Przygody na okręcie „Chancellor“/XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Przygody na okręcie „Chancellor“
Podtytuł Notatki podróżnego J. R. Kazallon
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1909
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Ilustrator Édouard Riou
Tytuł orygin. Le Chancellor: Journal du passager J.-R. Kazallon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XII.

Dnia 23 i 24 października. Robert Kurtis zawiadomił o wszystkiem kapitana Huntly, jako swojego zwierzchnika, jeżeli nie de facto to chociaż de jure, nie miał więc prawa ukrywać przed nim właściwego stanu rzeczy.
Kapitan, wysłuchawszy, nie powiedział ani słowa, następnie potarł ręką czoło, jakby chcąc odegnać natrętną myśl i powrócił spokojnie do kajuty, nie wydawszy żadnych rozkazów.
Robert Kurtis, Walter, Falsten i ja zeszliśmy się na naradę i doprawdy byłem zdziwiony spokojem umysłu każdego z nas.
Rozbieramy wszystkie szanse ocalenia, wreszcie Robert Kurtis tak określa położenie rzeczy:
— Pożaru wstrzymać nie można, na przedzie okrętu upał jest nie do zniesienia. Lada chwila więc natężenie ognia wzrośnie do tego stopnia, że płomienie wybuchną na zewnątrz.
Jeżeli przed tą katastrofą stan morza pozwoli, spuścimy łodzie i opuścimy okręt. W przeciwnym razie, jeżeli nie będzie możliwem opuszczenie »Chancellora«, zostaniemy, broniąc się do ostatniej chwili.
Być może, że łatwiej opanujemy pożar, jeżeli wydostanie się na wierzch. Wolę walczyć z widzialnym, aniżeli z ukrytym nieprzyjacielem!
— Takie jest i moje zdanie — najspokojniej odzywa się inżynier.
— I moje także — dodałem. — Ale panie Kurtis proszę nie zapominać o 30 funtach pikratu, grożących nam w każdej chwili wybuchem.
— Nie, panie Kazallon, to jest rzecz uboczna, z którą niema się co liczyć. Zresztą co tu na to poradzić. Czy można wejść w środek ognia i wynieść pudło? Nie! Pocóż więc łamać nad tem głowę! Zanim dokończę tego zdania pikrat może wybuchnąć! Nieprawdaż? Albo ogień dojdzie do pudła, albo nie dojdzie.
— Okoliczność więc, o której pan wspominasz, dla mnie żadnego nie posiada znaczenia. Jest to rzecz Pana Boga, ale nie moja, strzedz nas od tej ostatecznej zagłady...
Robert Kurtis wyrzekł poważnie te słowa; my zaś skłoniliśmy głowy nic nie odpowiadając. Trzeba zapomnieć o tej drobnostce, bo stan morza nie pozwala myśleć o odpłynięciu.
— Wybuch nie jest konieczny, powiedziałby jakiś formalista, jest tylko możliwy — dodał inżynier z najzimniejszą krwią w świecie.
— Bądź pan tak łaskaw panie Falsten odpowiedzieć nam na jedno pytanie. — Czy pikrat potasu może zapalić się i bez uderzenia?...
— Bezwątpienia — odrzekł inżynier. — W zwyczajnych warunkach pikrat nie jest zapalniejszym od zwyczajnego prochu, ale właśnie tak samo zapalnym. Ergo... — Falsten rzekł »ergo« jak na katedrze przy wykładzie chemii.
Zeszliśmy na pokład. Wychodząc z pod wystawy Kurtis rzekł, biorąc mnie za rękę z wielkiem wzruszeniem, z którem dotąd ukrywał się.
— Panie Kazallon, ten »Chancellor«, to wszystko co kocham na świecie, widzieć go tak rzuconym na pastwę ognia i nie módz nic zrobić!
— Panie Kurtis to wzruszenie...
— Już przeszło! Pan tylko jeden wiesz ile cierpię, ale nie trzeba poddawać się boleści ani na chwilę.
— Nasze położenie? Czyż pan go nie znasz, panie Kazallon, jesteśmy przykuci do miny z zapalonym lontem. Chodzi o to tylko, czy lont ten jest dłuższy czy krótszy!
Powiedziawszy to, odszedł ode mnie.
W każdym razie załoga i pasażerowie nie wiedzą o pogorszeniu naszego losu.
