Przy Morskiem Oku (Zachariasiewicz, 1894)/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Zacharyasiewicz
Tytuł Przy Morskiem Oku
Podtytuł Nowela
Pochodzenie Almanach Tatrzański, rocznik tatrzaństwa illustrowany 1894/95
Redaktor Jan Grzegorzewski
Wydawca J. Gażek
Data wyd. 1894
Druk Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IX.

Z pierwszym brzaskiem dnia zaczęły się gromadzić przed dworcem tatrzańskim grupy turystów i turystek polskich. Niektórzy z mężczyzn przywdziali strój góralski. Zawiesili na ramieniu serdak, a na drugim czuchę. Opierając się na zgrabnie rzeźbionej ciupadze, podawali ramię młodym towarzyszkom, przebranym także za góralki w jaskrawe kolory. Przeróżne inne więcej europejskie kostyumy urozmaicały pochód. Przewodnicy wysunęli się naprzód, inni zaś górale nieśli prowiant i cieplejsze odzienia turystów. Malowniczy rozwinął się łańcuch snujący się pod górę; zwijał się i wyginał na krętych ścieżkach, a często urywał się i znikał, aby znowu z po za szarej ściany skalistej na widok wystąpić. Wesołe śpiewy rozlegały się echem od brył skalistych i płynęły gdzieś w dal na omgloną u stóp dolinę. Kiedy niekiedy zatrzepotał skalny orzeł długiemi skrzydłami i pomknął w górę, a zbudzony w zacisznej norze świstak usiadł na dwie łapki i z trwogą wychylił głowę czy mu nie grozi niebezpieczeństwo. Pierwszy z nich wysunąwszy się na brzeg skały dawał hasło pozostałemu w tyle obozowi.
Pani Aneta w kostyumie angielskiej turystki, wsparta na długim kiju postępowała odważnie naprzód. Za nią po prawej stronie w szarej bluzce, w czerwonej góralskiej spódniczce szła Leonia w towarzystwie pana Władysława, który niósł na ręku jej szal hiszpański.
Pan Władysław wskazywał jej najpiękniejsze widoki, wymieniał nazwy miejscowości i objaśniał, jakie legendy i podania do nich się wiążą. Leonia słuchała go z pewną gorączką, mówiła o widokach Szwajcaryi, przekładając pierwsze nad ostatnie. Rozmowa pogłębiała się coraz, więcej, wchodziła nieraz w sferę uczuć, które przez oko budzą się w głębiach duszy.
Leonia zauważyła, że jej towarzysz tutaj często rozmowę przerywał, zwracając nagle do innego tematu. Na jego czole zawisła wtedy jakaś chmurka, a usta zaciskały się, jakby doznawał jakiegoś nieprzyjemnego uczucia.
Na polanach odpoczywano. Malowniczo grupowało się towarzystwo w około olbrzymich saganów kwaśnego mleka, które z szałasów usłużne góralki wynosiły. Butelki z winem i różne przekąski zaczęły krążyć. Nie brak było i przekąsek duchowych. Wesołe koncepta i dowcipy krążyły w całej drużynie. Czyste jak kryształ powietrze, aromaty ziół tatrzańskich i podrażniający ozon przyspieszały tętna, rozgrzewały krew i budziły jakieś życie dotąd nieznane.
Po kilku takich wypoczynkach z posiłkiem przy różnych stawach, zdążano już nad wieczorem do celu podróży.
Ujrzano Morskie Oko.
Okrzykiem powitano tę drogocenną perłę gór tatrzańskich, a ci, którzy po raz pierwszy tu przybyli, zatopili się w głębokiem milczeniu. Ciemno-modra szyba stawu zaludniła się teraz tem wszystkiem co o nim słyszeli. Widziano cienie śmiałych opryszków i cienie zaklętych rycerzy Bolesława.
