<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Ówczesną społeczność nietylko dawnej stolicy, ale niemal całego kraju, porównać można było do jednej z tych pustynnych ruin starego jakiegoś grodu Egiptu, wśród którego gruzów i piasku szczątki dawnych wspaniałości porozbijane leżą z pieczęcią zgasłej wielkości na sobie.
Wielu z tych ludzi podobnymi byli do obalonych kolumn gmachu wywróconego kataklizmem dziejowym. Gdzie niegdzie widać było nagłówek cudnie rzeźbionej kolumny, sterczące wrota marmurowe, wnijście do nieistniejącej budowy — posąg obłamany sfinksa napół piaskiem zasypanego, fundamenta gmachu, którego już nie było, nie trzymające się z sobą, napisy bez początku i końca.
Tacy właśnie byli tu ludzie, pozostałość różnych epok, innego organizmu społecznego, szczątki wywróconego świata, chodzące widma i upiory przeszłości.
Młode pokolenia rosły bez starych tradycyj — i były jako wrota grodów w pustyni stojące same jedne, nie wiedząc, czem być mają; — nie chcąc zostać tem, czem być musiały, nie mogąc stać się tem, czemby były powinny.
Zycie szło z dnia na dzień, nie umiejąc sobie wyrobić form pewnych, więc zapożyczając cudze. Społeczność ta pożyczanym obchodziła się żywotem, pożyczanym z przeszłości, zdala, francuskim, kosmopolitycznym, bo swojego własnego obłamy jej tylko zostały.
Pamiątki saskich czasów, wspomnienia burzliwego panowania ostatniego z królów, spuścizny gorączek i apatyj, wszystko miało w tem społeczeństwie reprezentację. Jedni nosili żałobę wesołą, drudzy smutną, inni bezwiednie byli żałobą żywą, bo strasznym upadkiem.
Wśród tego cmentarzyska, jak u nas zawsze, siły żywotne domagały się wyrazu, a nie mogąc inaczej, objawiały się szałem i weselem.
Szukano rozrywek, aby o bólu zapomnieć, a im ból był większy, tem rozrywka gorętszą być musiała.
Towarzystwo nie samemi tytułami swych członków składało się ze wspomnień, każdy nosił jakąś bliznę lub niezasklepioną ranę. Dla większej części, która zaludniła ówczesną Warszawę, była ona jakby drogą krzyżową, ze stacjami bolesnemi, przypominającemi im dni ciężko i słodko tu przebyte.
Jenerałowa Grabowska, domniemana czy rzeczywista królewska wdowa, Kicki poufny przyjaciel króla, Krasicki arcybiskup, który go witał mową w dniu koronacji, mnóstwo innych — nie należeli właściwie do dni dzisiejszych — wszyscy oni się przeżyli.
Sam książę Józef, młody jeszcze, już miał za sobą całą burzliwą przeszłość od Kaniowa do Targowicy przeciągniętą, cóż dopiero Arystydes Małachowski i inni.
Z tych pięknych niegdyś pań ileż wzdychało do niepowrotnych dni, gdy jaśniały szczęśliwe pierwszym rozkwitłym wdziękiem młodości?
Do tych żywiołów dawnych dodać potrzeba było nowe, obce, które fale rewolucji francuskiej na ten daleki ląd wyrzuciły, — ludzi z tradycjami wykrzywionemi, z sercami żółcią zalanemi, z dumą upadłych, usiłujących sobą przedstawiać społeczność starą, jakiej już na świecie nie było. Rzeki krwi uniosły ją w przeszłość.
Te podpory legitymizmu, monarchji i religji znalazły się wśród społeczności polskiej, prądami XVIII w. przenurtowanej, wśród arystokracji i duchowieństwa lekko encyklopedyzmem zafarbowanych — zaprawdę w dziwnem położeniu.
Cześć dla Woltera jeszcze tu nie przebrzmiała, gdy oni przyszli jako żywe doktryn jego ofiary.
Rodziła się reakcja przeciwko reformie wprzód pożądanej, ale w młodszych pokoleniach może, bo starsze się już przerobić nie dawały. Dziwne więc anomalje musiało na każdym spotykać się kroku.
Naostatek odrobina niemieckiego świata w otoczeniu Hoyma i Koehlera z tradycjami po Fryderyku II, które były negacją wszelkich tradycyj, także w pewnej małej cząstce do składu społecznego wchodziła. Można ją było porównać do tłuszczu, który po powierzchni się unosił, nie mogąc z płynem połączyć, a nie chcąc się z nim rozstać.
Obyczaj pozostał w znacznej części stanisławowski, płochość zepsutego dworu, miejskie nawyknienia, lekceważące prawa moralne. Niżej, po wsiach staroszlachecka, rubaszna prostota poczciwa mieszkała, na samym wierzchołku nic nad pożyczaną francuszczyznę, która dawała dobry ton, choć go już we Francji samej nie było.
Horyzont, krwawemi zaciągnięty obłokami, nie dozwalał nic dojrzeć w oddaleniu, nic osnuwać na jutro. — Żyło się sobie wesoło z dnia na dzień, aby dalej do końca.
Jedni w nic już nie wierzyli, drudzy mieli wiarę w przeznaczenie, podstawy do czynu nie było, a nowi gospodarze owych Prus południowych wyglądali na załogę, mającą jutro lub pojutrze opuścić kwatery. Mała tylko gromadka ludzi poważnych, czujących, że zawsze i wszędzie pracować można i trzeba, starać się należy, obowiązki znajdą się, gdy się ich szuka, a jedno zwątpienie prowadzi do niepowrotnej zguby — krzątała się, by coś poczynać, otrząsnąć z płochego używania chwili obecnej.
