Portrety literackie (Siemieński)/Tom II/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Siemieński
Tytuł Franciszek Morawski
Pochodzenie Portrety literackie
Wydawca Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Data wyd. 1867
Druk N. Kamieński i Spółka
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


VI.

Morawski stojąc kwaterą w Lublinie, a mając żonę cierpiącą, i drobnych dwoje dziatek, często dla zdrowia wysyłał ich na całe lato do Piotrowic, prześlicznéj wsi, będącéj własnością Kajetana Koźmiana, i sam często tam dojeżdżał.
W jednym liście tak opowiada swoje wrażenia:
...„Cóż to za prześliczna wieś te Piotrowice! nie znam piękniejszéj w Królestwie. Tam z żoną moją przywitaliśmy pierwszy dzień tegorocznéj wiosny. Szczérze powtarzam, że co do położenia miejsca nie znam w Polsce nic równego; mały horyzont, jak na ciche i zamknięte życie wieśniaka przystoi, — lecz wszystko co zamyka ten horyzont, góry, gaje, pola, ogród, jakże to jest czarującem, i nie pozwala żałować tego, czego się nie widzi za oznaczonym tak pięknie zakresem. W jedném tylko miejscu oko wysuwa się w dal i spoczywa na ruinach Bystrzycy, — ale jakże mile tam prowadzone ponad wzgórzem okrytém lasami cudownie cieniowanemi; i to wszystko dla powiększenia uroku odbija się w czystych i rozległych wodach. Co to za szczęście, że los nie przeznaczył takiego miejsca dla Okołowa, lecz dla poczciwéj krwi Waszéj! Żyjcie tam szczęśliwie przez wszystkie pokolenia.“
Prawdziwie młodzieńcze, poetyczne to uczucie, z jakiém wita ustroń wiejską, gdzie późniéj, gdy Jędrzéj Koźmian, objął gospodarstwo, często lubił wybiegać, jak to w jednym czterowierszu wyraził:

„Gdybym tak często biegł do twéj ustroni
Jak się sercu przypomina;
Nie stałoby wozów, koni,
Od Piotrowic do Lublina.“

Tutaj on własną, ręką posadził kilka drzew na pamiątkę śmierci Byrona, swego ulubionego poety; o czém pisze do Jędrzeja w tych słowach: „Musimy obaj posadzić kilka drzew w Piotrowicach jako w pierwszą rocznicę zgonu Byrona, ale nie gadaj o tém, bo to gotowiby wziąść za drzewo...“ Łatwo dorozumieć się że: wolności.

Z Byrońskiem téż współczuciem mówi o Grekach: „Zaléj się krwawemi łzami! Missolongi wzięte! Najwarowniejsza twierdza Greków zdobyta; zbezczeszczone mury uświęcone zgonem Byrona. Lud wskrzeszony, lud wielki upada, a święty Alliance jak najlepiéj zapewne przespał tę noc okropną zdobycia téj warowni. Podobnaż to jest, aby Bóg im w wówczas nie był przesłał jakich mar dręczących we śnie!...“
Pierwéj o wojnie hiszpańskiéj, i o sławnéj wyprawie Angoulema na przytłumienie wolności półwyspu, inaczéj się wyraził:
„Skończyła się więc wojna hiszpańska, król wraca do Madrytu:

Głoszą wjazd Ferdynanda okrzyki narodu,
Wiodą go przez ulice kwiatami usłane;
Tak to niegdyś i Troja do swojego grodu
Ciągnęła bydle drewniane!“

Morderczy epigram! w aluzyach politycznych dowcipy Morawskiego możnaby porównać do tych ognistych strzał, które gniewny Feb miotał pod Troją na Greków; nie ma w nich ziemskiego błota, jest tylko niebieski ogień oburzonego poety. Jakaż to różnica od dzisiejszych tylu pisemek wyłącznie poświęconych politycznemu dowcipowi, gdzie w braku niebieskiego ognia, naboje są z błota! Na nieszczęście wyborne te epigramaty nie miały w swoim czasie prawie żadnego rozgłosu, chyba w kole kilku poufnych przyjaciół — pisane po francusku, byłyby świat obiegły.

