Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział XVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XVII.
Przyjazd do Singapur. Opisy przyrody.

Od dnia tego Fix i Passepartout spotykali się często, ale agent trzymał się jeszcze zdaleka od swego towarzysza i nie przyznawał się do swej roli.
Raz, czy dwa tylko przyglądał się panu Fogg, który albo rozmawiał z panią Andy, albo też w dużym salonie Ranguna grał w swego ulubionego wista.
Co do Passepartout, to ten na serjo zaczął rozmyślać nad rolą, jaką z pewnością miał odegrać w życiu jego pana ów Fix.
Ten człowiek, bardzo uprzejmy, serdeczny, którego spotkał w Suez, postępuje krok w krok za jego panem, jakby go śledził, coś w tem kryć się musiało.
Kim był ten Fix i poco śledził? Gotów był Passepartout założyć się o swoje bambosze, że, chociaż zapewniał, iż pozostanie w Hong Kongu, z pewnością wsiądzie do parostatku i wyruszy wraz z nimi.
W końcu Passepartout doszedł do przekonania, że ów Fix nie był kim innym, jak agentem, śledzącym pana Fogga. Domysł jego, jak widzimy, był bardzo trafny.
Tylko, że poczciwy Passepartout nie pomyślał ani na chwilę, iż ktoś śledzi jego pana, jako złodzieja, który okradł Bank, był tylko pewny, że ci panowie, którzy założyli się z panem Fogg, wysłali kogoś, aby śledził podróżnika, czy rzeczywiście objedzie świat naokoło.
— To widoczne! To widoczne! — powtarzał uczciwy chłopak, dumny ze swej przenikliwości. — To szpieg, którego ci panowie wysłali. A to niegodni! Pan Fogg taki uczciwy, honorowy! Kazać go śledzić agentowi!
Ach! panowie z Klubu „Reform“, będzie to was drogo kosztowało!
Passepartout zachwycony swem odkryciem, postanowił jednak nic o tem nie mówić, wiedząc, że pan Fogg byłby śmiertelnie urażony, gdyby się dowiedział o braku zaufania do siebie swych towarzyszy z klubu.
Ale postanowił spytać Fixa wprost przy spotkaniu, co ma on na celu, jeżdżąc stale za nimi.
W środę 30 października popołudniu Rangun dosięgnął miejscowości Malakka, która oddziela półwysep tejże nazwy od ziemi Sumatry.
Widać było urwiska skalne zasłaniające wyspę, a nazajutrz o czwartej rano parowiec stanął w Singapurze, aby zabezpieczyć sobie większą ilość węgla.
Filip Fogg tym razem nie siedział w kajucie, lecz, chcąc spełnić prośbę pani Andy wyszedł na ląd, aby przez parę godzin użyć z nią przechadzki.
Fix, któremu każda czynność pana Fogga zdawała się podejrzaną, poszedł za nimi niewidoczny.
Co do Passepartout, to ten śmiał się w duchu, a widząc te manewry agenta, poszedł załatwiać sprawunki.
Wyspa Singapur nie odznacza się ani wielkością, ani okazałością widoków, brak jej bowiem gór.
Miejscami jest ona czarująca, wygląda jak park, przerżnięty pięknemi ścieżkami.
Wspaniały powóz z Nowej Holandji zawiózł pana Fogga i panią Andę do cienistych alei palmowych.
Ogrodzenia z krzaków pieprzowych zastępowały ostropłoty wsi europejskich, drzewa muszkatowe o zielonych liściach napełniały powietrze przecudną wonią.
Małpy w gromadach całych, wyprawiały zwinne i pocieszne skoki, a mnóstwo różnobarwnych ptaków przelatywało nad głowami podróżnych, lśniąc pięknem pierzem, jak drogocennemi klejnotami.
Nie brakło tam i tygrysów, co zdawało się bardzo dziwnem, bo wszak można było wytępić je do ostatniego.
Wytłomaczyć to tylko można tem, że krwiożercze te stworzenia przepływały morzem z Malakka.
Przebywszy na wsi parę godzin, Fogg i pani Anda pojechali do miasta, z olbrzymią masą domów niekształtnych i ciężkiej budowy, otoczonych pięknemi ogrodami, w których rosną ananasy, banany i wszystkie najwyborniejsze owoce na świecie.
O godzinie dziesiątej powrócili na parowiec śledzeni wciąż przez postępującego za nimi agenta.
Passepartout oczekiwał ich na pomoście Ranguna.
Dzielny chłopak kupił kilka tuzinów owoców, wielkości jabłek, z wnętrzem białem, powierzchnią bronzowo-czerwoną.
Passepartout był bardzo szczęśliwym, mogąc ofiarować owoce pani Andzie, która podziękowała mu z wielkim wdziękiem.
