Przebudzenie. Do wynajęcia/Część II/Rozdział IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor John Galsworthy
Tytuł Przebudzenie. Do wynajęcia
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1930
Druk Karol Prochaska
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. To Let
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX
OLIWA DO OGNIA

Przybywszy do domu, Fleur znalazła w nim atmosferę tak osobliwą, że wniknęła ona nawet w zamąconą strefę jej własnych spraw życiowych. Matka przebywała wciąż w niedostępnych okopach marzenia, ojciec zaś w altanie obrosłej winem dumał nad losami tego świata. Ani ona ani on nie rzucili, nawet psu, najmniejszego słówka.
— Czy to z mego powodu? — myślała Fleur. — A może to poszło o Profonda?
Spytała najpierw matkę:
— Co to się stało tatusiowi?
Matka odpowiedziała wzruszeniem ramion.
Potem zwróciła się Fleur i do ojca:
— Co się stało mamie?
Ojciec odpowiedział:
— Co się stało? Cóżby się stało? — i obrzucił ją bystrem spojrzeniem.
— Mówiąc nawiasem — mruknęła Fleur — Monsieur Profond wybrał się w „małą“ podróż jachtem, kędyś na morze południowe.
Soames jął przyglądać się gałązce, na której jako żywo nie było winogron.
— To wino kiepsko się jakoś rozwija — odezwał się.
— Był tu młody Mont. Pytał mnie o rzecz jedną, dotyczącą ciebie.
— Och! jak ci się on podoba, tatku?
— On... on jest wytworem... jak wszyscy ci młodzi ludzie dzisiejsi.
— A jakiżeś ty był w tym wieku, ojczulku?
Soames uśmiechnął się ponuro.
— Myśmy pracowali, a nie myśleliśmy wciąż jeno o zabawie... o lataniu, jeździe rowerem i miłostkach.
— Czyś ty nigdy nie wdawał się w intrygi miłosne?
To mówiąc, starała się nie patrzeć na niego, jednakże widziała go w dostatecznej mierze. Twarz jego blada poczerwieniała, a brwi, w których ciemny odcień zmieszał się już z siwizną, ściągnęły się mocno.
— Nie miałem czasu ani ochoty na zalecanki.
— Może miałeś jakąś wielką namiętność...
Soames przyjrzał się jej uważnie.
— Tak... jeżeli chcesz wiedzieć... i była mi ona wielkiem szczęściem.
Ruszył dalej, posuwając się koło rur z ciepłą wodą. Fleur cicho, na palcach, poszła za nim.
— Opowiedz mi o tem, ojczulku!
Soames okrył się maską wielkiego spokoju.
— I cóżbyś chciała, w swoim wieku, dowiedzieć się o tych sprawach?
— Czy ona żyje?
Skinął głową.
— I zamężna?
— Tak.
— Czy to aby nie matka Jona Forsyta? I ona była dawniej twoją żoną...
Słowa te wypowiedziane zostały w błysku intuicji. Jego obronne stanowisko pochodziło zapewne z obawy, by Fleur nie wiedziała o tej zadawnionej ranie, drażniącej jego dumę. Jednakże zdumiała się i przeraziła — widząc i słysząc, że ktoś tak spokojny i sędziwy, jak jej ojciec, wzdryga się jakby rażony ciosem, a w głosie jego przebija się nuta dotkliwego bólu!
— Kto ci to powiedział? Jeżeli ciotka...! Nie mogę na to pozwolić, by plotkowano o tem zdarzeniu.
— Ależ, ojczulku — ozwała się Fleur łagodnie — przecież to takie dawne czasy!
— Dawne czy niedawne, ale ja...
Fleur zaczęła gładzić go po ramieniu.
— Starałem się zapomnieć — wybuchnął nagle — nie życzę sobie, by mi to przypominano.
A następnie, jakgdyby dając upust jakiemuś długiemu i utajonemu rozdrażnieniu, dodał:
— W dzisiejszych czasach ludzie nie rozumieją tego. Tak jest, naprawdę wielka namiętność! Nikt tego odczuć nie umie.
— Ja umiem — oz wała się Fleur prawie szeptem.
Soames, który wpierw odwrócony był do niej plecami, teraz zwrócił się w jej stronę.
— Co też mówisz? Takie dziecko jak ty!
— Możem i ja ją odziedziczyła, ojczulku.
— Co?
— I to... widzisz... względem jej syna...