O ile Morawski nie przepuszczał żadnéj podłości, głupstwu, nikczemnemu płaszczeniu się, serwilizmowi, o tyle serce jego napawało się radością, gdy przyszło oddać hołd jakiéj cnocie i patryotycznym zasługom. Kajetan Koźmian przysłał mu był swoją wyborną mowę na śmierć jenerała Mokronowskiego towarzysza i przyjaciela Kościuszki, męża rzymskich cnót i heroicznych poświęceń się. Otóż co pisze o niéj:
„Odebrałem twoją mowę, za którą ci najserdeczniéj dziękuję. Cztéry razy odczytałem ją w godzinie i jeszcze czytać będę. Kiedyż bardziéj dusza podobnego potrzebowała pokarmu? Godnym był twego głosu Mokronowski:

„Tak byłyby godnemi nawet twego rymu
Całe życie cierpienia, i czyn godnym Rzymu.“

Całe dzieje jego życia, cała osnowa téj mowy, zamykają się w tym ostatnim wierszu. Inni przeczytali twoje pismo, wzruszyli się tkliwością jego, pochwalili piękności obrazów, lecz ja, który cię znam tak dobrze, odkryłem w twojéj mowie jeszcze ukryte ślady tych uczuć i myśli, które w świątyni twojéj duszy pozostały, a których dla okoliczności wolałeś nie wyjawiać. I dobrześ zrobił. Do kogóżbyś tam przemówił głosem twéj duszy, już może dla wszystkich niezrozumiałym? Powiedz Niemcewiczowi, że mu mój mały Tadeusz jako chrzestnemu Ojcu nogi całuje. Bogdajby choć w części chciał go nagrodzić ojczyźnie! Twego miłego, dobrego i wrzącego Makbeta[1] całuję. W tém to pokoleniu cała nadzieja.“

„Muzo polska! pieśniami wsławiona smętnemi.
Ty, coś w wolnéj, dalekiéj Washingtona ziemi

Przez usta Niemcewicza przemawiała z jękiem
Wzruszała ją twym losem, zadziwiała dźwiękiem
Ozwij się, ozwij piękną ojców naszych chwałą,
Zapal ogniem słów twoich tę młódź pozostałą,
Przypomnij przekazaną tylu cnót puściznę,
I przynajmniéj w jéj sercach uratuj ojczyznę.“ —

