Refleksye (Voltaire)/Kosmogonia

<<< Dane tekstu >>>
Autor Voltaire
Tytuł Kosmogonia
Pochodzenie Refleksye
Wydawca Księgarnia Polska Bernarda Połonieckiego
Data wyd. 1911
Druk Drukarnia „Wieku Nowego“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Grzegorz Glass
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


„Kosmogonia“.

Platon śnił a przed nim i po nim śniliśmy wszyscy. Platon śnił o dwójjedności płci i o tem, że podział na samca i samicę nastąpił, jako owoc kary za błędy ludzkie.
Platon śnił i śniąc udowodnił niezbicie, że istnieje tylko pięć światów skończonych — a to z tej zabawnej racyi, że i matematyka zna tylko pięć ciał skończonych.
Platon śnił o Rzeczypospolitej i śnił, że sen pochodzi z czuwania, czuwanie ze snu i że człowiek, postrzegający eklipsę nie w basenie wody, lecz inaczej, traci wzrok.
I sny zyskały mu sławę. A oto sen Platona równie ciekawy jak tamte.
Śni Platon, że twórca Demiurgos zaludniając globami nieskończoną pustkę przestrzeni, chciał wypróbować umiejętność obecnych tworzeniu duchów. Dał więc każdemu kawał materyi do okrzesania, a uczynił to tak, jak Fidyasz i Zeuksis, gdy powierzali kować posągi i malować obrazy uczniom swoim, jeżeli wolno rzeczy wielkie równać z małemi.
Przy tym podziale robót, Duch Demogorgon otrzymał w lenno: kształtowanie Ziemi.
I gdy się stało, w wysokiej dumie i radości twórczej uwierzył, że dał dzieło rzetelnej potęgi i blasku, przeto wolne od zawiści, krytyki i godne pochwały spółtowarzyszy.
Jakże był homerycznie zdumiony, gdy spotkało go od wszech stron — szyderstwo!
— W istocie — rzekł jeden z złośliwszych duchów — wiekopomna to praca! Zwłaszcza podoba mi się pomysł rozdwojenia tej spłaszczonej piłki i pomysł drugi — przerwania komunikacyi pomiędzy dwiema półkulami za pomocą masy wód. Nie wadzi również, że na biegunach ktoś zdechnie od mrozu i że pod równikiem ktoś się w słońcu usmaży. To drobiazg, jak np. ogromne, nieprzebyte piaski, kędy podróżni jeżeli nie umrą z głodu, to uschną z pragnienia.
Wzamian serdecznie gratuluję panu innych wynalazków np. wołu, krowy i kury, a jeszcze szczerzej — wężów i pająków. Dziękuję za jarzyny, ale ideę zachwaszczenia powierzchni zielskiem jadowitem uważam za szczęśliwą w tem tylko przypuszczeniu, że pan już z góry skazał na śmierć wszystkich mieszkańców tego kołowrotka — czy bąka — czy Ziemi.
Dalej, zda się, że pan dał coś — z trzydzieści gatunków małpy i więcej jeszcze psiej natury, zaś tylko cztery czy pięć odmian t. zw. „człowieka“. Słyszałem, słyszałem, że dał pan temu bydlęciu — „rozum“. Rozum! Haha! Coś równie śmiesznego mogło tylko przyjść do głowy takiemu, jak pan... Pan wybaczy... Nie pan jest śmieszny jeno twór pana. I nie twór pana jest śmieszy, ale ten jego „rozum“ — „rozum“! Wino w baranie miechy! I róża do owcą tchnącego kożuszka!
Zresztą — niech się pan nie gniewa — każdej chwili gotów jestem odwołać słowa swoje. Dlaczego? Pan mnie pyta: dlaczego? A chociażby dlatego, mistrzu, że pan sam nie przywiązuje wielkiej wagi do tej małpy — przepraszam — dwunożnej małpy, skoro otoczyłeś ją całą chmarą widzialnych i niewidzialnych wrogów, nie dając jej równocześnie pancernych środków obrony. Już nie mówię, o zgubnych chorobach, zgubnych namiętnościach, szałach, żywiołach...
