Rodzina de Presles/Tom III/XIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Rodzina de Presles
Data wyd. 1884-1885
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Amours de province
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIX.
DRAMAT RODZINNY.

Osoby, któreśmy spotkali na drodze tulońskiej zebrane już były w zamkowym salonie.
Był tam prokurator królewski, sędzia wydelegowany przez prezesa trybunału pierwszej instancyi, pisarz tegoż sądu, lekarz również należący do składu komisyi i nakoniec Marceli de Labardès i Raul.
Trzeba tu zanotować jeszcze prócz tego obecność Gontrana i Dyanny.
Osoby te tworzyły trzy grupy zupełnie odrębne.
Pierwsza ż tych grup składała się z prokuratora, sędziego i wicehrabiego de Presles, który opowiadał coś urzędnikom z szczególniejszem ożywieniem i cytował liczne fakta, mogące wedle niego poprzeć jego podanie.
O kilka kroków od nich Marceli de Labardès, omawiał z doktorem półgłosem tę tak ważną kwestyę z medycyny sądowej z powodu licznych wypadków, w których swoboda, a czasami nawet życie człowieka zależały od skonstatowania przez sąd poczytalności lub obłędu czyjegoś.
Raul de Simeuse i pisarz stanowili audytoryum tych dwóch rozmawiających.
Nakoniec w zagłębieniu okna siedziała ukryta na wpół draperyą firanek Dyanna, przybita bólem i wstydem tak, jak gdyby rzeczywiście była winną, a nie ofiarą.
Pragnęłaby módz się ukryć przed wzrokiem wszystkich i z nieopisanem też drżeniem wchodziła do salonu. Ale nieprzeparte pragnienie, możemy powiedzieć, silniejsza nad jej wolę potrzeba znajdowania się podczas sceny, która rozegrać się miała, być świadkiem badania ojca, przemogła wszelkie wahanie....
W chwili kiedy lokaj wicehrabiego przyszedł powtórzyć słowa generała, silne zdziwienie, niepokój poniekąd odbiły się w twarzy wicehrabiego, ale trwały tylko mgnienie oka.
Natychmiast uspokoił się, powiedziawszy sobie, że Blanka była przy panu Presles i bezwątpienia to ona kazała dać tę odpowiedź.
Jednakowoż, opuszczając na chwilę swych interlokutorów, podszedł do zagłębienia okna, w którem ukrywała się Dyanna i spytał jej:
— Jak dawno widziałaś ojca?
— Przed kilku minutami zaledwie, — wymówiła z cicha pani Herbet.
— Czy żadna zmiana nie zaszła w jego stanie?...
— Żadna... niestety!.. żadna.... Pozostawiłam go w bibliotece, pogrążonego w tym ciężkim śnie, z którego budzi się czasami ciało jego, ale który bezustannie cięży na jego duszy...
— Dla czego go opuściłaś?...
— Alboż mogłam pozostać?...
— Któż ci bronił?...
— Blanka....
— Co ty mówisz!...
— Mówię ci, że córka moja mię wygnała!... i w boleści mojej jestem dumną tem oburzeniem kochanego, szlachetnego dziecka. Przyjęłam jej pogardę, przyjęłam męczarnie, powtarzając sobie, że cierpię dla niej... dla niej, dla tego anioła opiekuńczego starca, którego ty chcesz zbeszcześcić i odrzeć, a którego i ja wraz z tobą pozornie odzieram!...
— Z radością widzę, że twoja filozofia równą jest twej macierzyńskiej czułości... Ale przedewszystkiem pamiętaj o tem, moja siostro, że za chwilę przyjdzie ojciec i że stan umysłowy, w którym się znajduje, jest stanem jego zwykłym....
— Czyż żądać będziesz mego świadectwa? — spytała Dyanna z przerażeniem.
— To rzecz konieczna.... Zresztą stwierdzisz tylko fakta przytoczone w twojem imieniu we wspólnem naszem podaniu....
— Gontranie... Gontranie... ja nie będę mogła nigdy....
Czoło wicehrabiego zmarszczyło się.
— Czyż nie będziesz już miała litości? — mówiła dalej nieszczęśliwa kobieta. — Mówię ci, że w obecności ojca zabraknie mi siły i odwagi....
— Strzeż się moja siostro! — wyszeptał Gontran głosem przyciszonym i pełnym groźby. — Jeśli się! cofniesz w chwili stanowczej, jeśli zdradzisz twego sprzymierzeńca, przysięgam ci, że odkryję prokuratorowi tajemnicę, którą ty chciałabyś ukryć przed nim za każdą cenę... tajemnicę urodzenia Blanki i zbrodnię podstawienia dziecka, popełnioną przez ojca... Oskarżasz mnie, że niemam litości.. Prawo byłoby bezlitośniejszem odemnie.