Jak uwielbiał surowy charakter, niezmordowaną pracowitość, ascetyczną skromność życia Staszica, te kilka słów z listu do Jędrzeja Koźmiana najwymowniéj objaśnią:
„Już siódmą elegię odbieram na zgon Staszica. Cóż to za brednie! Czy im Lubecki płaci za to, czy téż to zemsta wieszcza Ilionu? tak się bowiem nad nim pastwią, jak on nad Homerem![2] Czemuż tylko oni piszą, czemu twój Ojciec się nie ozwie? Klasyczne cnoty godne klasycznego pióra. Ja dziwić się jedynie i uwielbiać mogę. Plutarch by nim nie wzgardził. W społeczeństwie warszawskiém będą coś wyszukiwać zapewne na niego, jak tego tylekroć świadkami byliśmy; jedni będą śmieszności podchwytywać, drudzy skryte jakieś wynajdywać występki; bo taka kolosalna cnota nadto drugich poniża, a tego miłość własna nie przebaczy, zwłaszcza tych, co się chcą koniecznie unieśmiertelnić nie zważając na sposoby i środki. Dadząć oni pokój Czarneckiemu; nikt mu nie przeszkodzi trawić przedziwnie i czołgać się przed wyższymi. Bierz ich diabli; a nawet kasztelana naszego; niech sobie zajada, niech się podli; któż zrozumie Twórcę! może i takich błaznów potrzeba.“
W późniejszym liście do tegoż objawia myśl swoją uczczenia pamięci Staszica, który jak wiadomo w majętności swéj Hrubieszowszczyznie nadał grunta i wolność włościanom, czyli po prostu zrobił ich spadkobiercami swego majątku:
„Miałem myśl kupić zagrodę sobie w Hrubieszowszczyznie i wpisać się między tamtejszych włościan, nikt do tego czasu tego nie uczynił; a byłoby to najpiękniejszém uczczeniem pamięci wielkiego obywatela. Ale jak się dowiedziałem, wszystko rozkupione, i przytém w mojém będąc położeniu mógłbym kogoś przez to podrażnić. Muszę więc zaniechać tego, choć to nie mała męka wyrzec się pięknego przedsięwzięcia.“
Nie można znaleść trafniejszych zdań, jak te co podaje o tak zwanéj dobroczynności stołecznych dam:
„Nie wiem, pisze on do Kajetana Koźmiana — co w. książę na to powié, że Rautenstrauch swojéj żonie pozwolił grać na publicznym teatrze; jest bowiem cokolwiek różnicy na sali dobroczynności, a na teatrze. Obaczysz że będą gniewy. Po co oni Osińskiemu psują chléb; nie bardzo to dobroczynny zamiar. Czemu raczéj o biednych chłopach i żebrakach sami panowie nie myślą, co to po ich wsiach żołędzie jedzą, dzieci mnóstwo z nędzy umiera i z nieszczepionéj ospy, a żebraków tyle, o których się ani spytają dziedzice? Pierwszy obowiązek pomyśleć o tych, których nazywamy się panami, a którzy siły swoje dla nas stargawszy przyszli do nędzy. Możnaby bezpiecznie Warszawie zostawić opatrzenie swoich; lecz wtedy dobroczynność pełniona na wsiach nie wpadałaby tak w oczy; nie możnaby z niéj takiéj parady robić. Oto cały sekret. Czy téż uważasz, że między kobietami Towarzystwa Dobroczynności, nie masz i jednéj z miejskiéj klasy, lecz wszystko magnatki.“
Posłuchajmy co mówi o misyach nakazanych w całem królestwie i odprawianych z wielką okazałością:
„Co się tyczy misyi, urządzenie o którém mi piszesz ma w sobie wiele dobrego, ale pomimo religii którą czuję w sobie dość głęboko, same misye nie zawsze są dobre, podług mego zdania. Po co ta nadzwyczajna reprezentacya religijna? Na co ta krucyata księży przeciw zbrodniom? Cóż to tak nagłego wymaga lekarstwa w świecie moralnym? Czyż mniéj jest religii w sumieniach, niżeli przed dwudziestu laty? czy więcéj rozpasania w stadłach małżeńskich i mniéj cnót domowych? Nie, zapewne. Z téj strony przynajmniéj lepsi jesteśmy od przeszłego pokolenia. Przedtém wszyscy prawie mężowie, żony, zwłaszcza w stolicy, byli źli; a teraz już ich pojedyńczo