Rozłożono ognie, aby na noc ciepły posiłek przygotować. Kosodrzewina pryskała, z doliny wynurzała się coraz większa ciemność i powoli sunęła się po skałach i przepaściach na góry. A na niebie wybłyskiwały gwiazdy jedna po drugiej, i powoli zasiał się niemi cały strop niebieski.
Pani Aneta rozłożona na kobiercu, zabawiała jakąś niemłodą towarzyszkę opowiadaniem o górach i morzach zagranicznych. Leonia siedziała opodal oparta o wystającą skałę i rozmawiała z panem Władysławem, który stał poniżej.
Wiele, bardzo wiele przez całą drogę rozmawiali ze sobą. Poruszyli wiele tematów, a we wszystkiem byli jakoś zgodni ze sobą.
Gdy na ognisko nowego paliwa dorzucono, buchnęły iskry wysoko i oświeciły twarz pana Władysława. Leonia spostrzegła na tej twarzy jakiś smutek niezwykły.
— Czy zgodzi się pan ze mną, zagadnęła patrząc w ognisko, że zbyt przyjemne uczucia napawają nas jakimś smutkiem, którego powodu ani celu odgadnąć nie możemy.
Pan Władysław spojrzał przed siebie i milczał chwilę.
— Nieświadomość tego co nam grozi, odrzekł niby do myśli swoich, zastępuje często jakieś niedobre przeczucie, ale smutek świadomy swego źródła wpija się w duszę głęboko i gorszy jest od najgorszych przeczuć.
— Pozwoli pan siebie zapytać, czy to co widzę na twarzy pana należy do pierwszego czy do drugiego?
Pan Władysław spojrzał ze wzruszeniem na Leonię.
— Jeżeli pani dojrzałaś jakiś cień smutku na mojej twarzy, to przyznaję się szczerze, że należy on do tego drugiego rodzaju.
— Czy winni temu ludzie?
— Uchowaj Boże — sam jestem winien.
— O cóż pan siebie oskarżasz?
— O coś czego w sobie niedostrzegłem.
— Czy można zapytać coś pan teraz dostrzegł?
— Widzę, że jestem ułomnym człowiekiem, może ułomniejszym od innych. Uczułem w sobie zawiść.
— Zawiść?
— Zawiść i zazdrość do tych, których nawet nie znam, a którzy są szczęśliwsi odemnie.
Nastąpiła pauza. Leonia patrzała w pryskające iskry, a pan Władysław usiłował wydobywaniem cygara i zapałek sprawić sobie jakieś zajęcie.
— Czy widzisz pani, zagadnął, jak te kłęby dymu w dziwne kształty wiją się i rozwijają... jak ta szklanna tafla Morskiego Oka połyskuje się w fantastycznych światłach, jakby przez pryzmat przepuszczonych... jak te skały, urwiska, które podania zaludniają...
— Mówiłeś pan o zawiści, przerwała Leonia, przyznaję się, że niespodziewałam się jej u pana odkryć.
— Ułomna ludzka natura — ale poznać ją znaczy, w połowie zwyciężyć.
— Czy takie zwycięztwa są łatwe?
— Zależy od tego jak nas los wychował. Kto w życiu musiał walczyć i zdobywać, ten ma siłę zwycięztwa.
— Czasami może i lepiej jest — nie zwyciężyć.
— Może przyjemniej, ale nigdy lepiej. Cezar, gdy stał nad Rubikonem z rylcem w ręku mógł wiele marzyć, myśleć i pisać, ale rzuciwszy go do wody przeszedł Rubikon.
Tutaj ozwały się głosy nawołujące do wieczerzy. Wszyscy ruszyli się z miejsc swoich i ugrupowali w około improwizowanej zastawy biesiadniczej.
Leonia siadła przy matce. Przez cały czas wieczerzy była zamyślona. Pan Władysław przyłączył się do innej grupy i z nią rozmawiał. Zdawał się nawet być wesołym.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Gdy nazajutrz pani Aneta do swego domku wróciła, zastała tam gościa spodziewanego.
