Pamiętnik chłopca/Dzieci ociemniałe

<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund de Amicis
Tytuł Pamiętnik chłopca
Podtytuł Książka dla dzieci
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i Spółki
Data wyd. 1890
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Obrąpalska
Tytuł orygin. Cuore
Źródło Skany na Commons
Inne Cały luty
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
DZIECI OCIEMNIAŁE.
24, czwartek.

Nauczyciel nasz bardzo chory — w jego miejsce przysłano nam nauczyciela z klasy czwartéj, który przez długi czas dawał lekcye w Instytucie ociemniałych; jest on najstarszym w naszéj szkole, taki biały, iż wygląda jakby miał na głowie perukę z waty, i mówi tak, jakby nucił jakąś smutną piosenkę, ale to mile brzmi; wogóle bardzo to przyjemny staruszek i bardzo dużo umie. Zaledwie wszedł do klasy, widząc chłopca z zawiązanem okiem, zbliżył się do niego i zapytał, co mu jest.
— Szanuj oczy, moje dziecko — powiedział.
A wówczas Derossi go spytał:
— Czy to prawda, panie nauczycielu, że pan był nauczycielem ociemniałych?
— Tak, przez lat wiele — odrzekł.
A Derossi powiedział półgłosem:
— Żeby to nam pan nauczyciel co o tem opowiedział...
Nauczyciel odszedł, aby usiąść przy swoim stole. Koretti powiedział głośno:
— Instytut ociemniałych znajduje się przy ulicy Nicejskiéj.
— Wy mówicie: ociemniali — rzekł nauczyciel — tak, jakbyście powiedzieli: chorzy, ubodzy, albo jeszcze jacyś inni biedacy. Lecz czyż dobrze rozumiecie znaczenie tego wyrazu? Pomyślcie trochę nad tém. Ociemniali! Być ociemniałym, nie widzieć nic, nigdy! Nie odróżniać dnia od nocy, nie oglądać ani słońca, ani własnych rodziców, nic z tego wszystkiego, co nas otacza, czego się dotykamy; być pogrążonym w ciemności wiecznej, być jakby pogrzebanym we wnętrznościach ziemi! Spróbujcie-no wy zamknąć oczy i powiedziéć sobie, że już nie otworzycie ich nigdy: natychmiast ogarnie was niepokój, przestrach, wyda się wam, że nie moglibyście znieść tego, że zaczęlibyście wołać ratunku, że albobyście umarli, albo postradali zmysły. A jednak... biedne dzieci, kiedy się wchodzi po raz pierwszy do Instytutu ociemniałych, podczas rekreacyi, i gdy się słyszy zewsząd grę na skrzypcach i flecie, i głośne rozmowy i śmiechy, i gdy się widzi, jak dziatwa wbiega i schodzi szybko po schodach, jak krąży swobodnie po korytarzach i sypialniach, — trudno naprawdę uwierzyć, że to są ci nieszczęśliwi, ci biedacy, dotknięci najstraszliwszém kalectwem, jakiemu człowiek uledz może. Trzeba im się dobrze przyjrzéć. Są tam pomiędzy nimi szesnasto i osiemnasta-letni chłopcy, silni i weseli, którzy znoszą to swoje kalectwo mężnie, nawet z rodzajem pewnéj wyniosłości, niby dumy; ale łatwo odgadnąć z ostrego, świadczącego o walkach i zgryzotach wewnętrznych wyrazu ich twarzy, że wiele i wiele przecierpieli, nim się wreszcie pogodzić zdołali z okropném nieszczęściem. Są tam inni, o bladych, łagodnych twarzach, z których łatwo wyczytać zupełne poddanie się losowi; ale twarze to smutne i znać po nich, iż czasem, w ukryciu, muszą i dziś jeszcze płakać. Ach! moje drogie dzieci! Pomyślcie tylko, iż niektórzy z nich wzrok utracili w ciągu dni kilku, że inni, utracili go po latach całych katuszy, po wielu okropnych operacyach chirurgicznych, i że wielu już się tak porodziło, wśród nocy, co nigdy zorzy dla nich nie miała, i w świat weszło jakby w grób olbrzymi, i że nie wiedzą, jak wygląda twarz ludzka! Pomyślcie sobie, ileż to wycierpieć musieli i wiele cierpieć dziś muszą, kiedy sobie niejasno wystawią, jaka to okropna różnica zachodzi pomiędzy nimi i tymi, co widzą, i pytają sami siebie: „Dlaczego ta różnica, skoro żadnéj winy nie mamy?“ Ja, com lat wiele wśród nich przebywał, kiedy sobie przypomnę tę klasę, wszystkie te oczy zapieczętowane na zawsze, wszystkie te źrenice bez wzroku, bez życia, a potém patrzę na was... zdaje mi się niepodobieństwem, abyście wy wszyscy nie byli szczęśliwymi. Pomyślcie: w Italii jest blizko dwadzieścia sześć tysięcy ociemniałych! Dwadzieścia sześć tysięcy osób, które nie widzą światła, rozumiecie? całe wojsko, które potrzebowałoby czterech godzin, aby przed naszemi oknami przeciągnąć!