Odkąd pożar przestał być tajemnicą, pan Kear zajął się gromadzeniem najdroższych swoich rzeczy, nie zajmując się wcale żoną.
Wydawszy rozkaz porucznikowi, ażeby natychmiast kazał ugasić ogień i złożywszy nań całą odpowiedzialność za wszelkie złe następstwa, oddalił się do kajuty na tyle okrętu, nie wychodząc więcej na pokład.
Pani Kear jęczy ciągle i doprawdy ta biedna kobieta, pomimo całej śmieszności wzbudza litość.
Panna Herbey rozciągnęła nad nią najserdeczniejszą opiekę, postępując ciągle z największem poświęceniem.
Uwielbiam tę zacną dziewczynę, dla której obowiązek jest wszystkiem.
Nazajutrz 23 października kapitan Huntly wezwał Kurtisa do kajuty, gdzie odbyła się pomiędzy nimi rozmowa, którą następnie Kurtis mi powtórzył.
— Panie Kurtis — zaczął kapitan, którego błędne oczy dostatecznie malowały chorobliwy stan umysłu — powiedz mi pan, czy ja jestem marynarzem?
— Tak, panie.
— Więc wystaw pan sobie, że zupełnie zapomniałem swojego fachu... nie wiem co się ze miną zrobiło, ale nic nie pamiętam, nic nie wiem... Czy od wyjazdu z Charlestonu dążymy ciągle ku północo-wschodowi?
— Nie, kapitanie, stosownie do twojego rozkazu popłynęliśmy na południo-wschód.
— A jednak ładunek mamy odstawić do Liwerpolu.
— Naturalnie.
— Więc ten... panie Kurtis, jak się nazywa okręt.
— »Chancellor«.
— Prawda! »Chancellor!« gdzież się teraz znajduje?
— Na południku zwrotnika.
— W takim razie panie Kurtis, nie podejmuję się wcale doprowadzić go napowrót na północ. Nie... nie mogę... Życzę sobie nie opuszczać kajuty. Widok morza przykrość mi sprawia.
— Kapitanie, mam nadzieję, że starania...
— Tak, tak, zobaczymy. Tymczasem zaś chcę panu wydać rozkaz, ostatni jaki pan odbierzesz ode mnie.
— Słucham pana kapitana.
— Od tej chwili zrzekam się jakiegokolwiek znaczenia na pokładzie, obejmij pan dowództwo okrętu. Przeciwności złamały mnie, czuję, że nie mogę się im dłużej opierać. Tracę głowę. Ach! panie Kurtis jak ja cierpię! — dodał biedny Silas, ściskając czoło obiema rękami.
Porucznik uważnie popatrzył na swojego dawnego komendanta i odpowiedział krótko:
— Dobrze, kapitanie.
Wróciwszy na pokład, zawiadomił mnie, co się stało.
— Tak — rzekłem — ten biedny człowiek ma silnie zaatakowany mózg, jeżeli nie jest waryatem zupełnym; lepiej więc, że złożył dobrowolnie dowództwo.
— W ciężkich warunkach obejmuję po nim komendę, ale cóż robić, trzeba spełnić obowiązek.
W chwilę potem Kurtis polecił przechodzącemu majtkowi, ażeby zawołał bosmana, który też natychmiast się zjawił.
— Bosmanie — rzekł Robert — każ załodze, ażeby zebrała się u stóp wielkiego masztu.
W kilka chwil potem stało się zadość rozkazowi i ludzie szybko się zeszli.
Wtedy Robert Kurtis, wszedłszy pomiędzy nich, rzekł spokojnie:
— Chłopcy, z powodów mnie wiadomych kapitan Huntly uznał za stosowne zdać na mnie dowództwo okrętu. Od tej chwili ja wydaję rozkazy na statku.
W ten sposób odbyła się zmiana, która pociągnie za sobą korzystne następstwa. Mamy na czele człowieka energicznego i pewnego, który dla dobra ogółu nie cofnie się przed niczem. Panowie Letourneur i Falsten wraz ze mną złożyli powinszowania nowemu kapitanowi, do czego przyłączyli się także porucznik i bosman.
Kierunek okrętu pozostawiono ten sam, i Robert Kurtis, rozpuściwszy wszystkie żagle pędzi ku Antyllom, szukając ocalenia w ucieczce.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy.