Róża i Blanka/Część druga/XXXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Róża i Blanka
Podtytuł Powieść
Data wyd. 1896
Druk S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La mendiante de Saint-Sulpice
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXII.

Powiedzieliśmy już, że Gilbert Rollin po rozstaniu się z Duplatem udał się do podziemia, gdzie od trzech dni zajmował z żoną piwnicę na piętrze niższem, gdy tymczasem inni lokatorowie tegoż domu mieszkali na miejscu.
W mieszkaniu zastał Henrykę wprawdzie żyjącą, lecz nieprzytomną, i leżącą w tak mocnem odrętwieniu, iż przestraszył się o jej życie.
Nachylił się nad nią i ujął jej dłonie.
Były rozpalone, co dowodziło, że gorączka nie ustąpiła.
Gilbert nalał nafty do lampki, poczem wyszedł na korytarz, stanął przy uchylonych drzwiach, wychodzących na ulicę i nasłuchując, wyczekiwał powrotu swego wspólnika.
Z rozlegających się na ulicy nierównych i pośpiesznych kroków domyślał się ucieczki powstańców, następnie rozróżnił miarowy regularny krok wojsk wersalskich.
Od czasu do czasu rozległ się w powietrzu pojedynczy strzał.
Czas uchodził, zimny pot występował na skronie Gilberta.
Serwacy Duplat nie przybywał.
Może nie przyjdzie?
Może nie udało mu się?
Może padł w drodze od kuli wersalczyków lub komunistów?
Słyszał zapytania brutalne i drżące odpowiedzi Zatrzymywanych na ulicy ludzi.
— Stój!
— Dokąd idziesz o tej porze?
— Co robisz tutaj?
— Ruszaj!
— Do posterunku!
— Do muru!
I następnie strzały, krzyki i odgłos na bruk padających ciał...
Rozpoczynał się odwet! To znowu następowała cisza, przerywana dochodzącemi zdala wystrzałami karabinowemi, lub armatniemi.
Wkońcu nastąpił spokój zupełny.
Zwycięzcy i zwyciężeni oddalili się.
Nagle Gilbert drgnął.
Jakiś człowiek szedł po błocie i zatrzymał się przed drzwiami.
Gilbert wychylił głowę i spostrzegł swego wspólnika z kołyską w rękach.
— Czekam — rzekł — idź pan po cichu, aby nie usłyszeli nas lokatorzy.
Zamknął drzwi, oświetlił schody latarką i poprowadził Duplata do swego mieszkania w piwnicy.
Henryka, nic nie widząc i nie słysząc, leżała jak w letargu.
— Uf! — rzekł kapitan komuny, stawiając kołyskę na podłodze i ocierając pot z czoła. — Dziwię się, że wyszedłem cały... Mogę się pochwalić, żem zapracował.
Gilbert nachylił się nad kołyską, odkrył prześcieradło i spostrzegłszy spoczywające obok siebie dwie główki z przymkniętemu oczami, zawołał zdziwiony:
— Dwoje!
— To być nie może! — odrzekł Duplat.
— Patrz pan!
Z kolei łotr nachylił się nad kołyską.
— Ach! do kroćset piorunów! — zawołał — prawda!
— Dwie dziewczynki — rzekł Gilbert po chwili. — Co robić?
— Potrzeba wziąć obie.
— Zwaryowałeś pan!
— Cóż panu szkodzi zachować je? Zbytek dobrego nie zawadzi.
— Mogłoby to skłonić hrabiego d’Areynes do zmiany testamentu. Musiałby podzielić majątek. Zresztą zdaje mi się, że to skomplikowałoby interes na moją szkodę. Nie mogę wziąć obu! Potrzeba znaleźć jaki sposób...
— Jest bardzo łatwy...
— Jaki?
— Zaniosę dziecko do merostwa, powiem, że z narażeniem własnego życia uniosłem je z płonącego domu, zmyślę jaką historyjkę, za którą mogą mi przyznać nagrodę Monthyona; słowem, bądź pan spokojny, urządzę się tak, że nikt nie domyśli się prawdy.
— Jesteś pan pewnym?
— Najpewniejszym, tembardziej, że dom, w którym mieszkałem, spalił się.
— Cóż się stało z Janiną Rivat?
— Nie przemówi. Widziałem ją zakrwawioną na łóżku... Odłamek granatu trafił ją w głowę.
— Nie żyła już?
— Chociażby i żyła, to w tej chwili pozostał z niej już tylko popiół, jak również i z matki Weroniki, która w kałuży krwi leżała na podłodze. Dzięki właśnie tej okoliczności udało mi się tak łatwo zabrać dzieci. Żadna z tych kobiet nie upomni się...
— Więc nikt nie wie o tem porwaniu?
— Rzecz prosta, że nikt. Tylko my dwaj wiemy.
— W takim razie śmiało możesz pan to dziecko podać za córkę Janiny Rivat.
— Za nic w świecie! — energicznie odparł Duplat.
— Dlaczego.
— Bo mógłbym się załapać. Zaraz zrozumiesz pan. Kancelarye urodzeń i zgonów były ciągłe czynne w merostwie jedenastem, być może więc, że Weronika złożyła już deklaracyę o przyjściu na świat tych dzieci. Przypuściwszy nawet, że nie uczyniła tego, to przecież inne osoby muszą wiedzieć o rozwiązaniu Janiny Rivat. Gdybym zadeklarował tylko jedno dziecko mogliby zapytać mnie, co uczyniłem z drugiem... Ponieważ dom spalił się, mogą więc przypuszczać, że dzieci wraz z matką zginęły w płomieniach. Czy mam słuszność?
— Rzeczywiście, — odrzekł Gilbiert. — Cóż pan z jednem z nich będziesz robił do jutra?
— Już ci nie dam mu piersi, bo ich nie mam; ale delikatnie napoję wodą z cukrem, aby przeżyło dopóki nie nakarmi je mamka, wyznaczona przez Towarzystwo dobroczynności.
— Dalej, nie możesz pan pozostawać dłużej w piwnicy.
— I ja tak uważam.
— Dokąd więc pójdziesz?
— Do pańskiego mieszkania na piętro.
— Dobrze — odrzekł Gilbert — zaraz pójdziemy razem, lecz pierwej musisz pan pomódz mi ukryć zmarłe dziecko mej żony.
— Chętnie; wykopiemy jamę w tej piwnicy, pochowamy je i żywa dusza nie będzie wiedziała. Czy masz pan szpadel, lub jakie inne narzędzie?
— Mam tylko siekierkę do łupania drzewa.
— Wystarczy... Daj pan ją. Tymczasem przyrządź trochę cieplej wody z cukrem, aby była gotowa gdy dziecko przebudzi się.
— Czy jesteś pan pewnym, że żona pańska nie słyszy nas?
— Jestem o to spokojnym; w każdym razie staraj się robić jak najmniej hałasu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.