Od tej wszystkiej nawały ma się, oczywiście, bronić... Czem? Ślepotą instynktu i łutem rozsądku! Pan to nazywa „rozsądkiem?“ Poznać mistrza po dziele.
Zaiste, w szczęśliwej, natchnionej chwili począł pan w sobie te potwory! Harmonia w każdym calu!
Ale rozumiem pana. Temu biedactwu, tej kalekiej mizeryi zakreślił pan jakiś jeden dzień życia i chciałbyś ich czem rychlej wytracić? Celowość przedewszystkiem. I jestem przeświadczony, że kierowani rozumem, rozsądkiem i głupotą, sami uproszczą panu zadanie, wymordowując się wzajem, by się stało zadość woli przeznaczenia. Bo cóż może być obrzydliwszego jak czuć się „tylko człowiekiem?“.
Demogorgon spłonął gniewem, słysząc tak bezczelne prawdy. Co gorsza — przyznawał im pod każdym względem słuszność. Mimo to utrzymywał dalej, że stworzył więcej dobrego, niż złego.
Wreszcie zdobył się na odpowiedź.
— Krytyka — rzekł powściągliwie — jest rzeczą Tersytów, bijanych w słowie i czynie. Na grobach dokonanego faktu lada głupiec wygłosi mowę pogrzebową. Ale czy pan sądzi, że tak łatwo stworzyć pożyteczne bydlę, które byłoby zawsze rozumne, zawsze wolne i nigdy nie nadużywało wolności? I czy pan istotnie wierzy, że gdy się ma z ziemi wydłubać dziesiątki tysięcy gatunków roślin, można się ustrzedz chwastów i zielsk?
Wszystko chce żyć — proszę kolegi — wszystko chce żyć (nie wyłączając pana)...
Z odrobiną wściekłej materyi, którą miałem w swojem ręku, musiałem postępować nader oszczędnie. To zrozumie każdy krawiec. Stąd morza, stąd — łyse puszcze — trochę z konieczności, trochę ku urozmaiceniu panoramy i dla odpoczynku.
Pan rozumie co to jest rytm, wytchnienie, cień w malarstwie, płaszczyzna w rzeźbie?
Widzi mi się, że jest pan mocny tylko w pysku. Ale obaczymy, panie błaźnie, jak to pan będziesz sobie poczynał z planetą Marsa? Ujrzymy wtedy pańskie efekty bezksiężycowych nocy i małpozwierzę tej planety wolne od szału, moru, powietrza i rozumu!
Tak rzekł. I prorocze były jego słowa. Gdy przyszła kolej na Marsa, komisya rzeczoznawców odsądziła drwinkarza od czci i wiary. Te same losy spotkały budowniczych Saturna, Jowisza, Merkurego, Wenery, innych światów. Wszystkim nie szczędzono najostrzejszych wyrazów krytyki, pogardy, śmiechu.
Zaprzeczono im wielkości, talentu, mocy, natchnienia.
Na ten temat poczęły się wkrótce ukazywać księgi poważne, księgi lekkie, satyry, piosenki, pamflety, epigramaty sięgające szczytów tworzenia.
Ale wielki Demiurgos nakazał skłóconej czerni milczenie:
— Daliście — rzekł — pełną miarę dobra i zła, jako duchy niedoskonałe. Dlatego dzieła rąk waszych trwać będą nie więcej, jak kilkaset milionów lat — poczem, nabrawszy w pędzie rozumu, dacie rzeczy godniejsze. Do mnie jednego należy tajemnica skończoności i nieśmiertelnego bytu.
Tak Platon opowiadał uczniom swoim. Gdy mówić przestał, jeden z nich rzekł:
— A teraz, mistrzu, zbudź się!
Platon śnił dalej, a przed nim i po nim śniliśmy wszyscy.

(Songe de Platon).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Grzegorz Glass.