Nauczyciel umilkł; w całéj klasie panowała cisza. Derossi zapytał:
— Czy to prawda, iż u ociemniałych zmysł dotykania jest o wiele czulszym, niż u nas?
Nauczyciel powiedział:
— Tak jest. Wszystkie inne zmysły są u nich wydoskonalone właśnie dlatego, że będąc zmuszone dopełniać i zastępować zmysł wzroku, bardziéj i lepiéj się rozwijają, niż u tych, którzy widzą. Rano w sypialniach pytają jedni drugich: „Jest słońce?“ i kto się najprędzéj ubierze, biegnie wnet na podwórze i rękami porusza w powietrzu, aby się dowiedzieć zapomocą czucia, czy jest ciepło słoneczne, i wraca śpiesznie, by oznajmić dobrą nowinę: „Jest słońce!“ Z chodu jakiéjś osoby tworzą sobie pojęcie o jéj wzroście; my z oczu człowieka wnioskujemy o jego duszy, oni zaś z jego głosu; pamiętają dźwięk mowy i sposób wyrażania się przez całe lata. Czują i odgadują, czy w pokoju znajduje się jedna osoba, czy téż ich jest więcej, choćby jedna tylko mówiła, a inne zachowywały się zupełnie cicho. Po dotknięciu rozpoznają, czy łyżka jest czysta, czy nieco brudna. Dziewczynki rozróżniają wełnę farbowaną od tej, co ma naturalną barwę. Przechodząc po dwoje w szeregach przez ulicę, poznają po zapachu niemal wszystkie sklepy, nawet takie, w których my żadnego odrębnego zapachu nie czujemy. Puszczają bączka, a słysząc warczenie, jakie kręcąc się wydaje, i chcąc go uchwycić, idą prosto do niego i nigdy się nie omylą. Toczą obręcz, grają w kręgle, skaczą przez sznurek, budują domki z kamyków, zrywają fijołki, jakby je widzieli, robią maty i koszyczki, splatają słomę rozmaitych barw, prędko i dobrze, tak dalece mają wydoskonalone dotknięcie! Dotknięcie, to ich wzrok; jedną z największych dla nich przyjemności jest dotykać się, ściskać, odgadywać kształt przedmiotów zapomocą macania. Jakiż to widok wzruszający, gdy ich zaprowadzą do Muzeum przemysłowego i pozwolą dotykać się im do wszystkiego, do czego tylko zapragną; z jakąż to uciechą rzucają się na figury geometryczne, na modele domów, na rozmaite narzędzia, z jakąż radością macają, pocierają, obracają w rękach rzecz każdą, aby zobaczyć, jak téż jest zrobiona. Oni mówią: zobaczyć!
Garoffi przerwał nauczycielowi, by go zapytać, czy to prawda, że ociemniali daleko lepiéj uczą się rachunków niż inni.