cytujemy. Pytam się teraz czyśmy tę zbawienną zmianę misyom winni? — Są zbrodnie na nowo grożące moralności świata, ale o tych nie będziemy słyszeć w misyach jako to: o podłości, obojętności, zbrodniczéj trwodze i braku wstydu obywatelskiego: Natoby trzeba krucyaty; ale jéj nie będzie. Nie widzę innego rodzaju zbrodni zagęszczonych; każdy doświadczeniem spokojniejszy i moralniejszy, a szczególne przykłady nie są dowodem. Zresztą, po co lud wyciągać z okręgów parafii? Pleban znając bliżéj swego parafianina, zajmuje się niejako wychowaniem moralnem jego sumienia; jemu to są wiadomsze stosunki wszystkich, i wie lepiéj jak do każdéj ze swoich owieczek przemawiać, i jaką drogą trafić do jéj sumienia. Tam więc każdy parafianin szczególnie udawać się powinien, tam się zwierzać swoich cierpień, błędów; tam szukać rady, przykładu i pociechy! Ten mówimy nauczyciel jest najlepszy, który najlepiéj zna swoje dziecko; ten doktor jedynie dobrze leczyć może, który niemal całą historyę naszego zdrowia od lat wielu poznał. Czyż tego samego rozumowania przenieść nie należy i do kierowania sumieniem? Powiedzą mi może, że plebani nie dobrzy. Prawda; ależ inni czy więcéj światli i moralniejsi? Na nieszczęście robi to wszystko jakaś mania effektu, reprezentacyi teatralnych, parad, które już śmiesznemi się stały. Na cóż więc i tę pracę duchowną wystawiać na drwinki uszczypliwe? Krudener i Hohenlohe wszystko to jest ta mania effektu; i zobaczysz co to dziwolągów gadać nam będą o skutkach misyi. Może nawet Skarszewski[3] będzie robił cuda? Gdybyć przynajmniéj djabła z Okołowa[4] wypędziły to by się misye na coś jeszcze przydały.“
Lubo nie ze wszystkiem można się zgodzić na argumenta podane w powyższym ustępie, które jak się domyślam były zbijane przez Koźmiana, jednakowoż człowiek tak pełen religii jak Morawski, nie byłby uderzył na misye, gdyby nie ówczesne okoliczności towarzyszące ich zaprowadzeniu. Miały one bowiem więcéj cel polityczny, niż zbawienie duszy na względzie. Objawiające się tu i owdzie związki tajne, odzywania się z żądaniami rząd niepokojącemi, nasunęły, jako środek zaradczy nieukontentowaniu, odprawianie misyjnych nabożeństw i kazań; wyobrażano sobie bowiem, że religia na to jest od Boga daną, aby wszystkie nadużycia i niesprawiedliwości rządzących brała pod swój płaszcz, i aby pod jéj moralnym naciskiem nie wyszedł żaden jęk z serc pokrzywdzonych. Szczególniéj za cesarza Aleksandra kościół katolicki doznawał wielkiéj protekcyi, ma się rozumieć w tym tylko widoku, że będzie szedł ręka w rękę z absolutyzmem, gasząc światło i tłumiąc uczucia wolności. W Warszawie było kilka znacznych figur tak cywilnych jak duchownych działających w tym kierunku. Morawski świadomy tych stosunków, zrozumiał cel owych misyi i dla tego tak się przeciw nim oburzył.
W dwadzieścia parę lat późniéj, kiedy słyszał o misyi księdza Antoniewicza odprawianéj po ekscesach r. 1846 między ludem nie obmytym jeszcze z krwi niewinnych ofiar, zapewne powyższego ogólnego zdania, nie byłby drugi raz bez pewnych zastrzeżeń powtórzył. Że potępienie misyi nie było u niego bezwarunkowe, najlepiéj przekonywa list do Stanisława Koźmiana pisany w r. 1852 z 11 Maja, gdzie tak się wyraża:
„Wracamy z misyi Krobskiéj, gdzie przez ostatnie dni było ciągle 25000 ludzi. Nie tylko błogie, ale nadzwyczajne było wrażenie. Szkoda że bierzmowania na inny czas nie odłożono, bo dwa cele, zamiast jednego, rozpraszały uwagę jedno niejako drugiemu przeszkadzało. Księży było ciągle przeszło czterdziestu, i wszyscy gorliwie pomagali. Sądzę że odniosą przekonanie, że aby czynić wrażenie z kazalnic, tak jak na misyach, trzeba przemawiać do serc, a nie na kilku moralnościach, słowami pisma Ś. okraszonych, przestawać. U nas nabożeństwa, uroczystości, zawsze były godne i przyzwoite, lecz z kazalnic uboga tylko suchość spływała, gdy przemowy kaznodziejskie jedynie wstrząsnąć dusze ospałe i skibę grubą grzechu odwalić mogą. Uważałem nieraz że im lepsze kazania w jakim kościele, tém i parafie lepsze. Daj Boże, aby to się zmieliło choć w części. To lepszych kazaniach będą i lepsze spowiedzie, a po lepszych spowiedziach i życie lepsze.“
Żywą obdarzony wyobraźnią, przytém krwi gorącéj, wszystko mocno brał do serca, mianowicie gdy co obrażało w nim wrodzone uczucie szlachetnéj prawości, lub rzucało jaką plamę na ten biały całun, w który on ideał Matki Polski oblekał.
Oto ustęp z listu do Kajetana Koźmiana, mogący służyć za komentarz do ówczesnych wypadków, zasmucających serce dobrego obywatela:
„Twój Jędruś jest u mnie, i cały dzień dzisiejszy zabawi... Czytał mi co mu matka o egzekutorach testamentu O....iéj napisała. Cóż to za okropne brudy! ktoby się tego był spodziewał. Właśniem mówił twemu synowi, że ubywa liczba ludzi poczciwych, co jest większą stratą nad to, co nam śmierć zabiera; bo słabieje wiara w szlachetność, prawdę i cnoty człowieka. Smutno, okrutnie nawet jest psuć illuzyę młodzieńcowi o ludziach, właśnie gdy ma wchodzić z nimi w bliższą styczność; ale niech wie, że trzeba dopełniać niknącéj liczby uczciwych, aby nie skazać cnoty na samą sławę tradycyi, że tam kiedyś ludzie mogli być jéj zdolni. Kiedyż, kiedyż doniesiesz mi o czém szlachetném i wielkiem! Gdybym miał twój, to jest prawdziwy talent, dziśbym ody, poemata, sielanki i wszystko rzucił, a tylko na szerzącą się zbrodnię gromy poezyi rzucał. Gdybym był kapłanem, wołałbym o poprawę, i malowałbym ohydę czasu i godności chrześciańskiéj, nieśmiertelnéj duszy. Gdybym był królem, całéj władzy-bym użył przeciw téj niesłychanéj klęsce. Wiem jaki smutek mię czeka za przybyciem do Warszawy; powtórzy się dla mnie tylokrotne zdarzenie, że tych samych panów, którzy oburzenie powszechne sprawili, będę znów widział, jednych cierpianych, drugich lubionych po salonach; bo jak pamięć cnoty, tak i wspomnienie zbrodni zarówno słabieją z czasem... Kończę list, bo więcéj pisać nie mogę; wolę zwrócić się do Jędrusia, i w nim dwóch poczciwych kochać, cieszyć się tą nadzieją, że kiedyś moim dzieciom może być przykładem, i tak przelewając z serca w serce szlachetność swych uczuć, przedłużać istnienie cnoty... Bądź zdrów, jeźli nim w tych czasach być możesz....“
W innym liście do tegoż w podobnéj materyi:
„....Gorsze stokroć od romantyzmu to złodziejstwo. O Boże Ojców naszych, także się to łatwo stary i szlachetny naród mieni! Są to wprawdzie zbrodnie kilkunastu tylko osób; lecz dawniéj nie stowarzyszała się zbrodnia, i nie śmiała się z tą bezwstydną spokojnością bronić. Byłem w Poznańskiém, — dowiedziawszy się o tém, myślałem, że widok śmierci matki wyczerpał całą boleść z serca, kiedym uczuł, że silniéj jeszcze prawie rozdartém być może. Chlubiliśmy się, że krwawe zbrodnie nie są w naszym charakterze, i jakby lepszym wyborém, podłych się chwytamy. Na tożto broniliśmy sławy, honoru Polski, aby wszystko razem zbłaźnić?!“
Przyjaźń jaką miał Morawski dla Kajetana Koźmiana, nie tylko przeniósł na jego syna Jędrzeja, ale jeszcze kochał go sercem ojcowskiém, i można powiedzieć, że radami swemi wiele wpłynął na wyższy kierunek, jakim ten młodzieniec szedł w życiu. Dość przytoczyć jeden list pisany doń z tak głęboko mądremi uwagami, że możnaby je zamienić w kodeks, obowięzujący całą naszą młodzież na dziś i na długo jeszcze.