Soames pobladł jak ściana, a Fleur wiedziała, że sama też nie wygląda lepiej. Stali, wpatrując się wzajemnie w siebie, wśród nadpływających fal gorąca, woniejących surowym zapachem ziemi, geranjum w doniczkach, i winorośli plączących się silnie z sobą.
— To warjactwo! — rzekł nakoniec Soames przez zęby.
Nie poruszając się prawie, mruknęła:
— Nie gniewaj się, ojczulku. Nie mogę na to nic poradzić.
Jednakże nie widać było po nim, by się gniewał; był tylko raniony, raniony głęboko.
— Myślałem — wyjąkał — że ta błazenada poszła już całkowicie w niepamięć.
— O nie! spotęgowała się dziesięciokrotnie!
Soames uderzył nogą w rurę kaloryferu. Ten bezradny ruch wzruszył Fleur, która nie miała żadnej — najmniejszej nawet — obawy przed ojcem.
— Tatusieńku! — przemówiła. — Sam wiesz, że jak co być musi, to już musi!
— Musi! — powtórzył Soames. — Sama nie wiesz, co mówisz. Czy ten chłopak też dowiedział się o wszystkiem?
Krew uderzyła jej do policzków.
— Jeszcze nie.
Odwrócił się znów od niej i przekrzywiwszy nieco jedno ramię, stał wpatrując się uporczywie w przegięcie rury.
— Zgoła mi się to nie podoba — rzekł nagle. — Nie może być dla mnie nic przykrzejszego. Syn tego draba! To... to... przewrotność!
Zauważyła — niemal podświadomie — że nie powiedział „syn tej kobiety“; i znów intuicja zaczęła w niej swą robotę.
Czy duch owej wielkiej namiętności przyczaił się gdzieś w jakimś zakątku jego serca?
Wsunęła rękę pod ramię ojca.
— Ojciec Jona jest już zupełnie stary i schorowany. Widziałam go.
— Ty...?
— Tak, byłam tam razem z Jonem. Widziałam ich oboje.
— No, i cóż oni na to?
— Nic. Byli bardzo uprzejmi.
— Tak, oni są tacy...
Rozpoczął znów przyglądać się zgięciu kaloryfera, poczem nagle odezwał się.
— Muszę to przemyśleć... Pomówię z tobą jeszcze wieczorem.
Zrozumiała, że na tem kończy się ich rozmowa, więc wymknęła się cicho, pozostawiając ojca wciąż jeszcze zajętego oglądaniem kaloryfera. Weszła do ogrodu, między krzaki malin i porzeczek, nie miała jednakże chęci do jedzenia. Dwa miesiące temu — jakże lekko było jej na sercu! A nawet dwa dni temu — zanim Prosper Profond powiedział jej o wszystkiem. Teraz czuła się uwikłaną w sieci — namiętności, przybranych praw, przygnębień i buntowniczych odruchów — w pęta miłości i nienawiści. W tym mrocznym momencie bez — otuchy wydało się jej, pomimo całej wrodzonej tężyzny i wytrzymałości ducha, że niema sposobu ocalenia. Jakże to rozwikłać — jak uzależnić od swej woli bieg wypadków i osiągnąć cel serdecznych pożądań?
I naraz, na rogu wysokiego żywopłotu bukszpanowego, natknęła się na matkę, idącą szybkim krokiem i trzymającą jakiś list w ręku. Jej piersi podnosiły się w ciężkim oddechu, oczy były szeroko rozwarte, na policzkach wystąpiły rumieńce.
— Aha! Ten „mały“ jacht!... Biedna matka! — przyszło Fleur do głowy.
Anetka spojrzała na nią przerażonym wzrokiem i rzekła:
J’ai la migraine.
— Jestem bardzo zmartwiona, mamo.
— O tak! Ty... i twój ojciec... umiecie się martwić!
— Ależ, mateczko... naprawdę jestem zmartwiona. Wiem, jakie to uczucie.
Anetka ze zdumienia szerzej jeszcze otwarła oczy, aż białka zabłysły nad tęczówkami.
— Biedne niewiniątko! — powiedziała.
Jej matka — wykazująca zazwyczaj tyle opanowania i trzeźwego rozsądku — przemawiała i patrzyła na nią w ten sposób! To było niepokojące! Ojciec, matka — i ona sama!... A przecie dwa miesiące temu zdawało się, iż wszystkim trojgu nie brak nic do szczęścia.
Anetka zmięła w ręce list. Fleur wiedziała, że powinna udać, jakoby tego nie zauważyła.
— Czy mogę coś ci poradzić na ten ból głowy, mamusiu?
Anetka potrząsnęła ową zbolałą głową i odeszła, kołysząc się w biodrach.