Nauczyciel odpowiedział:
— To prawda. Uczą się rachunków i czytania. Mają książki, dla nich wyłącznie wydawane, z wypukłemi głoskami; przesuwają po nich palce, poznają głoski i wymawiają wyrazy; czytają płynnie. A trzeba widzieć, jak biedacy czerwienią się, gdy się zmylą. I piszą również, bez atramentu. Piszą na grubym i twardym papierze zapomocą ostrza stalowego, które ryje na nim wklęsłe kropki i znaczki podług osobnego alfabetu; te zaś wklęsłe znaczki na drugiéj stronie papieru wychodzą wypukło, tak, iż odwróciwszy kartę i przesuwając palce po owych wypukłościach, ociemniali mogą czytać to, co napisali sami, oraz to, co napisał kto inny; i tak robią wypracowania piśmienne i pisują do siebie listy. W taki sam sposób piszą liczby i robią rachunki. I w pamięci rachują z zadziwiającą łatwością, bo ich uwagi nie rozrywa, nie odciąga widok różnych przedmiotów tak, jak to bywa z nami. A gdybyście wiedzieli, jak są zamiłowani w słuchaniu czytania, jak uważają, jak pamiętają wszystko, jak rozprawiają między sobą, nawet i mali, o rzeczach, dotyczących dziejów i języka, siedząc po czterech lub pięciu w jednéj ławce, nie zwracając się jedni do drugich, rozmawiając pierwszy z trzecim, drugi z czwartym, głośno, wszyscy razem, żadnego słówka nie tracąc, tak dalece mają słuch delikatny i wprawny! I więcéj niż my przywiązują wagi do egzaminów, upewniam was, i bardziéj się przywiązują do swoich nauczycieli. Poznają nauczyciela po chodzie i po zapachu; dostrzegają, czy jest w dobrém czy w złém usposobieniu, czy zdrów, czy chory, jedynie tylko z brzmienia jego głosu, z jednego jego słowa; chcą, aby nauczyciel się ich dotykał, kiedy ich zachęca lub chwali, i macają go po ramionach i rękach, aby wyrazić swą wdzięczność. Między sobą kochają się bardzo, są dobrymi towarzyszami. Podczas chwil wolnych od lekcyj zawsze niemal jedni i ciż sami razem się trzymają, tworząc gromadki mniejsze i większe. W oddziale dziewczynek, naprzykład, rozdzielają się na kółka, stosownie do instrumentu, na którym grają; fortepianistki, flecistki, skrzypaczki najchętniej z sobą przebywają i nie rozstają się prawie nigdy. Kiedy pokochają kogo, to już kochają stale. Wielką osłodę znajdują w przyjaźni. Umieją się osądzić wzajemnie słusznie i trafnie. Mają jeszcze i głębokie pojęcie o złem. Nikogo nie wzrusza, nie przejmuje bardziej od nich opowiadanie o czynach szlachetnych i wzniosłych.
Wotini zapytał, czy też ładnie grają.