W tej grupie na czele stali starzy, jak Krasicki, Staszic, Czacki, Chreptowicz, Małachowski, byli i młodsi od nich znacznie ledwie rozpoczynający życie czynne, jak Koźmian, Osiński, Woronicz. Może nie wiedziano dobrze dokąd iść i gdzie się zajdzie, ale się usiłowano poruszać. Arcybiskup Krasicki krzątał się około założenia drukarni u siebie w Łowiczu, posługując się Dmochowskim, który dawniej Kołłątajowi chętnie przychodził w pomoc. Czacki sposobił się do życia publicznego, które nań czekało.
Księciu Józefowi, nie rozumiejąc go, miano za złe nietylko lekkomyślne życie jego, ale ton, jaki nadawał towarzystwu, wśród którego tak wybitne zajmował miejsce. Ale mógłże on innym być wobec Hoyma i Koehlera, chcąc się na swem wyczekującem stanowisku Pod blachą utrzymać? Co w innych osobach jego otoczenia było prawdą, u niego było zręczną rachubą i ofiarą.
Dawał na siebie krzyczeć, bo nie chciał zdradzić czego żądał i było mu to nawet potrzebnem. Im płochszym się ludziom wydawał, im koło niego szalano dziwniej, tem pewniejszym był łaski i spokoju.
Do najwspanialszych kolumn obalonego gmachu, stojących jeszcze na ruinach, należał dom pani kasztelanowej połanieckiej; — oaza spokojna wśród zawichrzonego, zmąconego młodego świata. Wiele zapewne podobnych jej znaleźć było można na prowincjach — w Warszawie był to dom jedyny.
Dorównywając mu powagą, ale nie cechami staropolskiemi, mógł stanąć obok dom starościny krakowskiej, ale tu francuszczyzna mocno się już czuć dawała gdy u pani Lanckorońskiej wcale jej nie było.
Tu życie płynęło, nie zważając na zmienione dokoła obyczaje, wedle trybu prastarego, przy krosnach, nabożeństwie, w bojaźni Bożej. — Starościna dla świata nie robiła ustępstw żadnych.
Gdzie indziej na płoche obyczaje przymykano oczy, w powszechnem zepsuciu znajdując ich usprawiedliwienie; u pani kasztelanowej czarne pozostało czarnem, białe było białem, a sąd jej przez rewerencję dla imion się nie zmieniał, jak gdzie indziej.
Brzydziła się brzydkiem, choć stało wysoko i znać go nie chciała.
W jej domu też mało kto postał z tych, co się sądu staruszki obawiać mieli powody. Wiedzieli, że dla nikogo nie czyniąc wyjątku, powie prawdę gorzką.
Dom pani starościny krakowskiej był więcej pański, kasztelanowej bardziej szlachecki, choć oba do przeszłości należały surowem poszanowaniem cnoty i obyczaju dawnego. Pani Lanckorońska ani sama nie rzuciła białego swojego czepca dla modnej jakiejś fryzury, ani liberji swej nie przebrała cudzoziemską fozą. Marszałek jej dworu paradował w kontuszu, w salonie po francusku mówić nie było wolno, a o tem, co się na zepsutym świecie działo, wolała nie wiedzieć. Ci, co do rodziny jej i koła należeli, a stykali się ze światem francusko-polskim, gdy szli do misjonarskiej kamienicy, przywdziewali na chwilę pozór inny, niż zwykle mieli; układali się, aby nie razić staruszki, ani manierami, ani słowy, ani wspomnieniem o tem, co się działo poza jej malutkim światem starego pokroju.
Impan Stanisław Kostka z Burzymowa Burzymowski niegdyś miał to szczęście być dobrze znanym pani kasztelanowej, chociaż żona jego, osoba światowa i scudzoziemczona dobrowolnie, nigdy do towarzystwa jej nie należała. Miał więc nadzieję, że i teraz zostanie tu przyjęty i znajdzie u staruszki opiekę i radę.
Nazajutrz rano po dniu strutym rozmaitego rodzaju małemi przygodami, a najbardziej owym bukietem, szambelan ubrał się wcześnie w swe buty garniturowe, przywdział strój najwykwintniejszy i more aniquo naprzód się udał na mszę świętą do najbliższego, naprzeciw kościoła Kapucynów. Powróciwszy do domu na kawę, zastał wschody pełne przekupniów, których pani wojska pozamawiała dla dostarczenia różnych małych potrzeb tualetowych, bo tysiąca rzeczy brakło, a wieczorem miały być na owem przedstawieniu w tak zwanej „Socjecie“ (Théâtre de Société), na które pięknie i modnie wystąpić było potrzeba.
Ten tłum przekupniów popsułby znowu humor szambelanowi, gdyby nadchodzący Grabski go nie naprawił.
Potrzebował się od niego dowiedzieć, o której godzinie i jak się miał stawić w misjonarskiej kamienicy. Micio go nie umiał o tem objaśnić, bo do tego domu wstępu tak dobrze jak nie miał.
Niespokojny Burzymowski, uprosiwszy Grabskiego, ażeby na niego czekał i zatrzymał się u córki na górze, sam pobiegł do misjonarskiej kamienicy. Godzina była wczesna, ale u Sylwji i pani Czeżewskiej oddawna się już drzwi nie zamykały. — Obie panie były nadzwyczaj zajęte i zakłopotane.
W przedpokoju Grabski pełno znalazł ichmościów z węzełkami, Żydówek, kupczyków, których niespokojna wojska, obawiając się, aby czego nie zabrakło, do zbytku pościągać kazała.