— To okropność — myślała Fleur — a ja się cieszyłam! Och! ten człowiek! I pocóż to ludzie wkradają się w cudze gniazda, zakłócając ich spokój i harmonję? Zdaje mi się, że on już się nią znudził. I cóż go do tego przywiodło, że się znudził moją matką? Cóż go przywiodło?
Na tę myśl, tak naturalną i tak osobliwą zarazem, roześmiała się krótko, spazmatycznie. Powinna była, oczywiście, być uradowaną, ale z czego tu się radować? Ojciec zgoła się tem nie przejmował!... A może matka się przejmowała?
Weszła do sadu i usiadła pod drzewem czereśni. W górnych konarach szeleścił wiatr; niebo, widziane poprzez szczeliny listowia, było mocno błękitne i zawleczone białemi obłokami, jakie tworzą niemal nieodłączną akcesorję nadrzecznego krajobrazu. Pszczoły chroniąc się od wiatru, pobrzękiwały cicho, a na bujną trawę padał cień głęboki z drzew owocowych zasadzonych przez ojca Fleur przed dwudziestoma pięciu laty. Ptaki prawie pocichły, kukułki przerwały swą śpiewkę, tylko synogarlice ożywały się jeszcze gruchaniem. Szelest liści, pobrzęk pszczół i owo gruchanie nie nadługo były ukojeniem jej rozdąsanych nerwów. Przycupnąwszy — z łokciami wspartemi na kolanach — poczęła snuć plany. Należało przywieść ojca do tego, by wspierał ją w jej działaniu. Czyż mógł mieć jakieś skrupuły, gdy szło o jej szczęście? Przez dziewiętnaście niemal lat swego życia mogła aż nadto się upewnić, że jedyną rzeczą, o którą naprawdę ojciec się troszczył, było jej szczęście, jej przyszłość. Powinna więc jedynie przekonać go, że przyszłość jej nie może być szczęśliwa bez Jona. On uważał to za niemądry kaprys. Jakże niemądrzy są ludzie starsi, sądząc, że umieją określić stan uczuć ludzi młodszych od siebie! Czyż on się nie przyznał sam do tego, że w latach młodszych żywił miłość namiętną? Powinien tedy był zrozumieć!...
— On gromadzi dla mnie pieniądze — myślała — ale co mi z tego, gdy nie będę szczęśliwa?
Pieniądze — i wszystko co za nie kupić można — nie przynoszą szczęścia. Szczęściem darzy jedynie miłość. Wolookie stokrotki, które ogródkowi nadawały niekiedy wygląd taki rozmarzony, rosły dziko i szczęśliwie — i miały w swem życiu radosne chwile.
— Nie powinni byli nazywać mnie Fleur — rozmyślała — jeżeli nie chcą mi dać takich chwil rozkwitu i nie pozwalają, bym była w te chwile szczęśliwa.
Wszak nie było przeszkód istotnych, takich jak nędza lub choroba — jedynie tylko jakiś sentyment, upiór nieszczęsnej przeszłości! Jon miał rację. Ci starzy ludzie nie uznają niczyich praw do życia! Robią omyłki, dopuszczają się zbrodni — i chcą, żeby dzieci wypłacały dług przeszłości!
Wiatr przycichł; komary poczęły gryźć dotkliwie. Fleur wstała, uszczknęła gałązkę wiciokrzewu i weszła do domu.
Wieczór był parny, tak iż Fleur i jej matka musiały włożyć cienkie, blade sukienki. Kwiaty na stole przy kolacji też były blade. Jakaś powszechna bladość uderzyła Fleur. Blada była twarz jej ojca, ramiona jej matki; blade były boazerje ścian, przybladł szary welwetowy kilimek, cień lampy, a nawet i zupa przybrała odcień jakiś bladawy. W całym pokoju nie było ani jednej plamki kolorowej. Nie było nawet wina w bladych szklankach — bo nikt go nie pił. Co nie było blade, miało barwę czarną — a więc ubranie ojca, odzież służącej, piesek spoczywający ociężale na parapecie okna; zczerniały nawet kremowe desenie na firankach. Przez okno wleciała ćma — i ona też była blada. I cisza jakaś nieledwie żałobna towarzyszyła całej wieczerzy, wśród tego gorąca.
Gdy Fleur chciała po kolacji wyjść za matką, ojciec przywołał ją do siebie.
Usiadła koło niego przy stole i odpiąwszy bladą gałązkę wiciokrzewu, przytknęła ją do nosa.
