W czasie tego monologu śmiech mię zdjął długi i serdeczny, dziewczyna w lustrze zanosiła się także od śmiechu. Nagle umilkłam i spoważniałam. Wzrok mój upadł wypadkiem na papier, leżący u stóp moich na posadzce, a w oczy rzuciły się wyraźném pismem nakreślone słowa: „Nie ufaj zbyt połyskom, dziecię moje, i nie oddawaj im całego serca twego!” Był to list mego ojca, który wypadł mi z kieszonki podróżnego szlafroczka. Podjęłam go z poszanowaniem i machinalnie prawie czytałam daléj: „Wejdź w życie z myślą, że zabawy i zbieranie hołdów nie jest celem, dla którego żyć powinna kobieta. Odurzą cię one i upoją z razu, ale staraj się coprędzéj o wytrzeźwienie. Strzeż się utonięcia we fraszkach. Po-za tém błyszczącém kołem, które cię otoczy, staraj się dojrzéć świat najrozleglejszy, świat pracy, myśli, uczuć wielkich...”
Opuściłam ręce i zamyśliłam się głęboko. Zdawało mi się, że z papieru, który trzymałam w ręku wychodził głos poważny, surowy nieledwie, głos z innego jakiegoś świata, niż ten do którego weszłam, który mię już na samym wstępie upoił. Głos ten przychodził do mnie od ojca, ze stron dalekich, z dalekich krain, po których on wędrował... Rzewnie zaczęło mi się robić około serca, zapomniałam o dziewczynie, która w lustrze śmiała się przed chwilą tak swawolnie, i pismo ojca do ust poniosłam.
W téj chwili zawołano mnie do matki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.