„Dobre wychowanie, światło i szlachetne skłonności, kładą na cię wielką odpowiedzialność. Staraj się, abyś był wzorem do naśladowania, zawstydzeniem niedobrych. Spojrzyj tylko co się z naszą młodzieżą dzieje? Wkrótce gnuśność tylko, elegancya, karty, a może i pijaństwo całém ich zostanie zatrudnieniem. Błąkają się biedni nie mogąc celu żadnego zachwycić. Do was to lepszych młodzieńców należy wskazać ten sposób szlachetniejszy użycia dni swoich. Niech tylko każdy tyle się przyczynia ile może do dobra powszechnego; ten w obowiązkach ziemianina, ten w familijném życiu, ten na małym nawet urzędzie, gdzie wzór dany najzbawienniejszym być może; ten nakoniec, w wojsku; — a musi coś z tego urość dobrego dla całości. O jakżebym ja was wszystkich młodych z lepszemi uczuciami chciał widzieć w publicznéj usłudze i wszystkich dla przykładu i zachęcenia do czynności, zaczynających od najniższych urzędów. Nie same wtenczas półgłówki i łajdaki cisnęłyby się do nich; a wasz sposób zacny sprawowania się na nich, stałby się wzorem dla drugich. Póki temi drobnemi miejscami pogardzać będziemy, dla tego, żeśmy światlejsi lub bogatsi, póty prawdziwa godność urzędowania nieznaną u nas będzie. Kiedyż u nas wystąpi jaki możniejszy młodzieniec z tym wielkim przykładem i dowiedzie, że nie dla karyery, nie dla nagrody, lecz dla dobra kraju wszystko gotów jest uczynić, i że dla tego bierze najniższe miejsce, aby tém silniéj dowiódł, że w usłudze krajowéj każde miejsce jest zacném. Oto teraz droga prawdziwéj sławy; nie widzę znakomitszéj dla młodego Polaka... Baw się więc, kochaj, tańcuj — a potém zamyśl się na chwilę nad tém, com napisał....“
W zbiorze tych korespondencyi Morawskiego często spotkać się można z listami polecającemi różnych jego protegowanych. Najwięcéj byli to starzy zasłużeni wojskowi, którzy albo utrzymania nie mieli, albo intryga chciała ich wysadzić z posady dającéj im kawałek chleba na stare lata. Instancya jego była gorąca, przekonywająca, i nie dająca się lada czém odstraszyć. Kogo wziął w opiekę, szczerze mu dopomagał, nie łudząc słówkami pięknych lecz pustych obietnic.
W wspomnieniach moich młodociannych z Lublina żywo przechowała się figura wysoka, brzuchata, na chwiejnych nogach, w mundurze granatowym z żółtemi rabatami, zjawiająca się na paradach i na różnych miejscach publicznych, zawsze zasapana... Był to major Poplewski, prezydent miasta. Poczciwość i dobroć patrzyła mu z oczu, choć często groźnie ujadał się z przekupkami i żydami o nieczystości na ulicach, lub o zawadzanie przy uroczystościach wojskowych. Otóż poczciwca tego chciano wykurzyć z urzędu... Ujął się za nim Morawski i zaraz polecił Koźmianowi mającemu wielkie wpływy w Warszawie, aby go wziął w obronę. Pojechał Poplewski do Warszawy chodzić za swoją sprawą, i jak widać nie z wielką nadzieją wrócił; żądano bowiem od niego kaucyi, któréj dać nie miał z czego. Morawski pisze za nim powtórnie w oburzeniu się na niesprawiedliwość.
