Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ IX.
Dalsze wybadywanie służącego przez inspektora policji.

Odległość między Suezem a Adenem wynosi tysiąc trzysta dziesięć mil. Mongolja pędziła szybko, dzięki obietnicy Fogga.
Większość pasażerów wylądowawszy w Brindisi, za cel miała zwiedzenie Indji.
Jedni stanęli w Bombayu, drudzy w Kalkucie.
Między pasażerami Mongolji byli różnego stanu ludzie, cywilni i wojskowi.
Wygodnie było wszystkim na statku. Śniadania, podwieczorki, obiady, kolacje były bardzo sute i wytworne.
Pasażerki zmieniały wciąż stroje, stosując się do okoliczności. Grano, tańczono nawet, o ile na to morze pozwalało. Ale morze Czerwone jest kapryśne i często bardzo nieprzyjazne.
Jak tylko wiatr dął z brzegów Azji, lub Afryki, Mongolja przechylała się straszliwie.
Damy wtedy znikały w kajutach, muzyka i tańce ustawały.
Mimo jednak złych prądów i wiatrów Mongolja jechała szczęśliwie ku zatoce Babel-Manoleb.
Co robił, przez ten czas Filip Fogg? Zdawałoby się, że strwożony i niespokojny siedzi w swojej kajucie i oblicza, czy się nie opóźni.
Ale tak nie było. Człowiek ten, zawsze jednakowo spokojny, siedział cicho i, żaden wiatr, żadne niepomyślne warunki podróży nie przejmowały go zupełnie.
Widziano go bardzo rzadko na pomoście. Nie zajmował go wcale widok morza, tak głośnego w starożytności, nie wzruszały go wcale wspomnienia legend.
Cóż więc robił ten oryginał, uwięziony samowolnie w Mongolji?
Oto jadł cztery razy dziennie, jak i w Londynie, zaś potem grał w wista.
Tak! Znalazł on i tutaj partnerów, tak samo zapalonych, jak i on: taksatora, jadącego na swe stanowisko do Goa, ministra Smitha, wracającego do Bombayu i brygadjera armji angielskiej, który jechał do Benares.
Ci trzej pasażerowie pałali takąż samą pasją do gry w wista, jak i pan Fogg i zdolni byli, jak i on grać spokojnie całemi godzinami.
Co do Passepartout, to nie nawiedziła go choroba morska.
Zajmował on kabinę frontową i zajadał, ile tylko chciał.
Podróż w tych warunkach podobała mu się bardzo.
Dobrze żywiony, wygodnie umieszczony, oglądał wciąż nowe kraje i wreszcie wmawiał wciąż w siebie, że cała ta fantazja pańska skończy się w Bombayu.
Wkrótce po wyjeździe z Suezu, z wielkiem zadowoleniem spotkał dobrze sobie znajomego inspektora policji, który również jechał w Mongolji.
— Nie mylę się chyba, — rzekł spotkawszy swego znajomego — że to pan, którego poznałem w Suezie?
— Rzeczywiście, nie myli się pan, to ja we własnej osobie... To pan jest służącym tego oryginała Anglika?
— Tak, panie...?
— Fix...
— Panie Fix, — powtórzył Passepartout. — Jestem zachwycony, że pana spotykam tutaj. A dokąd pan jedzie?
— Tak jak i pan, do Bombayu!
— Jak to dobrze! Czy jeździł już tam pan kiedy?
— Kilka razy. Jestem bowiem agentem pewnej kompanji...
— A więc zna pan Indje?
— Naturalnie...
— Czy to prawda, że kraj to bardzo ciekawy?
— Bardzo! Minarety, świątynie, fakirzy, pagody, tygrysy, węże, bajadery! Mam nadzieję, że panowie zwiedzicie to miasto?
— Spodziewam się, panie Fix. Rozumie pan, że niepodobna przecie człowiekowi o zdrowych zmysłach wciąż tylko przeskakiwać z pociągu do pociągu, albo z okrętu do okrętu, nie odpocząwszy nigdzie i nie przyjrzawszy się miastu, przez które się przejeżdża.
Z pewnością cała ta podróż skończy się na Bombayu, jestem przekonany...
— A pan Fogg czy dobrze się czuje? — spytał inspektor na pozór spokojnie.
— Bardzo dobrze, panie Fix. Ja także czuję się doskonale. Jem, jak olbrzym po poście. Działa tak na mnie morskie powietrze.
— A czemu to waszego pana nie widać nigdy na pokładzie...
— Nigdy nie wychodzi, bo nie jest ciekawy.
— Wiesz co, panie Passepartout, że ta podróż naokoło świata w osiemdziesiąt dni zdaje mi się ukrywać jakąś tajemnicę... może misję dyplomatyczną naprzykład.
— Niech mi pan wierzy, panie Fix, że nie mam pojęcia i przyznam się, że i pół korony nie dałbym za to, żeby wiedzieć... Nic mnie to nie obchodzi.
Od chwili spotkania Passepartout i Fix byli często razem. Inspektor policji starał się wciąż być ze służącym pana Fogga, aby go módz badać co do jego pana. Często fundował mu przy bufecie Mongolji parę kieliszków wódki, co dzielny chłopak przyjmował bez ceremonji, uważając, że Fix jest szlachetnym dżentelmenem.
Tymczasem parowiec zbliżał się szybko ku swemu przeznaczeniu.
Trzynastego widziano już Mekkę, która ukazała się oczom podróżnych ze swemi zrujnowanemi murami.
W dali widać było plantacje słynnej z dobroci kawy.
Passeportout zachwycony był widokiem tego sławnego miasta i cieszył się, że widzi to, o czem nie śmiał nawet marzyć.
Mongolja miała jeszcze tysiąc sześćset pięćdziesiąt mil do Bombayu, musiała jeszcze stawać w Steamor, aby zaopatrzyć się w świeżą żywność i opał.
Opóźnienie to nie przeszkadzało planom Filipa Fogga; było to przewidziane oddawna. Pan Fogg wyszedł na brzeg ze swym służącym.
Dżentelmen chciał ostemplować swój paszport. Fix towarzyszył mu niepostrzeżony. Kiedy formalność była załatwiona, wrócili na swoje miejsca.
— Bardzo ciekawe! Bardzo ciekawe — mówił, idąc, Passepartout i oglądając się na wszystkie strony. — Nie żałuję, że tu jestem! Widzę teraz, że podróż jest bardzo miłem zajęciem i że dużo nowego można zobaczyć.
O szóstej Mongolja odjechała z Adenu i wypłynęła na wody Indji.
Morze indyjskie sprzyjało jeździe. Wiatr dął w stronę północną, statek posuwał się szybko. Pogoda była prześliczna, pasażerowie ukazywali się na pokładzie w świeżych ubiorach. Śpiewy i tańce rozpoczęły się na dobre. Podróż odbywała się w jak najlepszych warunkach. Passepartout zachwycony był sympatycznym Fixem, który nie odstępował go prawie.
W niedzielę dwudziestego października, koło południa spostrzeżono już brzegi Indji. W dwie godziny potem zobaczono rzędy palm, które otaczały miasto, zaś o godzinie czwartej i pół zatrzymano się w Bombayu.
Filip Fogg zakończył grę szczęśliwie ze swymi partnerami, którzy pożegnali się z nim serdecznie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.