Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ III.
Kradzież w Banku. Zakład pana Fogga.

Filip Fogg wyszedł z domu o godzinie jedenastej i pół i po zrobieniu pięciuset siedemdziesięciu sześciu kroków, stawiając lewą nogę przed prawą i tyleż razy nogę prawą przed lewą, przybył do klubu, obszernego budynku, którego koszt budowy wynosił trzy miliony.
Filip Fogg poszedł najpierw do jadalni, której dziewięć okien wychodziło na ogród zasypany pożółkłemi liśćmi drzew.
Tutaj usiadł na zwykłem swem miejscu przed przygotowanem już nakryciem.
Śniadanie jego składało się z ryby, rostbefu oraz ciastek z łodygami rabarbarowemi i herbaty.
O godzinie dwunastej, minut czterdzieści ośm wstał i skierował się do dużego salonu, ozdobionego malowidłami.
Tutaj służący podał mu gazetę jeszcze nie przeciętą, którą Fogg przeciął dokładnie i otworzył.
Czytanie to trwało do godziny trzeciej, minut czterdzieści pięć, a czytanie innego pisma trwało aż do obiadu.
O piątej minut czterdzieści przeszedł po obiedzie do drugiej sali, gdzie zabrał się do czytania „Porannej Kroniki“.
W pół godziny potem nadeszło kilku członków Klubu i zbliżyło się do kominka, gdzie palił się suty ogień.
Byli to zwykli partnerzy Filipa Fogga, jak on zaciekli gracze w wista, mianowicie: inżynier Andrzej Stuart, bankierzy Jan Sulliwan i Samuel Falentin, kapitaliści Tomasz Flanagan i Ralf Gotje — wszyscy bogaci i znakomici światowcy.
— A więc, Ralfie, — odezwał się Tomasz Flanagan, — jakże z tą historją kradzieży?
— Naturalnie, — odpowiedział zapytany, — że bank będzie musiał zapłacić.
— Sądzę że nie, — odpowiedział Andrzej Stuart — właśnie jestem pewny, że złapiemy złodzieja. Inspektorzy policji wyjechali do Ameryki i szukają po całej Europie, na wszystkich portach, wszędzie; trudno będzie temu panu zwiać z pieniędzmi.
— A czy natrafiono już na ślady, gdzie przebywa złodziej? — spytał inny z gości siedzących przy kominku?
— Ostatecznie, to nie jest złodziej, — rzekł poważnie Gotje.
— Jakto? nie złodziej, ten, co potrafił podjąć z banku pięćdziesiąt tysięcy funtów w banknotach?
— Nie — odpowiedział.
— Czyż to rzemieślnik?
— „Poranna Kronika“ twierdzi, że to dżentelmen.
Ostatnie te słowa wypowiedział Filip Fogg, którego głowa wyłoniła się z pośród stosu gazet.
I jednocześnie Fogg przywitał serdecznie swoich kolegów.
Fakt, o którym szeroko mówiono, zdarzył się przed trzema dniami, 29 września.
Ogromna ta suma, o której teraz mówili w Klubie skradziona była ze stolika kasjera z Angielskiego Banku.
Bank ten tak mocno ufał publiczności, że największe sumy, złoto, srebro, bilety bankowe, wszystko leżało na stoliku otwarcie. Nie podejrzywano nikogo z przychodzących, aby mógł dopuścić się czynu karygodnego i wziąć coś, co do niego nie należało.
Jeden z długoletnich obserwatorów życia Anglików, opowiadał, co następuje;
Pewnego dnia, gdy był w Banku, wziął do ręki rulon złota, zawierający siedm do ośmiu funtów.
Przyjrzawszy się, podał swemu sąsiadowi, i tak po kolei, aż do stojących na końcu sali przechodził ów rulon, podczas gdy kasjer nie podniósł nawet głowy i nie zwrócił na tę wędrówkę złota uwagi.
Ale 29-go września rzecz miała się inaczej. Zwitek banknotów nie powrócił na stolik kasjera i kiedy zegar wybił godzinę piątą bank, postradał ogromną sumę.
W dniu tym pewien dżentelmen spacerował po sali tam i z powrotem i jego to posądzono o kradzież.
Wyznaczono agentom i inspektorom pięćdziesiąt tysięcy franków nagrody za złapanie złodzieja i żywiono niepłonną nadzieję, że zostanie on pewnego dnia schwytany.
Rozmowa między grającymi przerwała się podczas gry, lecz w przestankach powracano znów do tego tematu.
— Sądzę, — mówił jeden z nich, że złodziej napewno umknie, musi to być spryciarz nielada.
— Ależ niema ani jednego kraju, do którego mógłby umknąć — rzekł drugi.
— Skoro ziemia jest tak bezmierna, — zawyrokował Andrzej Stuart.
— Powiedzmy: była niegdyś, — odpowiedział pół głosem Filip Fogg.
— Jakto niegdyś? — spytał Andrzej Stuart.
— Naturalnie, że tak, — odrzekł Ralf. — Jestem zdania pana Fogga; ziemia zmniejszyła się o wiele, co widzimy z tego, że możemy ją objechać dziesięć razy prędzej niż dawniej, np. przed stu laty. Teraz można objechać świat naokoło w przeciągu trzech miesięcy.
— W ośmdziesiąt dni tylko, powiedział Filip Fogg.
— W rzeczywistości, w ośmdziesiąt dni, potwierdził Jan Suliwan, — oto obliczenie, pomieszczone w „Porannej Kronice“.

Z Londynu do Suezu przez Brindisi  — 7  dni
Z Suezu do Bombayu  —  13  dni
Z Bombayu do Kalkuty  — 3  dni
Z Kalkuty do Hong Kongu  — 13  dni
Z Hong Kongu do Jokohamy  — 6  dni
Z Jokohamy do San Francisko  — 22  dni
Z San Francisko do New Yorku  — 7  dni
Z New Yorku do Londynu  — 9  dni
________
Razem 80  dni

— Tak, ośmdziesiąt dni! — zawołał Andrzej Stuart — ale nie wliczając w to różnych przygód, wiatrów przeciwnych, burzy na morzu, etc.
— Owszem, wszystko to zostało przewidziane! — rzekł spokojnie Filip Fogg, kładąc kartę.
— Nawet, gdyby Indjanie napadli na podróżnych, popsuli szyny, mordowali jadących! — wykrzyknął Stuart.
— Tak, i w takim razie, — rzekł Filip Fogg, nie przerywając gry w wista.
— Teoretycznie ma pan rację, panie Fogg, ale w praktyce...
— W praktyce tak samo, panie Stuart...
— Chciałbym bardzo przekonać się o tem...
— To zależy od pana. Jedźmy razem.
— Niech mnie niebo od tego chroni! — wykrzyknął Stuart, — ale założyłbym się o cztery tysiące funtów, że podróż w tych warunkach byłaby niemożliwą.
— Owszem, bardzo możliwa, — odpowiedział pan Filip Fogg.
— A więc odbądź pan tę podróż!
— Naokoło świata w ośmdziesiąt dni?
— Tak.
— Z największą chęcią.
— Kiedy?
— Natychmiast.
— Ależ to szaleństwo! — zawołał Andrzej Stuart, kładąc źle kartę.
— Źle pan grasz, — rzekł spokojnie Filip Fogg, popraw pan kartę.
Andrzej Stuart pomyślał chwilę, potem, kładąc karty na stół, rzekł:
— A więc tak, panie Fogg, zakładam się o cztery tysiące funtów!
— Mój drogi Stuarcie, — rzekł Falentin, uspokój się. To chyba nie na serjo...
— Kiedy mówię: stawiam zakład, to znaczy na serjo.
— Niech więc tak będzie! — rzekł pan Fogg. Potem obracając się do kolegów, odezwał się:
— Mam dwadzieścia tysięcy funtów złożonych u braci Baring. Poświęcę je z przyjemnością...
— Dwadzieścia tysięcy funtów! — wykrzyknął Jan Suliwan, — Dwadzieścia tysięcy funtów, które może pan utracić w razie nieprzewidzianego opóźnienia!
— Nieprzewidziane wypadki nie istnieją! — rzekł spokojnie Filip Fogg.
— Ależ panie Fogg, ośmdziesiąt dni, to jest najkrótszy czas, wyznaczony na podróż naokoło świata! To minimum!
— Minimum dobrze przewidziane, starczy.
— Ależ, żeby zdążyć, trzeba wprost przeskakiwać z wagonu do okrętu, z okrętu do powozu, bez minuty odpoczynku. Zastanów się pan!
— Będę przeskakiwał.
— Ależ to żarty!
— Dobry Anglik nie żartuje nigdy, kiedy idzie o rzecz tak poważną, jak zakład, — rzekł Filip Fogg.
Stawiam dwadzieścia tysięcy funtów, jako zakład, że odbędę podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni, czyli w tysiąc dziewięćset dwadzieścia godzin.
Czy zgadzacie się na to panowie?
— Zgadzamy się, — odrzekli wszyscy.
— Dobrze, — odpowiedział Fogg, — Kolej do Duwru odchodzi o godzinie 8-ej 49 minut. Wyjadę tym pociągiem.
— Jakto? już dziś wieczorem? — spytał Stuart.
— Tak, dziś jeszcze, a ponieważ dziś jest środa 2-go października, będę z powrotem w Londynie, w tym samym salonie Klubu w sobotę 21-go grudnia, o godzinie ósmej, minut czterdzieści dziewięć wieczorem.
Oto czek na dwadzieścia tysięcy funtów, które należeć będą do panów, o ile nie przybędę na czas.
Napisano układ, podpisało go sześciu obecnych.
Filip Fogg był wciąż spokojny.
Wybiła godzina siódma. Poradzono panu Fogg, aby porzucił wista i poszedł do domu przygotować się do wyjazdu.
— Jestem zawsze gotów do drogi, — odpowiedział i grał dalej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.