— Myślałem o tem... — przemówił.
— Tak, kochany?
— Jest mi niewymownie przykro omawiać tę sprawę, ale na to niema rady. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, czem jesteś dla mnie... Nie mówiłem nigdy o tem... uważałem to za rzecz zbyteczną... ale... ale ty jesteś mi wszystkiem. Twoja matka... — tu zatrzymał się, wpatrując się w szklaną wenecką czarkę do obmywania rąk po obiedzie.
— Tak?
— Ty jesteś mą jedyną pociechą... skarbem mych oczu. Nigdy nie miałem... nie pragnąłem nigdy niczego, odkąd tyś na świat przyszła.
— Wiem o tem — bąknęła Fleur.
Soames zwilżył wargi.
— Może myślisz, że w tej sprawie mogę pójść ci na rękę i pomóc ci w czemkolwiek. Mylisz się bardzo. Jestem... jestem bezradny.
Fleur nie odzywała się.
— Abstrahując już od moich własnych uczuć — mówił dalej Soames tonem bardziej już stanowczym — musisz wiedzieć, że tamci dwoje nie odpowiadają za żadne z moich przyrzeczeń. Oni... oni mnie nienawidzą, jak nienawidzi się tego, kogo się skrzywdziło.
— Ale on... Jon...
— On jest ich ciałem i krwią, ich jedynem dzieckiem. Prawdopodobnie on jest dla niej tem, czem ty dla mnie. Z tem już kwita.
— Nie! — zawołała Fleur. — Nie, ojczulku!
Soames oparł się o tylną poręcz krzesła, tworząc obraz bladej cierpliwości, jakgdyby zdecydował się nie okazywać po sobie najmniejszego wzruszenia.
— Słuchaj! — rzekł. — Ty chcesz przeciwstawić uczucia dwóch miesięcy... tak, dwóch miesięcy... uczuciom żywionym przez trzydzieści pięć lat! I cóż zamierzasz przez to osiągnąć? Dwa miesiące... pierwszą miłostkę, parę spotkań, kilka przechadzek i pogawędek, dwa lub trzy całusy... to stawiasz przeciw... przeciw wszystkiemu, czego nie możesz sobie wyobrazić... czego nie wyobrazi sobie nikt, kto tego nie przeżył. Bądźże rozsądna, Fleur! To tylko takie sezonowe durzenie sobie głowy... nic więcej!
Fleur potargała gałązkę wiciokrzewu w drobne, niekształtne strzępy.
— Durzeniem sobie głowy jest właśnie pozwalanie na to, by przeszłość stawała się nam zawadą. Cóż nas może obchodzić przeszłość?... Teraz idzie o nasze życie, nie o wasze.
Soames podniósł rękę do czoła, na które nagłe wystąpił pot perlisty.
— Czyjem jesteś dzieckiem? — ozwał się. — A czyjem on? Przeszłość wiąże się z teraźniejszością, a przyszłość z jedną i drugą. Od tego nie można się uwolnić.
Fleur nigdy wpierw nic słyszała sentencyj filozoficznych z ust ojca. Słowa powyższe nawet w obecnem podnieceniu uczyniły na niej silne wrażenie. Oparła łokcie na stole, podtrzymując dłońmi podbródek.
— Ależ, ojczulku, zastanów się nad tem trzeźwo. My chcemy się pobrać. Pieniędzy mamy dość i nic nie stoi na przeszkodzie prócz sentymentu. Przeszłość należy pogrzebać, tatusiu.
Odpowiedzią na to było westchnienie.
— Zresztą — dodała Fleur łagodnie — ty chyba nie będziesz stawiał nam przeszkód.
— Gdyby to ode mnie zależało — odpowiedział Soames — przypuszczam, iż nie starałbym się wam przeszkadzać. Jednakże nie ja mam prawo stanowienia w tej sprawie. Chciałbym ci to wytłumaczyć, póki nie jest jeszcze zapóźno. Jeżeli nadal będziesz mniemała, że tą drogą coś uzyskasz i jeżeli będziesz podsycała to uczucie, wówczas tem cięższy będzie cios, gdy się przekonasz, że to wszystko daremne.
— Ach! — krzyknęła Fleur. — Pomóż mi, tatusiu. Sam wiesz przecie, że ty jedynie możesz mi pomóc.
Soames w przerażeniu wykonał gest odmowny.
— Ja? — odparł z goryczą. — Pomóc?... Jestem przecie przeszkodą... głównym powodem i przeszkodą... czy nie tak prawią wieści? Ty masz moją krew w żyłach.
