Pieśń o starym żeglarzu/Część piąta

<<< Dane tekstu >>>
Autor Samuel Taylor Coleridge
Tytuł Pieśń o starym żeglarzu
Część piąta
Pochodzenie Poeci angielscy
Wydawca Księgarnia H. Antenberga
Data wydania 1907
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Cały poemat
Pobierz jako: Pobierz Cały poemat jako ePub Pobierz Cały poemat jako PDF Pobierz Cały poemat jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
CZĘŚĆ PIĄTA.

O śnie! rozkoszny, drogi śnie
Po wszystkie krańce ziemi!
Królowo Niebios, dzięki ci!
Sen mi po klęsce strasznych dni
Zjednałaś prośby swemi!


Śniłem, że naszych wiader rząd
— A było ich niemało —
Wodą wypełnił się po brzeg...
Gdym zbudził się, padało.


Za łaską Matki Najświętszej stary żeglarz doznaje ochłody w deszczu.

Zwilżone-m wargi miał i krtań!
Wilgotne szaty moje!
Snać we śnie-m pił i jeszcze wciąż
Spragnione wnętrze poję.


Wstałem — zaledwiem kości czuł!
Ach! co za lekkość błoga!
Snać we śniem zmarł i jestem już
Duchem u Pana Boga.


A w tem usłyszę dziki świst!
To wicher zawył nagle!

Słyszy szumy i dziwne spostrzega zjawiska i poruszenia na niebie i wodzie.

W oddali wiał, lecz w szumie tym
Trzęsły się maszt i żagle.


Górą, w powietrzu, życie wre!
Sto flag ognistych płonie!
Wskroś zygzakami przestwór tną,
A pośród wstęg ich gwiazdy lśnią,
W wyblakłej lśnią koronie.


Coraz to bliżej wicher dmie,
Żagle, jak trzcina szumiąca;
Z ponurych chmurzysk leje deszcz,
A w chmurach skraw miesiąca.


Rozdarł się chmur posępny kłąb,
Wypłynął blask księżyca,
A, jak ze szczytu stromych skał
Huczącej wody spada wał,
Lała się błyskawica.


Nie sięgnął statku głośny wichr,
A statek się porusza!
Pośród błyskawic słychać jęk...
Ach! jak się lęka dusza!


Ciała załogi okrętowej zaczynają się ożywiać i okręt się porusza.

To zmarli wstają! Język ich
Niemy i nieme oczy!
Choćby to sen był — co za strach,
Gdy człek umarłych zoczy!


Wichr nie pogania: płynie łódź,
Sternik przy swoim sterze;

Jak zwykł to czynić, majtków tłum
Do swoich lin się bierze.
Bezwolnym ruchem każdy z nich
Rzucał swe martwe leże.


Przy mnie bratanka stanął trup —
Kolano przy kolanie!
Jedną ciągniemy linę wraz —
On milczy!... Chryste Panie!»


«Stary żeglarzu! boję się!»
«Nie bój się, gościu luby!
Nie potępieńców był to ród:
Okręt mój wiedli wskróś tych wód
Wolni od wiecznej zguby.


ale nie dzięki duszom ludzkim albo demonom ziemi czy przestrzeni, lecz dzięki błogosławionemu orszakowi duchów anielskich, zesłanych po wezwaniu na pomoc świętej Opiekunki.

Gdy nadszedł świt, bezwładnie maszt
Objęły ich ramiona,
I popłynęła pieśń im z ust,
Pieśń słodka i natchniona.


Płynął im z łon przedziwny ton
Do wschodzącego słońca,
I wracał znów, to sam, to współ,
I cudnie brzmiał bez końca.


Raz mi się zdało, że to hen
Trele skowronka płyną,
To znów, że cały ptasząt rój
Zagrał w przestworach pean swój,
Wzbiwszy się nad głębiną.


Raz niby-m słyszał jakiś chór,
To znowu fletni głosy,
Lub też anioła rajski śpiew,
Że milczą w krąg niebiosy.


Ścichło... Lecz w żaglach grała wciąż
Tych słodkich brzmień ulewa —
Aż do południa, jak ten zdrój,
Co skrył się między drzewa
I w noc czerwcową, cichą noc,
Lasem swe pieśni śpiewa.


Aż do południa statek nasz
Śród ciszy mknął łagodnej;
Żaden go wiatr nie pędził w dal
Po tej przestrzeni wodnej.


Spodem, na dziewięć sążni w głąb,
Ukrył się duch z dziedziny
Śniegu i mgieł, i on to parł
Nasz okręt — on jedyny.
W południe w żaglach zmilkła pieśń,
Przestały dźwięczeć liny.


Samotny duch prowadzi okręt od bieguna południowego aż do Równika, posłuszny hufowi anielskiemu, ale wciąż dyszący żądzą zemsty.

I okręt stanął... Z góry wprost
Z nad masztu, w wód przeźroczy
Uwięzło słońce, w morza toń
Wlepiło swoje oczy...
A potem — nagle — wprzód i wstecz
W dziki się tan potoczy.


I, jak spłoszony, potem koń,
Skok czyni karkołomny:


Krwi-m uderzenie uczuł wraz
I padłem nieprzytomny.


Nie powiem ci, jak długom tak
W półmartwym leżał stanie,
Lecz, nim się jeszcze zbudził duch,
Rychłom usłyszał głosów dwóch
Przedziwne gdzieś wołanie.


Demoni, towarzysze Ducha polarnego, zamieszkujący morze, biorą udział w uczuciu krzywdy; która go spotkała, dwóch z nich o opowiada sobie, że długa i ciężka pokuta starego żeglarza była zgodną z wolą Ducha polarnego, który się zwrócił ku południowi.

«Powiedz!» — tak wołał jeden z nich —
«Na Zbawcę! Na niebiosa!
Czy to ten wróg, którego łuk
Uśmiercił albatrosa?


Duch, mieszkający w strefach mgieł
I śniegu, żywił serce
Dla tego ptaka, a sam ptak
Miłował swego mordercę»


A drugi głos łagodny był —
Słodkie, jak miód, orędzie!
«On» — rzekł — «pokutę spełnił już
I jeszcze spełniać będzie!» —







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Taylor Coleridge i tłumacza: Jan Kasprowicz.