Po ścisłym rozbiorze przekonano się, że tu lwowskiego nic nie uchodziło, począwszy od trzewików. Czekał i fryzjer, aby ważną odbyć naradę co do fryzur pań obu, które się à la grecque urządzić miały. Stał szewc z całą pstrą chustą rozmaitych trzewiczków, kupczyk z próbkami materyj i wstążek; mnóstwo bezimiennych figur na coś tym paniom potrzebnych, a ponasyłanych przez majorową, która się podjęła zamówień.
Grabski wszedł właśnie do salonu w tej chwili, gdy Czeżewska nieubrana biegła do przedpokoju i krzyknąwszy, ukryć się przed nim musiała, co ją jeszcze gorzej dla niego usposobiło, bo nic nie gniewało ją nad to, gdy ktoś wdzięki jej nieuporządkowane jeszcze zobaczył.
Sylwja natomiast wyszła do niego nawpół ubrana, na rano, i uśmiechnięta powitała go dosyć uprzejmie, choć kuzynek i dla niej w godzinie tak ważnej, gdy się losy tualety roztrząsały, niebardzo był na rękę.
— Darujesz mi, że zdaje się, nie w porę tu przychodzę — odezwał się, witając, Grabski, ale szambelan przykazał mi tu czekać na siebie.
— A ojciec gdzież jest? — spytała Sylwja.
— Powrócił ze mszy, wypił kawę naprędce i pobiegł się dowiedzieć, kiedy może być przyjętym u kasztelanowej Lanckorońskiej.
Posłyszawszy nazwisko, Sylwja się trochę zasępiła.
— Kochany tatko, — zawołała, ręce załamując rozpaczliwie — chce bo mnie koniecznie zapakować do tego klasztoru! Niby to ja nie wiem, co to za dom! to śmiertelne nudy! Ale my tu przyjechałyśmy na zapusty, nie na rekolekcje!
Grabski ruszył ramionami.
— Kochana kuzynko, — rzekł — nie masz się podobno czego obawiać, bo zawsze z tatkiem wkońcu zrobisz, co ci się podoba!
Trochę się tem obraziła piękna panna i spojrzała groźno.
— Pan Mieczysław ma pasję robić mi wymówki i karmić mnie morałami! — odezwała się zagniewana a smutna.
— Niestety — odparł pokornie Grabski. — Mamże, jak inni, pochlebiać, chwalić, unosić się nad wszystkiem, gdy mi kuzynki żal i strach o nią!
— Strach? o mnie? Cóż to za strach być może? — zawołała Sylwja z coraz dobitniejszą urazą. — Jestemże ja takiem nieroztropnem dzieckiem, co nie ma ani rozwagi, ani pomiarkowania?
— Wszystko, — kochana kuzynko, masz, co w swych szczęśliwych latach mieć można, będąc wychowaną na wsi i nie znając świata! Przepraszam!
Jesteś zachwycająca, ale tej ślizgawki, na którą się puszczasz tak śmiało, nie masz najmniejszego wyobrażenia — rzekł Grabski odważnie. — Na lodzie tym są rysy, łatwo się na nim załamać i utopić, a upaść można przy pierwszym kroku!
— Wiele pan masz lat? — zapytała z oburzeniem Sylwja.
— Blisko trzydziestu — odpowiedział Micio spokojnie.
— Tylko? proszę!! Z mowy można było sądzić, że najmniej pięćdziesiąt. Pan nigdy nie byłeś młodym i dlatego ani rozumiesz młodości, ani być drugim młodymi dozwalasz.
Zarumieniła się piękna Sylwja, Grabski cofnął się o krok. — Spokojna twarz jego nabrała wyrazu smutnego. — Nie odpowiedział nic.
W tej chwili Czeżewska, zła, zburzona, przez drzwi pół otwarte zawołała na Sylwję, która do niej wyszła. Mieczysław usiadł zrezygnowany.
Wybiegając z salki, spojrzała nań jeszcze zagniewana kuzynka i zobaczywszy go takim zbolałym, pożałowała go, zawstydziła się swej prędkości i mimowolnie wychodząc, rzuciła mu:
— Zaraz powracam! Proszę na mnie czekać. Rozmowa nasza nie skończona.
Grabski głową tylko dał znak, że będzie posłusznym.
Oczyma wodząc po pokoju, na kominie około zegara zobaczył w wazonie porcelanowym bukiet wczorajszy, i — co gorzej! w drugim, odpowiednim mu, stał jego brat rodzony, również ładny a świeższy, drugi, który prawdopodobnie musiał tu już przybyć z rana i — mimo zakazu, został przyjęty. Zachmurzył się Grabski bardziej jeszcze i westchnął.
Oddawna zrezygnowany był na to, że śliczne dziewczę, w którem się kochał tak mocno, za stracone dla siebie uważać musiał, żal mu je było jednak widzieć lecące tak naoślep w nieznane strefy, których on znał niebezpieczeństwa, a ona tylko widziała ponęty.
Dosyć prędko Sylwja z gałgankiem jakimś w ręku powróciła i stanęła przed nim.
— Gniewasz się na mnie? — zapytała.
— Gdybym nawet chciał, piękna kuzynko, pogniewać się na ciebie — nie mógłbym! Przechodzi to siły moje.
— Nie gniewam się, ale — boleję.
— Nad czem? nad tem, że ja się chcę bawić? widzieć? słyszeć? uczyć? — zawołała Sylwja.
— Nad tem, że tak nieostrożnie, z zapałem lecisz nie znając drogi, na której zbłąkać się i skaleczyć łatwo — rzekł Micio powolnie.
— Dlaczegoż ja mam się tam koniecznie skaleczyć? — żywo przerwała Sylwja. — Wszyscy wy macie mnie za jakieś nieroztropne dziecię, potrzebujące niańki jeszcze!
— Milczę — rzekł Grabski.