„Wszystkie moje prośby, boć słuszne względem Poplewskiego, są daremne. W. Książę kazał go nominować; kazał późniéj nie zrzucać go z urzędu; kazał tu Lubowieckiemu: laissez tranquille ce vieux brave homme i do tego mundur majorowski kazał mu nosić, co dowodzi, że chce się nim opiekować. Teraz, gdy grosza nie ma do dyspozycyi z kasy miejskiéj; gdy przez tyle lat nic się nie pokazało na niego, i gdy nakoniec sam Książę Namiestnik r. 1819 kazał go uwolnić od kaucyi, teraz, mówię, żądają jéj na nowo. Poplewski trzydzieści lat służył tak uczciwie, że i grosza z sobą nie przyniósł. Został mu tylko honor zasługi i opieka W. Księcia, które podobno są najpewniejszą kaucyą, i nie pojmuję, jak po takiéj, można innéj żądać? Chcą mu czwartą część odciągać z płacy, gdy ledwie z całéj z żoną i dziećmi wyżywić się może. Z płaczem starzec blisko 70cioletni był u mnie; serce się krajało na ten widok. Podobnaż to do wiary, aby tak zasługi całego życia były odpłacane; któż się nieodrazi od usług publicznych na obraz tak smutny. Jeżeli wszystko ma być za nic policzone, i służba tyloletnia i uczciwość i niewola, i krew przelana — niechże przynajmniéj niesprawiedliwość zmniejszoną będzie; niech przyjmą kaucyę hipotekowaną. Wszakże i tak rząd przez te kilka lat, które mu jeszcze żyć pozostaje, nie wybierze z czwartéj części 14 tysięcy kaucyi. Dawno on już ją podał do komisyi wojewódzkiéj; każcież ją odesłać sobie, jeżeli nieodesłana; a jeżeli już ją macie, to miejcie przecie litość nad nieszczęśliwym. Proś odemnie Sumińskiego, przeczytaj mu ten list; proś pana ministra Mostowskiego — bo cóż ten człowiek w swojéj rozpaczy pocznie? Codzień się bardziéj przekonywani, że trudniéj o czynniejszego około upięknienia miasta; a jeżeli jest błoto i tyły ulic nie czyste jeszcze, to są na to milionowe dowody, że nie on temu winien. Miasto płaci za czyszczenie, a pieniądze te nie na czyszczenie lecz na fabryki idą — cóż więc ma począć, do twego rozsądku się odwołuję...“
W innym liście znowu w téj sprawie naciera:
„Jeszcze raz piszę ci za Poplewskim. Uczyń co możesz; a chyba on sam będzie ci wdzięczniejszy niż ja. Wysłuchaj go dobrze, nie żałuj czasu. Kosecki chce na tém miejscu koniecznie swego adjutanta osadzić. Przykra to rzecz, aby taki chłystek odbierał miejsce człowiekowi, co trzydzieści lat służył, a jedenaście był w niewoli na pontonach angielskich. Wszyscy poczciwi powinni bronić poczciwego. Odeszlej list Krasińskiemu i proś go także za Poplewskim.
Niedość na tém, gdy w roku 1826 Morawski opuszczał Lublin i przenosił się na kwaterę do Radomia, nie opuścił zasłużonego starca, i nie tylko, przypominał go Koźmianowi, ale zobowiązał jenerała Fenshawe mającego wpływ, na w. księcia, żeby mu nie odmawiał swojéj opieki.
Przytoczyłem umyślnie ten cały szczegół, raz żeby odkryć piękną stronę duszy jenerała ujmującego się za szczątkami sławy wojennéj narodu, powtóre żeby rzucić światło na ówczesne stosunki, często nader potworne. W. książę ujmował się za starym kościuszkowskim żołnierzem, za legionistą, za ofiarą angielskich pontonów i protegował go przeciw własnym rodakom, zazdroszczącym mu na schyłku stéranego życia kawałka mizernego chleba, żeby go dać jakiemu faworytowi, zasłużonemu w podłych może usługach! Smutny to komentarz do przyczyn listopadowego powstania.
Skład towarzystwa w Lublinie, w którego kole był jenerał, liczył ledwie kilka osób dochodzących do jego miary. Główną rolę grała tam pani Jaraczewska, osoba ułomna, pełna żywości, wymowna, umiejąca elektryzować ospałe miasto babkami, piknikami, teatrami amatorskiemi, a do tego autorka wielu moralnych romansów, których koszlawą polszczyznę, jak mógł tak prostował Morawski. Był i jenerał Weissenhoff, komendant dywizyi ułanów, człowiek gruntownie uczony; było jeszcze parę profesorów więcéj coś umiejących nad zakres swego wykładu — zresztą same figury urzędowe, nadęte a pospolite. Wyżartował ich Morawski w kilku wierszykach przesłanych w liście do Kajetana Koźmiana:

Gründlicha[5] język francuski
Kształtne Jarachy frazesa,
Zawidzkiego[6] dowcip pruski
I wszystkie mowy Prezesa.

Najniesmaczniejszą dlań figurą, lubo musiał się stykać z nią często, był prezes wojewódzki. Nierzadko jakim charakterystycznym rysem maluje go w listach do Koźmiana. Kiedy po śmierci cesarza Aleksandra wojsko i urzędy przywdziały żałobę, gorliwy prezes posunął ją do ostateczności.
„Co téż powiesz na to — pisze Morawski — że nasz prezes w swoim pokoju czarne firanki podawał; krepą czarną osłonił żerandole, obrazy, a nawet gwiazdę pod krepą nosi, wreszcie profitki do świec są z czarnego papieru. Żeby mu téż kto o tém napisał. Ale zaklinam cię nie pokazuj tego listu, zwłaszcza Koseckiemu, bo i tak już narzeka, że z niego obaj tylko szydzimy.“
Można sobie wystawić, w jaki ruch wprawiał takiego służbistego prezesa, przejazd któréj z wysokich figur, jak namiestnika lub Wiel. księcia. O okolicznościach takiego przejazdu mówi list niniejszy:
„Jeździłem wczoraj o dwie mile z tąd. Cóż to za błoto na drodze lewartowskiéj! a przecież w tym błocie, jak w bajce Niemcewicza będą się wyścigać nasze figury, która z nich pierwéj do mety próżności dobiegnie. Niech lecą! my wolnym krokiem i starą, klasyczną, cnotliwych ojców drogą postępujmy. Wystawiam sobie prezesa, jak zadyszany, czerwony; z błotem na wąsach, z zawalaną gwiazdą, wleci tu przed namiestnikiem. Przynajmniéj że to błoto zmyć można, boć są to takie plamy, których Oceanem, jak żona Mekbeta, zmyćby nie można.“
O tym prezesie taką jeszcze przytacza, wcale zabawną anegdotę:
„Teraz dopiéro dowiedziałem się dobrze całéj historyi żyda i prezesa. Prezes uderzył silnie w twarz żyda i skrwawił go. Żyd poszedł do Rozenberga[7] prosić o visum repertum, mówiąc, że przez ślusarza pobitym został. Rozenberg dał mu zaświadczenie, że skrwawiony, że mózg mu wstrząśnięto tym policzkiém; że dwa muszkuły mogą się zamienić w bezczynne; słowém, że niebezpiecznie uszkodzony. Żyd bierze to visum repertum (które dobrze zapłacone, lecz nie na prawie było oparte) i podaje z niém skargę do kryminału. Dają znać prezesowi — przyjeżdża, klnie doktorów, Rozenberga zwłaszcza, który mu tyle lat bakę świecił, proch przed jego stopami lizał. Przywołują więc i Rozenberga. Wystaw sobie więc tego podłego pochlebcy zdziwienie, wstyd i obawę, że śmiał wydać raz w życiu sprawiedliwe świadectwo. Poznał dopiero w jaką, wpadł łapkę. Sprawa zagodzona z żydem; lecz Rozenberg najpiękniéjszą treść do komedyi zostawił.“
Oto mniéj więcéj w takiéj sferze towarzyskiéj musiał żyć Morawski podczas konsystencyi swojéj brygady w Lublinie — niedziw, dla czego myślami i uczuciami biegł zawsze do drogich przyjaciół warszawskich, a pisząc do nich, i nawzajem odbierając listy, znajdował w tém zajęcie dla swego umysłu, podnietę do utrzymania się w prądzie literackiego ruchu, słabém tylko echem stolicy odzywającego się na prowincyi.




  1. Tym Makbetem jest Jędrzéj Koźmian, zajmujący się już wtedy przekładem téj trajedyi Szekspira.
  2. Staszic tłumaczył Iliadę wierszem białym.
  3. Skarszewski biskup lubelski, potem mianowany arcybiskupem warszawskim. W czasie rewolucyi w 94 r. w Warszawie, już go ciągniono na śmierć, lecz Kościuszko ocalił go przed zawziętością ludu.
  4. Okołów ten byt factotum Zajączka, cynik i materyalista! wybornie sportretował go K. Koźmian w swoich pamiętnikach.
  5. Dyrektor poczty, dawny austryacki urzędnik pozostały na téj posadzie.
  6. Zawidzki pułkownik 2go pułku strzelców pieszych.
  7. Rozenberg, fizyk miejski.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Siemieński.