Pan Alfred przyjechał. Przywiózł cukry i kwiaty i wiele innych łakoci. Był w złotym humorze, opowiadał o ciotce, która jeszcze nie umarła, a testament już zrobiła, mówił o jesiennych wyścigach konnych, które się w Wiedniu przygotowują, a na które najznakomitsi hipofile z całej Europy się zjadą. Proponował paniom, aby się tam z nim udały, gdyż to będzie widowisko jakich mało.
Leonia przyjęła narzeczonego uprzejmie, mówiła z nim o różnych potocznych rzeczach i o wrażeniach, jakie na niej sprawiły swojskie góry tatrzańskie. Na jej czole pojawiała się od czasu do czasu chmurka zamyślenia, osobliwie, gdy o wieczornej biesiadzie przy Morskiem Oku mówiła.
Po wieczornej herbacie zaczęła rozmowa urywać się coraz więcej, co znużeniu po podróży przypisywano. Pan Alfred pożegnał się do jutra.
Nazajutrz rano otrzymała pani Aneta list z Jaszczurowa. Zdziwiło ją, że adres nie był pisany ręką pani Doroty. Szybko rozdarła kopertę. Spojrzała na podpis. Pisał ksiądz proboszcz z Jaszczurowa. Z rosnącą ciekawością zaczęła odczytywać niewyraźne litery sędziwego proboszcza.
Proboszcz pisał, że pani Dorota została przed tygodniem dotknięta wielką niemocą. Jakkolwiek z tej niemocy przyszła do siebie, z obawy jednak, że taki atak może się powtórzyć, i być śmiertelnym, podyktowała testament mianując go egzekutorem. Dalej donosił proboszcz, że w tym testamencie mianuje sukcesorką swoją Leonię, ale pod tym warunkiem, jeżeli wyjdzie za mąż za tego, którego w kraju pozna i ukocha. Inaczej Jaszczurów staje się własnością przytułku dla dzieci moralnie zaniedbanych.
Gdy pani Aneta to wszystko odczytała, krzyknęła na Leonię.
— Patrz, zawołała cała czerwona ze złości, co ta waryatka zrobiła! Była całe życie waryatką i taką umrze!
Leonia podjęła list i zaczęła czytać. Niezwykła treść listu podrażniła ją widocznie. Czerwone pręgi wystąpiły na jej twarz, brwi podniosły się do góry.
Po niejakim czasie zaczęła się uspokajać.
— Jakże o tem panu Alfredowi powiedzieć, wołała pani Aneta, może wcale nic nie mówić, tylko ślub przyspieszyć?
— Przeciwnie, odpowiedziała Leonia, trzeba mu natychmiast o wszystkiem powiedzieć.
— Gotów się przestraszyć i odstąpić.
— Lepiej, że to zrobi prędzej niż później.
— Ja mu tego nie powiem.
— Ja się z nim rozmówię.
Nadszedł pan Alfred. Zaraz po przywitaniu, wyszła pani Aneta do swego pokoju a Leonia, wziąwszy list proboszcza do ręki, rzekła:
— Muszę na dzień dobry przywitać pana niedobrą nowiną. Niech pan przeczyta.
Pan Alfred wziął list i zaczął go czytać. Czoło jego marszczyło się, usta zacinały. Zbladł, a wyraz przykry przebiegł po tej bladej twarzy.
Po chwili zaczęła się ta twarz rozjaśniać i zwykły spokój a nawet i uśmiech zapanował na niej.
— To jest zabawka starej kobiety, zawołał, koncept pod wpływem proboszcza. Nic łatwiejszego jak taki testament zwalić, a raczej obejść, wyprawiwszy drugie demonstracyjne zaręczyny, jeżeli nie przy Morskiem Oku, to przynajmniej przy Jaszczurowie!
— Wszak urzędowe karty o zaręczynach posłałeś pan i do Jaszczurowa.
Pan Alfred syknął jak wąż.
— I ręczę, że zacny proboszcz, odparł ze złością, włożył tę kartę do testamentu!
