Posażna panna/Część II/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Bąkowski
Tytuł Posażna panna
Data wydania 1899
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Polska
Drukarz Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron
III.

Była to sobota, kawalerski jour fixe u mecenasa Cichockiego. Gospodarz przygotowywał stolik do kart, a krzątaniu jego przyglądał się rozparty wygodnie na kanapie konsyliarz Józef Plichta, ziewając bez żenady i od czasu do czasu rozmawiając sam ze sobą głośno:
— Zawsze się spóźnić muszą... żeby na bal, to nie mówię, ale na karty, kawalerskie karty! Nawet jednego wieczoru w tygodniu niemożna zabić spokojnie. Safanduły!
— Nie irytuj się Józiu, przecież my zwykle na ciebie czekamy. To fenomen, że dziś pierwszy przyszedłeś.
— To nie fenomen, lecz dobry omen, że wygram, kto wczas wstaje, temu Pan Bóg daje, a kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi.
— A o której wstałeś dzisiaj?
— O dziesiątej.
— To niezbyt wcześnie.
— Słońce wschodzi teraz o ósmej, wstałem więc w dwie godziny po wschodzie; gdyby to było lato, to znaczyłoby tyle, jakbym wstał o szóstej — zdaje się, że to dość wcześnie.
— Odkryłeś nowy sposób wczesnego wstawania zapomocą teoryi. Pociesz się, słychać dzwonek, ktoś zatem przychodzi.
— Nareszcie. Dawaj karty. Dobry wieczór Tadeuszu!
— Jak się macie, jak się macie, odparł ruchliwy gość, znany nam już mecenas Broński, wysmukły brunecik z podkręconym wąsem i małemi baczkami. Milion nowin przynoszę!
— No, wypaplaj, wypaplaj je zaraz, bo przy kartach nie będzie czasu.
— Zaraz, zaraz. Cichosiu, dasz mi w poniedziałek odroczenie w sprawie Goldberg contra Kropiński, nie miałem czasu zrobić obrony, bo tańczyłem.
— Co ci po odroczeniu, i tak sprawę przegrasz.
— Ale sprawa się trochę odwlecze. Biednego Kropińskiego szarpią żydy na wszystkie strony, a pieniędzy brak! Teraz karnawał, Furda może się ożenić, to potem spłaci długi.
— Mówią, że od Andzi dostał już kosza?
— Prawda, prawda, właśnie to chciałem wam powiedzieć — ale właśnie dlatego potrzebuje odroczenia procesu, nim nową jaką partyę wynajdzie!
— No, dam ci brevi manu odroczenie na trzy dni.
— Bój się Boga! trzy dni! cóż to znaczy? teraz karnawał, choćbym chciał, nie potrafię przygotować obrony!
— Dam czternaście dni.
— Nie targuj się, daj trzydzieści.
Cichocki machnął ręką przyzwalająco, a konsyliarz Plichta podniósł ręce do góry i zawołał z patetyczną zgrozą:
— O! wy handlarze sprawiedliwości! celnicy! matacze!
— Co się ty tam znasz na prawie, przerwał mu Broński, my się nie mieszamy do twej medycyny jak ludzi trujesz. Słuchaj lepiej nowin: Malski już, już prawie po słowie z panną Błocką.
— Skąd wiesz?
— W ostatnich dniach widziano go codziennie u Błockich —
— To tylko poszlak, nie dowód.
— Dziś przyszedł do niego z Wiednia bukiet. Rozumiesz, bukiet z Wiednia. Czy myślisz, że może dla swojej przyjemności sprowadził bukiet z Wiednia? hę?
— A posłał go Błockiej?
— Jeszcze nie wiem, jutro się dowiem. Słuchajcie, jeszcze jedna nowina.
W tej chwili wszedł uczony Kolski, a konsyliarz zatarł ręce z zadowoleniem, mówiąc:
— Teraz możemy zacząć partyjkę, jest nas czterech — siadajcie do stolika.
Kolski wycierał powoli zapotniałe szkła złotego cwikera, przeglądał je do światła, znowu przecierał chustką, a w ciągu tej operacyi prawił powoli:
— Dobry wieczór. Krzyże mię bolą, tak się wysiedziałem przy pracy, ale upaliłem dziś dziewięć arkuszy papieru!
— Biedny papier, wtrącił Cichocki.
— Przeszedłem pokrótce handel fenicki i kartagiński, a doszedłem już do egipskiego.
— Siadajże profesorze. Tadzio podaje nam właśnie najświeższe telegramy na własnym drucie o bieżących wypadkach towarzyskich.
— Nie przeszkadzam, owszem, słucham! My naukowo pracujący potrzebujemy czasem rozrywki —
— Słuchając plotek i bajek —
— E!... zaraz przymówki! Pozwólcie lepiej opowiadać Tadziowi.
— Zatem słuchajcie, zawołał Broński niecierpliwy. Na sobotni piknik odkrył Ramski jakąś pannę ze Lwowa nadzwyczajnie piękną i ze stu tysiącami posagu! Słyszycie? piękną i ze stu tysiącami!
— Pewnie brzydka, tylko tysiące dodają jej uroku?
— Nie, Ramski klnie się na wszystko, że pierwszorzędna piękność. Poznał ją w lecie w Zakopanem.
— Jak się nazywa? Musielibyśmy ją znać, jeżeli tak piękna, bo znaliśmy w Zakopanem wszystkie piękności? zapytał Plichta.