— Ale ja bo nie chcę, żebyś milczał, — odparła Sylwja — owszem, proszę mówić otwarcie, proszę się kłócić ze mną. Za milczenie będę się gniewała, boby ono znaczyło, że ja niegodną jestem zrozumieć mądrego pana Mieczysława i niewarta, aby się dla mnie fatygował z przekonywaniem.
Grabski popatrzał długo na nią.
— Twoja śmiałość, kuzynko, dowodzi już, że świata nie znasz, ku któremu się tak wyrywasz z zapałem i pragnieniem zajaśnienia na nim. Każesz mi mówić otwarcie, będę posłusznym.
Panna Sylwja jest młodziuchną, piękną i uroczą, bardzo łatwo jej będzie liczne wielbicieli grono ściągnąć do siebie. Przypuśćmy, że jeden z nich szczęśliwy serce jej pozyszcze. — Sądzisz, szanowna kuzynko, że tu ktokolwiek na serjo bierze zalecanki z galanterją, — i o serca pozyskanie się stara? Zdobyć je zapragnie każdy, ale ocenić nie potrafi nikt. Dziś nosić cię będą na rękach i czcić, a głosić królową, jutro nowa piękność i gwiazda świeża, zjawiająca się na horyzoncie, odciągnie ich od ciebie.
Sylwja potrząsnęła główką, nie widać na niej było wielkiego tych wyrazów wrażenia.
— Kto panu Mieczysławowi mówił, że moje serce tak jest łatwem do zdobycia?
Grabski zmilczał, przeszedł się po pokoju, stanął u komina i, patrząc na bukiety — odezwał się, zmieniając rozmowę.
— A więc bukietów już dwa? — do pary? — Przyznać muszę, że im tu bardzo ładnie na tym kominie.
Sylwja się zarumieniła.
— Gdybym śmiała przypuścić, że taki trzpiot, jak ja, może się podobać takiemu, jak pan, sensatowi, doprawdy, gotowabym myśleć, żeś zazdrosny — rzekła.
— Ja się z tem wcale nie taję, — odparł z rezygnacją Grabski — i że mam zawróconą głowę, i że jestem zazdrosny. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć, kochana kuzynko. — Kocham się bez najmniejszej nadziei, a pragnąłbym twojego szczęścia nie dla siebie, ale dla ciebie. Gdybym dziś widział człowieka godnego twej ręki, mogącego ci zapewnić przyszłość, jakiej ci życzę, spokojną, cichą, szczęśliwą, byłbym mu pewnie raczej pomocą, niż przeszkodą. Widzieć zaś cię narażoną na igraszkę płochych ludzi — boleć mnie musi.
Gdy poważnie wymawiał te słowa, Sylwja, słuchając, przypatrywała mu się z uwagą.
Czy jej uderzyło serce, czy oceniła ofiarę, czy się poruszyła uczuciem wdzięczności za uczucie, które w głosie jego brzmiało — któż wie? dosyć, że odpowiedziała mu krótko, z pewnem wzruszeniem, szybko, jakby mimowolnie.
— Dziękuję.
Jakby dla przerwania tej rozmowy przykrej dla obojga wpadł właśnie szambelan, zdyszany i cały sobą zajęty.
— Patrzajcież! — zawołał. — Kasztelanowa przyjmuje dopiero około południa, dowiedziałem się o tem w kamienicy.
— Wiesz co! — zwrócił się do Micia — wypada mi koniecznie być u Pokutyńskiego — jedź ze mną, raźniej mi będzie.
To mówiąc, spojrzał na córkę.
— Cóż będzie z tą nieszczęsną Socjetą, czy jak się ona tam nazywa? — Macie być na niej? z kim? jak? Czy to widowisko płatne, za biletami, czy proszone? kto prosi?
— I proszone, i płatne — odparł Grabski. — Uprzywilejowani dostają zaproszenia, osoby nienależące do towarzystwa kupują bilety...
— My je już mamy! — Rano jeszcze przysłała nam majorowa — odezwała się Sylwja.
Grabski pochmurniał na wspomnienie tej pani.
— Wolałbym był — rzekł — bilety kupne, bo takie do niczego nie obowiązują; ale wzgardzić zaproszeniem, byłoby obrazić tych, co je tak uprzejmie przesłać raczyli. — Cóż robić! — westchnął.
Szambelan zacmokał i potarł się w głowę.
— Wysoce poważam ją, szacuję, adoruję, wdzięczen jestem pani wojskiej, — rzekł — ale ona z tą swoją majorową, wściubską, co się moją przyjaciółką nazywa, kością mi już w gardle stoi. — Robią mi takie przysługi, że chce się kuksnąć za nie!
Sylwja zbliżyła się, pocałowała ojca i stary się zaraz udobruchał.
— Cóż robić! — mruknął. — Stało się! to trudno! niech będzie i tak, na przyszłość trzeba radzić inaczej.
Córka uśmiechnęła się wesoło, ale trochę szydersko.
— Miciu kochany, — zawołał, ruszając się żywo stary — jedziemy! jedziemy!
Wyszli tedy razem. Pokutyński stał na Krakowskiem Przedmieściu, wzięto powóz, aby paradnych butów nie narażać na błoto.
Mieszkanie szambelana kawalerskie, na pierwszem piętrze, urządzone było z pewną elegancją i staraniem o nią, ale za młodo, za świeżo na poważnego już człowieka. — Coś w niem przypominało starą kokietkę, otaczającą się jaskrawemi barwami i błyszczącemi cackami, przy których zwiędnienie jej wyraźniejszem się staje.
W saloniku znajdował się właśnie Kalinowski i dwóch z tych panów, których Burzymowski poznał w Jabłonnie.