— Panie Alfredzie, zaczęła Leonia z powagą, największem nieszczęściem u nas bywają owe rozczarowania poślubne co do majątku. Nie odwołując się do żadnych przyszłych procesów, oświadczam panu, że majątku żadnego nie mam, a znając stanowczość mojej ciotki i nieugiętość egzekutora jej testamentu uważam Jaszczurów dla mnie za stracony. Jeżeli pan taką biedną, jaką dziś jestem zechcesz poślubić, wezmę to za wielki dowód przywiązania ze strony pana, i wyznaje naprzód, że potrafię być na mniejszem oszczędną gospodynią.
Pan Alfred zaczął się niepokoić na krześle. Próbował coś odpowiedzieć, ale słowa mu się nie kleiły.
— Widzisz pani, mówił zwolna, materyalnej pozycyi nie trzeba nigdy lekceważyć... Ciotka moja może żyć w nieskończoność... mój majątek, jak każdy inny, nie jest bez ciężarów.. a ciężary te wyrastają nieraz po nad nasze siły... w takim razie...
— W takim razie zechcesz pan zapewnie odebrać swój pierścionek.
Szybko zdjęła pierścionek i położyła mu tuż przy ręce, którą na stole trzymał.
Pan Alfred machinalnie wziął pierścionek i zaczął się nim bawić.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W kilka dni potem siedziała pani Aneta przy herbacie mocno podrażniona. Leonia z ożywioną twarzą podawała filiżankę gościowi, którym był pan Władysław.
— Ależ to fałszywe koty, tygrysy nie ludzie! wołała pani Aneta, wioskę przed dwoma miesiącami sprzedał komisyi kolonizacyjnej — ciotki żadnej nie miał w Paryżu — podły świat cały, bezwstydna nikczemność na każdym kroku... Jutro odjeżdżamy do Jaszczurowa!
Pan Władysław nierozumiał dobrze tych wykrzykników podrażnionej matrony. Byłby chętnie świat cały i ludzkość wziął w obronę przed atakiem pani Anety, gdyby Leonia zagadkowym uśmiechem nie była go oderwała od tego.
— Jutro odjedziemy do Jaszczurowa, wołała dalej zacietrzewiona pani Aneta, a pan, panie profesorze, pojedziesz z nami. Moja siostra zaniemogła ciężko, a nawet już o testamencie coś nam donoszą. Wypada, abyś pan przyjaciółkę matki swojej odwiedził.
Pan Władysław spojrzał na Leonię i znowu spotkał się z jej uśmiechem nieodgadnionym..

∗                    ∗

Cóż więcej pisać? Łaskawe czytelniczki już się reszty domyśliły. Ale o jednej rzeczy jeszcze nie wiedzą.
Gdy pan Władysław po drugiej czy trzeciej wizycie w Jaszczurowie, przy swojej narzeczonej siedział, a ona z kwiatka szczęście mu wróżyła, ozwała się pani Dorota:
— Wróżcie sobie co wam się podoba, ale ja powiadam, że o prędkim ślubie ani mowy, od litery mego testamentu ani na włos nie odstąpię. Przy Morskiem Oku zawiązała się miłość wasza... a właśnie o ten klejnot naszych gór tatrzańskich toczy się spór, że ono do naszej ziemi nie należy. Mam nadzieję, że przeciwnik nam go nie wydrze, ale dopóki ten spór się nieskończy i Morskie Oko w nasze posiadanie nam nie będzie oddane, poty o ślubie ani myśleć. Twoim jest obowiązkiem mości profesorze, szermierzyć słowem i czynem o tę perłę gór naszych, aby się nie stała obcą ziemią, o jakiej w testamencie jest mowa.
Dotąd para narzeczona żyje w nadziei. Autor mniema, że ich nadzieja spełni się.

Zakopane, Luty 1894. W Zakładzie dra Chramca.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Chryzostom Zachariasiewicz.