Nieczekając na odpowiedź pani Herbert, wicehrabia odstąpił od okna.
Zaledwie zrobił kilka kroków, by się napowrót zbliżyć do urzędników, drzwi się otwarły i generał, wsparty na ramieniu Blanki, wszedł do salonu.
Na widok jego żadna z osób obecnych nie mogła ustrzedz się przed pierwszem wrażeniem głębokiego zdziwienia.
Każdy spodziewał się, że zobaczy pana Presles wlokącego się z trudnością krokiem niepewnym i chwiejnym, przygarbionego, z wzrokiem zagasłym, w ubraniu bezładnem, wymawiającego słowa bez związku, jakie przychodzą na usta dzieci lub starców, dla których powraca wiek dzieciństwa.
Natomiast przed nimi stał stary szlachcic przybrany z tą poważną elegancją, tak odpowiednią jego wiekowi i wysokiej pozycyi, nie zdradzający w chodzie ani słabości, ani chwiejności, głowę niósł wysoko, wzrok miał spokojny a pewny i zdało się, że zaledwie dotyka ramienia pięknej i uśmiechnionej Antigony przybranej w różową sukienkę, która szła obok niego.
— Szatan chyba staje przeciw mnie! — pomyślał Gontran. — Ojciec ma widocznie jedną ze swych chwil jasnych! Jeśli przypadek nieprzyjdzie mi w pomoc, wszystko zgubione!..
— Niech będą Bogu dzięki! — mówił sobie Raul, — moja ukochana Blanka może i ocali ojca.
Dyanna osłupiała ze zdumienia, nie mogła wierzyć własnym oczom.
— Albo jestem igraszką snu... — szeptała, — albo też Bóg cud zesłał....
Hrabia de Presles zatrzymał się na chwilę w progu salonu, ogarniając szybkiem spojrzeniem każdego zebranych z osobna.
Równocześnie z tem spojrzeniem Marceli de Labardès i Raul otrzymali uśmiech życzliwy.
Następnie starzec skierował się ku prokuratorowi królewskiemu.
— Panie, — rzekł mu, — szczęśliwy jestem, że cię przyjmuję w mym domu.... Poraz to pierwszy przestępujesz pan próg jego... a przecież jesteśmy wzajem dla siebie bardzo dawni znajomi.... Kiedy poraz pierwszy miałem przyjemność zetknąć się z panem, byłeś jeszcze bardzo młodym człowiekiem a ja byłem już starcem.... Sięga to do 1830 roku.
— Jak to, panie hrabio, — zawołał prokurator z zadziwieniem, — pan sobie przypominasz?...
— A panie, kiedy się dochodzi do mego wieku, kiedy się dochodzi do ostatnich granic długiego istnienia niesposób sobie nieprzypominać... nie żyje się już chwilą obecną... żyje się przeszłością.... Niemal zawsze starcy lubią opowiadać... chętnie powtarzają, często aż do znudzenia o czasach, w których zajmowali miejsce w ruchu czynnego życia... Trzeba mieć dla nich wyrozumienie.... Te powieści o ubiegłych czasach, nieznośne gadulstwo dla tych, którzy ich słuchają, przenoszą ich w piękne minione lata.... Nie odbierajcie tej ostatniej radości starcom... słuchajcie ich cierpliwie i nie drwijcie z nich.... Te usta, które tak was męczą, śmierć i tak zamknie niezadługo...
Prokurator, sędzia i lekarz zamienili z sobą spojrzenie znaczące.
Oczy Blanki i Raula spotkały się, błyszczała w nich nadzieja.
Dyannie zabrakło oddechu.
Niepokój Gontrana przemienił się w prawdziwą męczarnię.
General przysunął sobie krzesło i usiadł, zapraszając swych gości, aby zajęli również miejsce.
Prokurator przedstawił panu de Presles sędziego trubunału pierwszej instancyi i doktora.
— Szczęśliwy jestem, że za pośrednictwem pańskiem poznaję tych panów, — odpowiedział starzec, i spodziewam się, że teraz, kiedy znają już drogę do mego domu, nie zechcą o nim zapominać....
Potem, po chwili milczenia, jak gdyby zupełnie nie znał powodu przybycia urzędników, zapytał:
— Śmiem panów zapytać, czy w waszej obecności w zamku należy mi upatrywać dowodu ujmującej grzeczności lub czy też mam przypisywać waszą milą wizytę jakiemuś powodowi nieznanemu mi jeszcze?...
Mimo ważności swego zadania znalazł się prokurator w tak wielkim kłopocie, usłyszawszy to pytanie, e spuścił oczy, zarumienił się lekko i milczał jakkolwiek generał zwrócił się wprost do niego.
Z niemniejszem zakłopotaniem, które się zdradzało jąkaniem, zabrał głos sędzia.
— Panie hrabio, — rzekł z mimowolnem wahaniem, — prezes trybunału pierwszej instancyi zlecił mi przesłuchanie pana, — nie śmiał użyć słowa badanie, — przesłuchanie pana co do faktów w tem podaniu, domagającem się ustanowienia kurateli dla pana....
Podczas gdy sędzia wymawiał z trudem te słowa, bladość generała wzmagała się widocznie.
Ale ten objaw zewnętrzny żywego wzruszenia trwał tylko kilka sekund i twarz starca przybrała zwykły swój koloryt.
— Podanie o kuratelę!... — powtórzył głosem bardzo wolnym i zupełnie spokojnym.
— Tak panie hrabio.
— Jakim to sposobem dzieje się, że przez pana i dziś dopiero dowiaduję się o akcie takiej doniosłości?... Jak się to dzieje, że nie uznano za właściwe uprzedzić mię pierwiej o tem?... Czy niema w tem pewnego braku względów, który mógłby mię zasmucać i obrażać, nie biorąc w rachubę tego, co samo już podanie mieści coś ohydnego i dotkliwego?...
Na ten raz odpowiedział prokurator:
— Panie hrabio, brak względności, na który się uskarżasz słusznie, należy przypisać wyłącznie samemu prawu a nie jego reprezentantom. Prawo przypuszcza, że osoby, dla których żąda się kurateli, nie posiadają władz umysłowych wpełni i że w skutek tego doręczanie im podania nie miałoby celu.... W żądaniach tego rodzaju na jedno tylko powinnaby sprawiedliwość zwrócić uwagę, to jest na zweryfikowanie poprzednie prawdziwości mniej lub więcej dokładnej powodów przytoczonych przez wnoszącego podanie....
— A w tym wypadku, kto wniósł podanie? — spytał pan de Presles z wyrazem wyniosłej dumy.
— Dwoje dzieci pańskich, panie hrabio.... wicehrabia Gontran de Presles i pani Jerzowa Herbert....
— A gdyby wam dowiedziono panowie, że dwoje dzieci moich skłamało z rozmysłem wobec sądu w interesie niewiem jakiego haniebnego rachunku, chciwości, jaka dosięgłaby ich kara?...
— Żadna, panie, żadna inna przynajmniej nad wyrzuty sumienia i glos publicznego oburzenia, któryby się przeciw nim podniósł....
— Pan zapominasz o innej, straszliwszej karze!...
— Jakiej, panie hrabio?
— Przekleństwie ojca....
Głęboka cisza zapanowała po tych słowach.
Wszyscy świadkowie tej sceny, zdało się skamienieli, wszyscy z wyjątkiem Gontrana, który czując się na wpół zwyciężonym, mimo to miał w spojrzeniu wyraz szyderczy i przyzywał na usta uśmiech cyniczny.
— A więc panowie, — podjął starzec, — skoro mój syn i córka domagają się wzięcia mię w kuratelę, to dla tego, że bezwątpienia znajdować się muszę w stanie zdziecinnienia, obłędu lub szaleństwa, przewidzianym przez prawo... Badajcież mię więc i orzeczcie wy, ponieważ los mój jest w waszych rękach. Ale naprzód zechciejcie mię powiadomić, jakiej to natury ma być ów obłęd, który mi zarzucają, a którego istnienia nie domyśliwałem się wcale....
— Panie hrabio, — odpowiedział sędzia, — wnoszący podanie twierdzą, że od kilku miesięcy zaszło u pana wielkie a szybko postępujące osłabienie władz umysłowych; dodają, że życie pańskie obecnie upływa w ciągłym stanie unicewstwienia umysłowego, które to zazwyczaj oznaczamy wyrażeniem zdziecinnienia.... Utrzymują nakoniec i podejmują się tego dowieść, że nawet w rzadkich chwilach przerw, które panu pozostawia stan, który nazwalibyśmy uśpieniem pańskich myśli, nieodzyskujesz pan całej pełni władz umysłu, że mianowicie pamięć pańska osłabła zupełnie, że nie zachowujesz pamięci zdarzeń dawnych lub świeżych, ważnych lub drobnych, w których brałeś udział, lub które dokonywały się wobec pana.
— Czy to wszystko, panie?...
— Tak, panie hrabio, wszystko....
— I podanie to podpisane jest przez mego syna i przez córkę?...
— Tak panie hrabio, przez oboje....
— Dobrze więc, odpowiem., odpowiem jak zrobił grecki filozof, nie pamiętam już któremu sofiście, który zaprzeczał ruchu.... Dość mu było chodzić i sofista zwyciężony uciekł pośród szyderskich okrzyków tłumu.
Starzec, jak się zdało, skupiał się przez chwilę; następnie ciągnął dalej tym samym głosem spokojnym i miarowym, pod dźwiękiem którego wszakże czuć było wzruszenie półwstrzymywanego gniewu:
— Zarzucają mi, że utraciłem pamięć... że nie zachowałem ani wspomnienia dnia wczorajszego, ni wspomnień z przed lat dwudziestu... a pierwszym, który mi to zarzuca, jest wicehrabia Gontran de Presles... jest syn mój....
»A więc, panowie, odpowiem mu, próbując mej pamięci i wywołując wobec was wspomnienia z mego życia, dotyczące jego.
Następnie zaś panowie rozstrzygniecie nim a mną....
Osądzicie czy ojciec szalony, czy syn nikczemny!...
— Jak to! panowie, — zawołał Gontran, zrywając się wzburzony, — mamże w waszej obecności słuchać słów podobnych?... Jakkolwiek mam wiele szacunku dla mego ojca, jakkolwiek głęboką litością przejmuje mnie stan jego obecny, niemniej przeto rani mnie w sposób niesłychanie bolesny, podobne znieważanie i poniżanie osobistej mej godności publicznie!...
— Milcz pan! — wymówił surowo prokurator, zwracając się do wicehrabiego. — Śledztwo, zawezwane przez pana, rozpoczyna się....
Potem obracając się do starca, którego nieubłagane spojrzenie chłostało Gontrana, dodał;
— Panie hrabio, ubolewam nad tą przerwą... Racz pan prowadzić rzecz swoją dalej, proszę....
— Słyszeliście panowie tego syna... — podjął generał, — słyszeliście go mówiącego o swem poszanowaniu hipokryckiem, o swem kłamanem uczuciu!... tego syna, najukochańsze dziecko, na wspomnienie samego imienia którego niegdyś żywiej mi biło ojcowskie serce!... tego syna, w którym złożyłem wszystką radość moją i wszystkie nadzieje!... Powiem wam czem był, powiem czem jest, wreszcie powiem czem będzie...
»I zobaczycie panowie, że pamięć moja, acz tak osłabiona, może jeszcze sięgnąć daleko w przeszłość i że dawno wspomnienia moje służą mi wiernie jeszcze...
»W wieku, w którym synowie, których nam Bóg zsyła, na niezmierzone nasze szczęście lub niezmierzoną naszą niedolę, zazwyczaj są jeszcze tylko dziećmi wesołemi, bez troski, Gontran był już mężczyzną, nie energią, charakterem lub rozumem, ale mężczyzną znajomością złego, mężczyzną występkami!...
»Rozpustnik, gracz, szalenie próżny, dostępny najpospolitszemu pochlebstwu, Gontran strawił swą młodość na hańbiących wybrykach, na stosunkach najniższego gatunku, których zdałoby się, że zajmowana przezeń pozycya, samo nazwisko, nosi, winne mu były wzbraniać....
»Jako człowiek dojrzały, wiódł dalej to bezcelowe, nieużyteczne i zdrożne, niezdolny do wszelkiego pożytecznego zajęcia, nieprzyjaciel wszystkiego, co uczciwe, bez wszelkiej innej ambicyi nad tę, by prześcignąć w występnych szaleństwach wszystkich swych nędznych towarzyszy....
»Przyszła śmierć matki, śmierć przedwczesna, którą, pewien tego jestem, przyspieszyły wciąż ponawiające się zmartwienia, których ten syn był powodem....
»Gontran stał się bogatym, ale majątek ten, którego źródło było tak szlachetne i czyste, roztopił się w jego rękach jak śnieg co spadnie na błoto, stał się łupem hordy bezdusznych pasożytów, bandy próżniaków bez serca....
»Wszystko to działo się w Paryżu, bo zaledwie Gontran objął w posiadanie spadłe nań dziedzictwo, oddalił się coprędzej uciekając z rodzicielskiego domu ba sil jak z miejsc przeklętych....
»Skoro został zrujnowany, powrócił... boć trzeba było żyć!