Wszyscy powitali przybywającego nader wesoło i hucznie, gospodarz zrobił mu miejsce na kanapie, — na Grabskiego spoglądano zukosa.
Znany im był ten młodzieniec, który do koła ich nie należał i od wesołych towarzystw stronił, widocznie za złe mu to miano. Siadł też pan Mieczysław na uboczu i zachował się milcząco. Przedmiotem rozmowy tego ranka była awantura wczorajsza. Bogatemu kupcowi z Długiej ulicy, niemieckiego pochodzenia, ale oddawna osiadłemu w Warszawie, córkę wykradziono.
Panna była bardzo piękna, dobrze wychowana i godna lepszego losu; ojciec w rozpaczy biegał jak obłąkany.
Domyślali się wszyscy, kto był sprawcą, bo oddawna już romans trwał, przed ojcem tylko tajony.
— O! to sprawa Piotrusia! — mówił, okiem mrugając, Kalinowski. — Niema go dziś nigdzie, drapnął z panienką do Wrocławia! — Ale cóż znowu tak strasznego, żeby tyle z małej rzeczy robić hałasu. — Że się z nią nie ożeni, to niema wątpliwości, ale łatwo znajdzie kupczyka, który na tę małą eskapadkę sentymentalną zważać nie będzie!!
Śmiali się wszyscy, Burzymowski jeden mocno się zachmurzył.
— Ojciec się, słyszę, — dodał drugi — udał pod opiekę praw pruskich, ale jużciż szlachcicowi za taką tam jakąś kupcównę, że sobie z nią poromansował, głowy nie zetną.
— No, wiesz, — przerwał Pokutyński — jabym za tych bestjów Prusaków nie ręczył. Hoym mi powiadał, że u nich prawa dla wszystkich jeneralnie są równe i jednakowe. Szlachcic nie szlachcic za gwałt i uprowadzenie małoletniej...
— Jakto małoletniej? — zawołał Kalinowski. — Piękna mi małoletnia, która tak już umiała dobrze z Piotrusiem oczkować i po dobrej woli z nim poszła.
Wszczął się spór długi o możliwe następstwa wykradzenia, w którym Burzymowski i Grabski żadnego nie brali udziału. Gdy się to przeciągać zaczynało, Pokutyński dyskretnie spojrzał na zegarek.
— Wiecie panowie co? — rzekł — hora canonica się zbliża, proponuję o trzy kroki stąd na znane mi ostrygi i białe winko.
— Przewybornie, — przerwał Burzymowski, rad, że rozmowie koniec położy — ja akceptuję, ale z tym warunkiem, że mi panowie uczynicie honor być gośćmi moimi...
Byłem u was na śniadaniu, rewanż mi się należy.
— Zgoda! — zawołał Pokutyński — chodźmy za szambelanem.
Ja lokal pokażę.
W progu już Grabski coś na ucho szepnąwszy szambelanowi, ukłonił się, pożegnał i zniknął.
— A to — ten pani jakże się zowie? — odezwał się po odejściu jego Kalinowski do Burzymowskiego — krewny czy pupil waćpana?
— Krewny, daleki — odparł szambelan.
— Jako weredyk, mimo waszego pokrewieństwa, powiem ci, szambelanie, — podchwycił Kalinowski — to może być bardzo zacny młodzieniec, ale pedant, zaschły nudziarz, jakich mało!
— Dobry chłopiec! — mruknął Burzymowski.
Rozśmiano się, a wtem weszli do izdebki na tyle winiarni, kędy świeżuteńkie tylko co z poczty ostrygi być miały. Istna to była dziura, ciemna i brudna, odrażająca niemal i cuchnąca jakiemiś nieczystościami kuchennemi, ale była w modzie, bo znawca znakomity, Pokutyński, zaręczał, że nigdzie lepszych i świeższych jak tu ostryg nie było. Codzień je ekstra-pocztą i kurjerami umyślnie przywożono, beczułkami szły stąd Pod blachę, Na górę, do Skierniewic. Wino też szampańskie i burgund biały miały być nadzwyczajnych przymiotów.
Burzymowski, który sobie na buty żałował, gdy miał gości, posuwał swą gościnność do rozrzutności. — Zastaw się, a postaw się — mówił po staremu. Poszedł więc sam zadysponować co należało i uprosił gospodarza, aby ostrygi i wszystko, co z niemi szło, było — co się zowie, ut sic — choćby tam licho wie, co kosztować miało. Zielona siatkowa sakwa naładowana dukatami nigdy go nie opuszczała, a oprócz tego miał trzos ciężki, którym chodził opasany i nie zdejmował go z siebie nigdy, tylko nocą pod poduszkę, będąc w wielkiej obawie od warszawskich rzezimieszków.
Przyniesiono ostryg takie masy, iż szambelan myślał zrazu, że się w liczbie osób omylono, ale miał do czynienia z tymi, co je pożerali kopami, i przekonał się wkrótce naocznie, że zanadto ich nie było. Znikały połykane tak szybko, iż wkrótce blaty się poopróżniały.
Z butelkami też młodzież obchodziła się ze zdumiewającą zwinnością, sama się zachęcając, nalewając i rozlewając bez ceremonji. Humory nastroiły się wkrótce do nadzwyczaj wysokiego tonu.
Burzymowski, siebie tylko oszczędzając, także dolewał a dolewał, ichmość się prosić nie dawali.
Za późno postrzegł się, iż śniadanko zbyt długo się przeciągnąć musi, a odwiedziny dzisiejsze u kasztelanowej przepadną. Nie wypadało mu ani się gości pozbywać, ani przyznawać do tego, co go trapiło. Pokutyński go uratował, gdy około południa, na zegarek spojrzawszy, zaintonował do odwrotu.