— Kochają gorąco muzykę — odrzekł nauczyciel. — Muzyka, to ich szczęście, ich życie. Ociemniałe dzieci, takie, co zaledwie do Instytutu wstąpiły, potrafią przez parę godzin z rzędu nieruchomie stać, słuchając muzyki. Uczą się z łatwością, grają z zamiłowaniem. Kiedy nauczyciel powie któremu, iż nie posiada muzycznych zdolności, ten dozna ztąd wielkiéj boleści, lecz z tém większym zapałem bierze się do nauki. Ach! żebyście tam w zakładzie słyszeli muzykę, żebyście ich zobaczyli, jak grają, z czołem podniesioném, z uśmiechem na ustach, rozczerwienieni, drżący od wzruszenia, w jakimś zachwycie, w uniesieniu od téj harmonii, co się rozbiega w nieskończonéj ciemności, która ich otacza, wówczas dopiero poznalibyście, jak wielką pociechą jest muzyka! A jakież to szczęście twarz ich rozpromienia, kiedy nauczyciel im powie: „Będziesz artystą.“ Dla nich najpierwszy w muzyce ten, co najlepiej gra na fortepianie lub skrzypcach, jest jakby królem; kochają go, wielbią. Jeżeli między dwoma jaka sprzeczka wyniknie, idą do niego; jeżeli dwaj przyjaciele się pogniewają, on ich godzi. Najmniejsi, których on naucza muzyki, szanują go jak ojca. Przed udaniem się na spoczynek idą wszyscy do niego powidziéć mu: „dobranoc.“ I ciągle mówią o muzyce. Późnym wieczorem, już w łóżkach, wszyscy niemal znużeni nauką i pracą, i senni, jeszcze rozmawiają przyciszonym głosem o operach, muzykach, instrumentach, orkiestrach. A tak wielką karą jest dla nich być pozbawionymi czytania i muzyki, tak strasznie cierpią z tego powodu, iż nauczyciele nie mają prawie odwagi karać ich w ten sposób. Czém jest światło dla naszych oczu, tém muzyka dla ich serca.
Derossi zapytał, czy można pójść do Instytutu, aby ich zobaczyć.
— Można — odrzekł nauczyciel, — ale wy, chłopcy, nie powinniście jeszcze iść tam teraz. Zwiedzicie zakład późniéj, gdy będziecie już w stanie zrozumieć cały ogrom tego nieszczęścia i odczuć całą litość, na którą ono zasługuje. Jest to smutny widok, moje dzieci. Zobaczycie tam nieraz chłopców, siedzących przed oknem otwartem, aby się napawać świeżem powietrzem, którzy z twarzą nieruchomą zdają się patrzyć na wielką równinę zieloną i na piękne góry niebieskie, które wy widzicie... a na myśl, że oni nie widzą, że nigdy nic nie zobaczą z tego ogromu piękna, w którym wasz wzrok tonie, serce tak się wam ściśnie boleśnie, jakbyście wy sami mieli oślepnąć w téj chwili. Jeszcze ci z nich, którzy od urodzenia są ociemniali, którzy nigdy nie widzieli świata, którzy nic nie opłakują, bo nie mają pojęcia o żadnych przedmiotach, mniejszą litość wzbudzają. Ale są tam tacy, co wzrok postradali przed paru miesiącami zaledwie, którzy pojmują dobrze, ile utracili, i tacy właśnie najsrożéj się dręczą, czując, jak w ich pamięci, z dniem każdym, zwolna, ale bezustanku, bledną, nikną, jakby umierają obrazy najmilsze, twarze najdroższe. Jeden z takich chłopców powiedział mi dnia pewnego z niedającym się opisać smutkiem: „Chciałbym raz jeden jeszcze, choć na jedno mgnienie, wzrok odzyskać, aby zobaczyć twarz mamy, któréj już przypomniéć sobie nie mogę!“ A kiedy mama do nich przychodzi, kładą jéj ręce na twarz, macają ją długo od czoła do brody, do uszu, aby uczuć, jaką téż jest ona, i niemal nie mogą się zgodzić z tém, iż jéj nie zobaczą, i nazywają po imieniu niezliczone razy, jakby prosili, żeby się im pokazała, żeby pozwoliła popatrzyć na siebie choć chwilkę. Iluż to mężczyzn nawet, nieodznaczających się bynajmniej tkliwém sercem, wychodzi ztamtąd z płaczem! A kiedy się ztamtąd wyjdzie, zdaje nam się, że my stanowimy jakiś wyjątek, że to jest jakiś przywiléj, dar niezasłużony, iż widzimy ludzi, domy, niebo. Ach! niéma wśród nas ani jednego, jestem tego pewien, któryby, wychodząc ztamtąd, nie był gotów wyrzec się cząstki swego wzroku, aby módz choć odrobinę jego dać tym wszystkim biednym dzieciom, dla których słońce nie ma światła i matka nie ma twarzy!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edmondo De Amicis i tłumacza: Maria Obrąpalska.