O godzinie jedenastej Rangun, zaopatrzywszy się w węgiel, wyruszył w drogę, a w kilka godzin potem pasażerowie stracili z oczu wysokie góry Malakki, których lasy, obfitują w najpiękniejsze tygrysy na świecie.
Tysiąc trzysta mil oddziela Singapur od Hong Kongu, małego terytorjum angielskiego od strony chińskiej.
Panu Fogg chodziło o to, żeby w przeciągu sześciu dni odbyć tę drogę, gdyż 6 listopada miał odejść parowiec do Jokohamy, jednego z najpiękniejszych portów Japonji. Rangun był bardzo obciążony. Wielu pasażerów przybyło do Singapur. Byli między nimi Indusi, Ceylończycy, Chińczycy, Malajczycy, Portugalczycy.
Pogoda, dotąd sprzyjająca, zepsuła się nagle. Wiatr dął gwałtownie, ale parowiec ze zdwojoną siłą pędził po falach i w ten sposób dopłynął szczęśliwie i szybko do brzegów Annamu i Kochinchiny!
Zła pogoda i silne kołysanie się na falach było tylko dla pasażerów niedogodne, wielu chorowało na mdłości morskie, wielu czuło się zmęczonymi i odpoczywało w kajutach.
Często bardzo wskutek złej pogody trzeba było zwalniać biegu, co nie było dla pana Fogga przyjemnem, nie okazywał jednak zdenerwowania, podczas gdy Passepartout był ogromnie tą zwłoką zirytowany.
Oskarżał kapitana, maszynistę, i wysyłał do piekieł wszystkich tych, którzy biorą się do przewożenia podróżnych, nie mając o tem pojęcia.
— Ależ wy przyjedziecie bardzo wcześnie do Hong Kongo, czy ma pan Fogg tam dłużej pozostać?
— Nie zawcześnie przyjedziemy, to pewne! rzekł zniecierpliwiony Passepartout.
— Czy myśli pan, że pan Fogg weźmie parowiec do Jokohamy?
— O, tak, i to jak najszybciej!
— A więc wierzy już pan w tę podróż naokoło świata?
— Naturalnie. A pan, panie Fix?
— Ja? Nie wierzę wcale!
— Dlaczego? — zaśmiał się Passepartout.
Na drugi dzień Passepartout spotkał znów agenta. Nie mógł już powstrzymać języka.
— Panie Fix, — rzekł do swego towarzysza złośliwym tonem, — czy naprawdę pozostanie pan w Hong Kongu? czy rzeczywiście będziemy mieli to nieszczęście, aby pana tam pożegnać?
— Ależ, — odpowiedział Fix zmieszany — nie wiem, jak będzie. Może być, że...
— Ach! — odrzekł Passepartout, — jeśli będziesz nam pan towarzyszył, będzie to wielkiem dla mnie szczęściem! Będziemy mieli współtowarzysza w naszej podróży naokoło świata!
Fix patrzał uważnie na Passepartout, który miał tak pocieszną minę, że zaczęli się obaj śmiać do rozpuku.
— Czy rzemiosło agenta Kompanji jest dobrze płatne? — spytał po chwili Passepartout.
— Tak i nie, — odpowiedział Fix. — Są dobre i złe interesy! Ale rozumie pan chyba, że podróżuję nie za swoje pieniądze!
— O, co do tego, to jestem pewny! — wykrzyknął Passepartout, śmiejąc się przytem serdecznie.
Po skończonej rozmowie Fix poszedł do swej kajuty i pogrążył się w rozmyślania.
Był zapewne zdemaskowany. Passepartout odgadł, że jest detektywem. Ale czy uprzedził o tem swego pana? Jaką rolę grał w tej sprawie?
Agent przeżył kilka ciężkich chwil, to myśląc, że wszystko już stracone, to znów mając nadzieję, że Fogg ignoruje sytuację, nie wiedząc, jaki weźmie obrót.
Ale spokój wkrótce zapanował w mózgu Fixa i postanowił rozmówić się szczerze ze służącym.
Jeśli nie będzie mógł zaaresztować pana Fogga w Hong Kongu i jeśli opuści on ziemię angielską, Fix opowie wszystko służącemu.
Albo służący jest wspólnikiem swego pana, i wie wszystko, a wtedy sprawa byłaby załatwiona, albo też Passepartout nie grał żadnej roli w kradzieży, a wtedy w interesie jego było opuścić swego pana, jako złodzieja.
Taka była sytuacja, a tymczasem Filip Fogg w swej majestatycznej obojętności spełniał to, co do niego należało, okrążał świat naokoło, bez obawy o to, co myślano o nim.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.