— Tego nie wiem! pytałem Ramskiego, ale nie dosłyszałem odpowiedzi, bo fiaker zaturkotał — tyle dosłyszałem, że jej na imię Aniela, czy Adela.
— Co? Adela? Czy to nie panna Marzyńska? zapytał Cichocki Plichty.
— Wysoka brunetka, długie włosy, długie rzęsy, tak mi ją Ramski opisał, objaśnił Broński.
— Rysopis się zgadza, ale nie wiemy nic o tem, aby była teraz tu w Krakowie...
— Jest, jest, wtrącił się do rozmowy powolny Kolski. Przyjechali z nią Armanowie.
— Co? jest w Krakowie? zerwał się gwałtownie Plichta. I ty wiedząc o tem zaraz nam nie mówisz?!
— Ale wiem od wczoraj jeszcze, widziałem Armana w Bibliotece Jagiellońskiej i dysputowałem z nim ze dwie godziny o metodzie ba —
— On wie o tem od wczoraj i nic nie mówi! krzyknął Plichta patrząc ze zdumieniem na towarzyszy, jakby ich wzywał za świadków jakiego strasznego czynu. Bodajeś Władku zwietrzał jak niezakorkowane wino!
Broński gwizdnął przeciągle, spojrzał badawczo na Plichtę, a potem zwrócił się do Cichockiego i zapytał wskazując palcem Plichtę: Nareszcie znalazł ideał?
— On — i ideał!! co za pomysł!
— Długo tu będą? spytał Plichta Kolskiego. Widziałeś je? mów!
— Widziałem. Byłem dzisiaj u nich z wizytą — mieszkają w Saskim Hotelu — Arman cieszył się niezmiernie, że nas zobaczy, wyraził się pochwalnie o mojem dziele »o wekslach jarmarcznych«, potem mówiliśmy o jarmarkach —
— Pal sześć wszystkie jarmarki, mów coś o pannie Adeli!
— Wygląda bardzo dobrze, taksamo jak w Zakopanem. Pani Armanowa podobnież. Dopytywały się o was, o Spisowicza, przypominały nasze wycieczki w Tatrach...
— I naprawdę taka ładna? przerwał ciekawy Broński.
— Baardzo, baardzo ładna!
— A jakże z tymi tysiącami? Znacie ją dawniej, musicie wiedzieć?
— E! machnął ręką Plichta. Skądby... ale trącił go Cichocki i dokończył:
— Jeżeli nie sto tysięcy, to ma coś koło tego... a cicho do Plichty dodał: nie psuj jej opinii!
— Ho! ho! a to Plichta wyszukał sobie coś dobrego! zawołał Broński.
— Posądzasz go?
— Oczywiście, nie widzisz, jaki zaniepokojony!
— Będzie nowa bajka, odrzekł śmiejąc się Plichta — ale to mi nic nie szkodzi. Dość, że panna Adela będzie królową, i zrobi niemałą konkurencyą tutejszym pannom. Cóż ty Tadziu na to? będziesz się koło niej kręcił? co?
— A nie będziesz zazdrosny o to?
— Nie krępuj się moją osobą. Ale panny Kropińskie będą o nią zazdrosne. Mama cię lubi...
— Dajże pokój!...
— Mógłbyś się zlitować nad jedną z panien Kropińskich. Tyle lat to tańczy i tańczy — i napróżno!
— Zanadto dobrze zna ich finanse, przerwał Cichocki, żeby to głupstwo zrobił. Jest przecież syndykiem brata. Trzy córy!...
— Trzy? zaśmiał się Broński. Ha! ha!
— Co? może jeszcze więcej?!
— Nie mogę zdradzać tajemnic klientów.
— Ale mają podobno bezdzietnego wujaszka w sperandzie?
— Ba! a jak umrze bez testamentu, lub zapisze komu innemu, albo ad piam causam?
— Masz racyą, to na nic. Niech za życia coś zrobi, i to sądownie lub notaryalnie.
— Widzisz więc, że nie możesz z czystem sumieniem zalecić mi panny Furdównej. Zobaczymy inne na pikniku! Będziecie na pikniku? co?
— Oczywiście, oczywiście, potwierdził Plichta. Idziemy, zabiorę nawet Spisowicza, potem zagramy partyjkę przy muzyce.
— Tylko partyjka cię wabi? zapytał podejrzliwie Broński. A piękna nieznajoma?
— Jest dobrą naszą znajomą, przedstawimy cię Tadziu, a pamiętaj puścić język w ruch, żeby się nie nudziła.
— Zadziwiasz mię Józiu! Nigdy nie chodzisz na zabawy, a teraz nagle zmieniasz zasady i przyznajesz jeszcze, że robisz to dla kobiety?...
— Dziw się zatem, rzekł konsyliarz uroczyście, ale siadaj tymczasem do kart. Zaprawdę powiadam ci, że możesz oczekiwać wielkich wypadków! Oj Kolski! Czemu jeszcze wczoraj nie powiedziałeś nam o ich przyjeździe?!
— Ależ będą tu dwa tygodnie, będziecie mieli czas zobaczyć się z nimi. Ja także będę nieraz u Armana, mam z nim pomówić jeszcze o piśmie klinowem w zabytkach assyryjskich...
— A niech cię licho weźmie z twoją assyryjską powolnością! Tu idzie o wielkie rzeczy! Dawaj karty, uczony molu!
Broński patrzył ciekawie na ożywionego konsyliarza i myślał w duchu: oho! Sto tysięcy znalazły już amatora! Zobaczymy cię bratku na pikniku, to się reszty dowiemy...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Bąkowski.