A że już i butelki były próżne, i głowy pełne, rozeszli się jakoś wszyscy, wyściskawszy łaskawego amfitrjona i Burzymowski wpuścił rękę w kieszeń głęboką po ową zieloną sakiewkę. Rachował zawczasu, że kilkanaście dusiów pęknąć musi, nie przewidywał jednak, ażeby za skromne śniadanko, złożone z ostryg, sera, szampana i maleńkich różnych dodatków, dwadzieścia i kilka obrączkowych dać było potrzeba.
Zawołał w pierwszej chwili:
— Ależ! Bój się Boga!
I chciał się targować, gdy gospodarz mu z zimną krwią oświadczył, że u niego targu niema i że wszyscy jego łaskawi klienci tak płacą, o czem łatwo się może przekonać, pokazując rachunek Pokutyńskiemu. Rad, nierad, mrucząc pod nosem przeciw zdzierstwu, zapłacił Burzymowski, tem w gorszym będąc humorze, że do kasztelanowej było już za późno prawie.
Przeklął obrzydłe ostrygi na progu i nie patrząc na godzinę, bo niedawno widział coś nakształt dwunastej, wziął powóz i poleciał wskok do misjonarskiej kamienicy.
Służba siedziała w sieni. Marszałek w kontuszu wyszedł naprzeciw i pokłoniwszy się, drzwi mu otworzył, sądząc zapewne, że był gościem na obiad zaproszonym przez kasztelanową, gdyż godzina pierwsza, o której tu zwykle jadano, już się zbliżała.
W salce bardzo skromnie umeblowanej, w której naprzód uderzały krosna staruszki i koszyki z jej pieskami, znalazł Burzymowski, oprócz sędziwej gospodyni i trzech panienek jej krewnych, towarzystwo dosyć liczne.
Podszedłszy do staruszki, szambelan z wielką czcią submitował się jej, przypominając, w dosyć zgrabnym, staropolskim i zawczasu ułożonym komplemencie, wyraziwszy, jak jest szczęśliwy, że, przybywając do Warszawy, oglądać ją może w czerstwem zdrowiu i t. d. Dodał, iż ma sobie za najprzedziwniejszą rozkosz, zaszczyt, iż u nóg pani kasztelanowej weneracją swą złożyć mu wolno.
Przypomniała sobie kasztelanowa dawnego znajomego, podziękowała mu w kilku słowach zaledwie, gdy w tejże chwili otwarły się drzwi do jadalni i marszałek głosem woźnego trybunalskiego dawnych czasów oznajmił, iż do stołu dano!
Burzymowski stanął skonfundowany, wyglądało to, jakby się na obiad gwałtem wcisnął, zaczął więc przepraszać, tłumacząc nieświadomością godziny, wieśniaczym obyczajem i t. p., gdy pani Lanckorońska przerwała mu z uśmiechem.
— Uczyńże mi asińdziej tę przyjemność i przyjmij u mnie łyżkę rosołu. Bardzo go proszę!
Co tu było robić!
Burzymowski musiał pozostać, lecz w duchu znowu przeklętym ostrygom złorzeczył.
Dopiero teraz ochłonąwszy, miał czas się obejrzeć po dostojnem towarzystwie i postrzegł naprzód pięknej twarzy, otyłego, niemłodego, ale wyglądającego świeżo mężczyznę, którego purpury i fiolety oznajmywały, że nikim innym być nie mógł, tylko jmksięciem arcybiskupem Krasickim. Oprócz niego duchownych było kilku i świeckich drugie tyle, ale ci już mniej uwagę na siebie zwracali.
Sławne imię niegdy księcia biskupa warmińskiego, autora ksiąg tylu, które cała Polska czytała, wielką dlań weneracją przejęło szambelana.
Kazano mu podać rękę jednej z panien Świdzińskich i tak pociągnięto go do stołu.
Miejsce mu się też bardzo szczęśliwie dostało niedaleko ks. arcybiskupa, który w poufałym a wesołym tonie począł z przybyłym rozmowę.
Ani się mógł nigdy takiego szczęścia spodziewać Burzymowski, ażeby sam książę arcybiskup go zagadnął; tem mniej, ażeby rozmowę zagaił tak naturalnym a wesołym tonem, jakby był prostym śmiertelnikiem i niczem więcej nad dobrego szlachcica.
Wystawiał w nim sobie autora „Podstolego“, surowego, namaszczonego moralistę, a znalazł człowieka wyśmienitego tonu, wesołego, który o swem dostojeństwie rad był zapomnieć na chwilę, starając się być jak najnaturalniejszym, okazać jak najprzystępniejszym.
— Z którejże to części dawnej naszej Rzeczypospolitej, acan dobrodziej przybywasz? — odezwał się ks. arcybiskup — bo my teraz — choć całości pozbawieni, części mamy dużo.
— Z za kordonu cesarskiego — odpowiedział uszczęśliwiony szambelan.
— Zatem z kraju, z któregom ja rodem i gdzie całą moją mam rodzinę — rzekł ks. arcybiskup. — Wątpię jednak, abyś acan dobrodziej znał moje rodzinne gniazdo, Dubiecko, gdzie brata mam.
— Nie, w innych mieszkam stronach, domatorem jestem i wycieczek mało czynię — odparł Burzymowski. — Gospodarstwo, kłopotarstwo!
— A ja na starość — odezwał się wesoło arcybiskup — muszę peregrynacje odbywać. To na śluby, to na chrzciny moich synowców i synowic. Proszę sobie wystawić z Berlina, gdzie przebywam często, drogę do Dubiecka, a dawniej z Heilsbergu do Lwowa!!