To mówiąc, powstał z krzesła.
— Tak jest... oliwa dolana do ognia. Jeżeli będziesz trwała w uporze, to winę później przypiszesz samej sobie. No, no! nie bądźże nierozsądna, moje dziecię... moje jedyne dziecię!...
Fleur oparła czoło o jego ramię.
Taki w niej wrzał zamęt uczuć i myśli — jednakże nie należało okazywać go po sobie. Nie, nie, pod żadnym warunkiem!
Oderwała się od ojca i wyszła w szarzyznę zmroku — silnie wzburzona, lecz nie przekonana. Wszystko w niej było jakieś nieuchwytne i niezdecydowane, niby kształty i cienie rozsypane po ogrodzie. Silnie rysowała się tylko rzecz jedna — chęć posiadania, osiągnięcia tego, co zamierzyła.
Jakaś topola ostrym kończarem wrzynała się w ciemno-błękitne niebo, godząc w jakąś jasno świecącą gwiazdę. Bosa przemoczyła buciki Fleur i dreszczem zimnym musnęła jej odsłonięte ramiona. Goś pociągnęło Fleur nad brzeg rzeki — stanęła tam, przyglądając się smudze księżycowej na mroczniejącej toni. Nagle poczuła zapach dymu tytoniowego, a z wody wyłoniła s;ę biała postać, jakby wyczarowana przez księżyc. Był to młody Mont w flanelowym kostjumie, stojący na dnie swej łodzi. Posłyszała lekkie syczenie papierosa, rzuconego w wodę.
— Panno Fleur — ozwał się głos — proszę nie znęcać się nad nieszczęsnym. Czekam tu od wielu godzin.
— Na co?
— Proszę wejść do mej lodzi.
— Nie mam ochoty.
— A czemu nie?
— Nie jestem wodnicą-rusałką.
— Czy pani nie ma w sobie ani źdźbła romantyczności? Proszę nie być do cna nowoczesną, panno Fleur!
Ukazał się na ścieżce o jaki sążeń od swej rozmówczyni.
— Proszę się oddalić!
— Fleur, ja cię kocham... Fleur!
Fleur zaśmiała się.
— Niech pan wróci — rzekła — gdy nie spełni się moje pragnienie...
— A co jest pani pragnieniem?
— Niech pan spyta kogo innego.
— Fleur — ozwał się Mont, a głos jego brzmiał jakoś dziwnie; — nie szydź ze mnie! Nawet psy, przeznaczone do wiwisekcji, zasługują na przyzwoite traktowanie, zanim się im zada cios stanowczy.
Fleur potrząsnęła głową, a wargi jej drżały.
— No, nie powinien mnie pan napawać strachem. Proszę dać mi papierosa!
Mont poczęstował ją papierosem, sam też wziął jednego i zapalił oba.
— Nie chcę mówić andronów — odezwał się — ale proszę sobie wyobrazić wszystkie androny, jakie kiedykolwiek wygadywali ludzie zakochani, dodawszy do tego garść moich własnych andronów.
— Dziękuję panu, tak sobie to właśnie wyobrażałam. Dobranoc!
Stali przez chwilę naprzeciwko siebie w cieniu akacji, której kwiecie prześwietlał równie biały blask księżyca, a dym papierosów kłębił się pomiędzy nimi w powietrzu.
— Czy nie można po imieniu: „Michale Mont?“ — zapytał.
Fleur raptownie zwróciła się w stronę domu. Na łące zatrzymała się, by spojrzeć poza siebie. Michał Mont wymachiwał rękoma — widziała, jak wywijał niemi nad głową, a następnie powiewał chustką pośród kwiecia akacjowego, oblanego księżycem. W tej chwili dobiegło do niej jego wołanie:
— Czarowna! czarowna!
Fleur wzdrygnęła się. Nie mogła mu przecie nic poradzić, miała dość własnych strapień i kłopotów.
Na werandzie znów zatrzymała się nagle. Matka siedziała przy swem biurku w salonie, zupełnie osamotniona. Wyraz jej twarzy nie miał w sobie nic godnego uwagi, prócz zupełnej zakamieniałości... jednakże wyglądała na osamotnioną, pozbawioną czyjegoś towarzystwa!
Fleur wyszła na górę. Przed drzwiami swego pokoju przystanęła na chwilę. Słychać było kroki ojca, przechadzającego się tam i zpowrotem po galerji obrazów.
— O, tak — pomyślała — czarująca! Ach, Jonie!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Galsworthy i tłumacza: Józef Birkenmajer.