— Czyś w. ks. mość już w łowickiej swej i skierniewickiej rezydencji — przerwała gospodyni — zapomniał trochę o ulubionym swym Heilsbergu i cudnych jego ogrodach?
— Sadzę już na pociechę nowe w Skierniewicach, — odparł arcybiskup wesoło — chociaż owoców z nich nie ja się już doczekam! Przynajmniej tu tę pamięć zostawię po sobie, że dobre jabłka, gruszki i śliwki mieć państwo będziecie, bo o to pilno się staram tak tu, jak w Heilsbergu. Kwiatami i egzotycznemi roślinami jedna tylko księżna z Nieborowa piękniejszemi, niż moje pochlubić się może. Wkrótce i Skierniewice zakwitną, ale to nie będzie Heilsberg mój kochany! — westchnął arcybiskup.
— Z wielu względów, — wtrącił Dmochowski, słusznego wzrostu, wyrazistej twarzy mężczyzna, który razem z kanonikiem Kalnaszym arcybiskupowi towarzyszył — z wielu względów Heilsberg przechodził Skierniewice, nie ogrodem samym, bo i wspaniale a smakownie urządzonym pałacem, bibljoteką, galerją — i wszystkiemi skarbami, w jakie obfitował.
— Lecz dobrze to Pan Bóg wszystko zrządził — przerwał arcybiskup. — Tam już niemal nie było co robić, tylko się co roku kaskady mnożyło i klomby przecinało, a tu wiele mam do roboty i nowe zajęcie.
— Bylebyś w. ks. mość — odezwała się pani kasztelanowa — dla tych kwiatków i cebulek, które tak lubisz, o złotem swem piórze nie zapomniał, bo to byłoby z wielką szkodą naszą i potomności.
— A! pani kasztelanowo dobrodziejko, — odparł zawsze wesołym tonem Krasicki — pióro moje niewiele już warte. Nigdy ono złotem nie było, dziś lękam się, aby ołowianem się nie stało. Ludzie moich lat mogą już powiedzieć sobie — Fuimus!
— Mości książę, — odezwał się posępny, blady, dziwnej i oryginalnej twarzy, ks. Staszic, cały jakby zamknięty w sobie i dotąd milczący — dziś my wszyscy, ile nas tu jest, o sobie to powtórzyć możemy: Fuimus. Przeszłość wszędzie — przyszłości nigdzie.
— Daruj mi, czcigodny panie, — podchwycił arcybiskup — jest zawsze przyszłość w niewyczerpanej Opatrzności Bożej, tylko my jej niedaleko sięgającemi oczyma dopatrzyć się nie umiemy. Uczą nas dzieje, że wszystko, co rosło, co trwało, starzeje, ginie i odmładza się ciągle. Zatem i my o naszych losach, lubo zmienionych, wątpić nie powinniśmy.
Spera, ora et labora!
— Święte słowa!... — szepnął Dmochowski.
— I jam ci też — rzekł, patrząc na talerz, Staszic — nie zwątpił o ludziach, ani o sukmanach, tylko, sit venia verbo, o kontuszach!
Burzymowski drgnął, choć dobrze nie zrozumiał; inni się uśmiechnęli, gospodyni dodała:
— A ja, ani o nich nawet!
Po chwilce milczenia ks. arcybiskup jakby się ulitował nad szambelanem, iż wśród nieznanych osób trochę się osamotniony czuć musiał, zwrócił się znowu ku niemu.
— Cóż to pana szambelana z za kordonu do nas przypędziło? — zapytał.
— Przyznać się wstyd... Mięsopust, m. książę — odpowiedział Burzymowski. — Nie dla siebie, boby mi o nim nie wczas myśleć było, ale Pan Bóg mnie obdarzył córką dorosłą, która zapragnęła zobaczyć dawną stolicę. Nasłuchała się o niej ode mnie. Człek słaby a dziecko jedyne.
Pani Lanckorońska popatrzała nań bacznie.
— A! to mi acana dobrodzieja szczerze żal, — odezwała się — niepokoju z młodą panienką dużo mieć będziesz.
— Ale panienka dobre miała przeczucie, — w trącił ks. arcybiskup — Warszawa jest w istocie wesołą bardzo, gdyby tylko nie nadto. Za panowania Fryderyka II, który wielce łaskaw był na mnie, jak i za teraźniejszego króla naszego, zdarzało mi się nie jeden raz, non tam volenter, quam reverenter, spędzać karnawały w Berlinie. Szczerze powiadam, że Warszawa więcej od stolicy Prus jest ożywioną.
— Byle też i cnotliwszą była — dorzuciła pani Lanckorońska.
— Daj Boże! — szepnął książę, — a no pono ambo meliores. Ale gdzież są miasta wielkie, zbiegowiska ludzi wzorami cnoty? Trzeba się więcej do natury zbliżyć, aby jej gniazdo odszukać! Na wsi tylko życie zdrowe... Miał słuszność, sławiąc ją, Bernard święty.
— Tak, tak! — odezwał się ks. Staszic, jakby przebudzony — to prawda, czy ją św. Bernard wygłosił, czy nie... Każdego narodu siła spoczywa w ludzie, ale i miasta mają swą użyteczność, jest to malum necessarium.
— Zapewne, gdybyśmy miasta własne mieli, — wtrącił Dmochowski — ale my mamy je tylko zasiedlone zdawiendawna cudzoziemcami i różnymi przybłędami. Obcy ten żywioł na swojski niełatwo się przerabia.
— Myśmy bo na mieszczan tak dalece nie stworzeni, — odezwał się Staszic — że u nas i miasta miały rolniczy charakter. Co w nich było polskiego, to orało i siało, choć razem szyło buty i krajało sukmany, bośmy narodem od prastarych wieków rolniczym per excellentiam. Niemcy się od nas gospodarstwa nauczyli, pług razem z jego nazwiskiem pożyczyli od nas, choć dziś my już do nich za to na naukę rolnictwa iśćbyśmy powinni.
— Niemiec ma to do siebie, — odezwał się arcybiskup — że z naszego lnu tka płótno, które my kupujemy, z naszej wełny robi dla nas sukno, a gotów tak samo i z naszej myśli książkę nam utkać.
Roześmiał się, aplaudując, Burzymowski wielce rad mądrej rozmowie, której się przysłuchiwał z atencją nadzwyczajną i ustami otwartemi, jakby ją chciał połknąć.
Panienki chichotały i szeptały, ożywione bardzo pocichu mieniając słówka. Spojrzał ku nim ks. arcybiskup i coś o tem pani Lanckorońskiej powiedzieć musiał, bo mu odrzekła półgłosem:
— Panny moje zajęte są tak mocno teatrem dzisiejszym, to dla nich wielka satysfakcja, a ja jej pozbawiać ich nie mam serca, choć... choć!...
Spuściła oczy, nie domawiając, staruszka, na twarzy jej malował się jakiś frasunek.
— Tak zwana Socjeta i nasi Francuzi bawią się tym teatrem wyśmienicie — odezwał się Dmochowski. — Mybyśmy też nic przeciw temu nie mieli, gdyby biedny nasz Bogusławski na tem nie cierpiał, bo u niego za to pustki straszne.
— Sąć przecie ludzie co i do niego chodzą! — wtrąciła gospodyni.
— Przez miłosierdzie, — odpowiedział Dmochowski — a smutna to rzecz być politowania przedmiotem. Teatr nasz już nie w modzie, bo Francuzi bardzo modni!
— Zachciałeś asińdziej! — rzekła gospodyni — modzie się tej wybacza, która ma litość w sobie. Wygnańcami są ci Francuzi, nieszczęśliwi, bez ojczyzny, a gorzej może jeszcze, niż bez niej, bo ją im popsuto. Choćby wrócili już się w domu nie poznają, a z gruzów odbudowywać nigdy stare nie wstanie!
— A ja mam dobrą w Bogu nadzieję, — rzekł arcybiskup — naprawi się to, co popsuło. Idzie i we Francji ku lepszemu, wróci dynastja i dawne prawa... tak, tak! ufajmy w to...
Dmochowski głową jakoś niedowierzająco potrząsł, Staszic zmilczał.
— Tymczasem — przemówił ostrych rysów twarzy nieznany mężczyzna już podżyły, który w końcu stołu siedział i milczał dotąd — tymczasem Francuzi nas zalewają. Warszawa się tak francuską stała, iżby ją za paryskie przedmieście wziąć można. Nie wszyscy też goście nasi pamiętać chcą, że gospodarzami nie są.
— Nieszczęściu przebacza się wiele — dodała gospodyni.
Wtem podano wety, bo rozmowa kilkakroć przerywana przez cały skromny polski obiad się toczyła. Przysunięto zimowe owoce do arcybiskupa, który był ich szczególnym znawcą i miłośnikiem.
— Ja o tej porze w Heilsbergu — rzekł arcybiskup — już poziomki miewałem!
I westchnął.
— W Skierniewicach się dopiero przysposabiam ku temu!
— O! słyszeliśmy wiele o sławnych zimowych ogrodach dawnej rezydencji w. ks. mości — rzekła gospodyni.
— Wstydby mi było tego miłośnictwa, które na sybarytyzm zakrawało, — rzekł Krasicki — gdyby ono nie miało swej dobrej strony i nie wyszło na korzyść okolicy. Gdym dawną moją rezydencję opuszczał, już i włościańskie ogródki aż do Frauenburga w dobre owoce obfitowały, a ananasowe poziomki chłopi na wsi zjadali i sprzedawali.
Rozmowa stała się powszechniejszą, gdyż ten i ów słowem się do niej wmieszał. Burzymowski, nie śmiejąc się wtrącać, słuchał bardzo pilnie, napawał się nią. Miarkował już, że oprócz przyjemności towarzystwa i przypomnienia się gospodyni, więcej ze spóźnionych odwiedzin tych korzyści mieć nie będzie, gdyż zaraz po obiedzie, zostawiając czas do wytchnienia gospodyni, usunąć się wypadało.
Musiał się więc wyrzec rozmowy poufnej na osobności, o którą mu chodziło, odkładając ją do dnia innego. Okoliczności dlań składały się jakoś niefortunnie, losy się nań spiknęły, aby nic po swej myśli uczynić nie mógł.
Wstawszy od stołu, przeszli wszyscy do salki, w której kawę czarną podano. Burzymowski wsunął się między mniej znanych sobie gości ku drzwiom, aby się do wyjścia przysposobić. Jakoż wkrótce goście wszyscy poruszać się, żegnać i wysuwać poczęli. Jemu też nic nad to nie pozostawało, i przy ucałowaniu ręki pani Lanckorońskiej, uprosiwszy tylko o pozwolenie złożenia jej uszanowania wraz z córką, szambelan wymknął się z misjonarskiej kamienicy, pośpieszając do domu, gdzie mogli go z obiadem czekać, bo nie spodziewał się jeść go gdzie indziej.
Tak było w istocie, a pani wojska dała mu do zrozumienia, jak wiele zawinił, zawichrzając cały porządek dnia, w którym jeszcze tak niezmiernie wiele było do czynienia.
Przed wieczorem przecie musiano piętrowe zbudować fryzury, poopinać suknie, i tyle razy ztyłu i zprzodu przypatrywać się sobie w zwierciadle, azali szpilki gdzie lub fontazia nie brakło.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.