»Gontran mimo wszystko, był synem moim, nosił moje nazwisko, przyjąłem go, a jeślim nie obchodził przymusowego powrotu marnotrawnego syna uroczyście, nie posłyszał przynajmniej nigdy z ust moich żadnej wymówki.... Bo i cóżby pomogły wymówki?... Nikt nie uleczy zgangrenowanego członka.... To też nie miałem żadnych złudzeń co do nieszczęśliwego mego dziecka... wiedziałem czem był i co był wart... Dość wam powiedzieć panowie, że już nie miałem, nadziei....
»Od chwili swego powrotu, był i co był wart... Gontran rozpoczął życie gorsze jeszcze od swej przeszłości; nie zadawalniał się pieniężnemi zasiłkami, które pobłażliwość moja wydzielała mu co miesiąc... rzucił się na oślep w długi, w te hańbiące długi, dla których niema usprawiedliwienia, a które równają się oszustwu....
»Rumieniłem się ze wstydu i obrzydzenia... ale był moim synem, ale nazywał się wicehrabią de Presles... więc płaciłem jeszcze... i płaciłem bez końca....
»Nakoniec pewnego dnia znudziło mnie już to, pewnego dnia odmówiłem wspólnictwa w tem niep rządnem życiu, wspólnictwa mimowolnego, w które gnała mnie dotychczasowa moja słabość....
»Tego dnia, wicehrabia Presles powiedział sobie, że dla zapełnienia bezdennej tej przepaści, potrzebnym mu jest cały mój majątek. Tego dnia uznał, że żyję za długo już i cofając się może przed morderstwem mego ciała, obmyślił morderstwo mego ducha....
»Tego dnia po raz pierwszy wicehrabia Gontran de Presles pomyślał, że prawo daje mu w rękę broń straszliwą, która się zwie kuratelą....
»Nazajutrz, panowie, otrzymaliście podanie, które was tu dziś sprowadza....«
Nastąpiła krótka chwila ciszy po tych słowach pana de Presles.
Gontran już miał podnieść się z krzesła; już otwierał usta, by odpowiedzieć.
Ale giest nakazujący prokuratora zmusił go, że usiadł napowrót i zamilkł.
— Cierpliwości! — powiedział sobie w niemym, bezsilnym swym gniewnie, — cierpliwości!... przyjdzie i na mnie kolej!...
Hrabia mówił dalej, ale już nie z tym przymuszonym spokojem, którego nie pozbył się był do tej chwili; przeciwnie głos jego teraz stał się przejmującym, była w nim energia groźna jakaś, która mimowolnie przywodziła namyśl zachowanie i słowa zwycięzkiego generała, stojącego na polu walki:
— Słyszeliście mnie, panowie... i wiecie, czym pamięć utracił, jak wam to doniesiono, czy mnie zawodzą wspomnienia, słowem czy rozum mój szwankuje.... Nie wiem, jakie sformułowaliście sobie przekonanie, nie wiem, jaki sąd podyktuje wam wasze sumienie i wasza sprawiedliwość.... Ale aż do dnia, w którym wyrok przez was wydany odsądzi mnie od rozumu a z nim na zawsze od wszystkich praw moich, aż do dnia tego i do tej godziny jestem tu panem, panem wyłącznym, władza moja nie jest ani umniejszoną, ani podzieloną i używam jej na to, aby wygnać z tego domu niegodnego syna, który mnie hańbi i chce mnie zniesławić!... Wypędzam cię, Gontranie, wypędzam i przeklinam!...
Wyrzekłszy straszliwą tę klątwę starzec zwrócił się do urzędników i głosem najzupełniej już spokojnym, spytał:
— Panie prokuratorze, czy to co uczyniłem, byłem w prawie uczynić?...
— Tak, panie hrabio, — odpowiedział skłoniwszy się urzędnik, — prawa ojca rodziny nie ulegają nigdy przedawnieniu i zawsze są święte....
Gontran porwał się gwałtownie, blady, siny niemal z wściekłości, z wykrzywionemi rysami, ale usiłujący panować nad sobą.
— Panie prokuratorze, — wymówił głosem drżącym i zaledwie zrozumiałym, — czy nadejdzie wreszcie chwila, w której i mnie mówić będzie wolno?...
— Chwila ta już nadeszła, — powtórzył sędzia krótko i surowo, — mów pan... słuchamy....
— Acz zręczni i rozumni jesteście panowie, — począł wtedy młody człowiek, — niemniej staliście się ofiarą komedyi, tak zgrabnej coprawda, że z pewnością i ja uwierzyłbym jej, gdybym był na waszem miejscu.
— Co pan chcesz przez to powiedzieć — spytał prokurator.
— Chcę powiedzieć, że tu panów oszukano, chcę powiedzieć, że generał hrabia Presles, mój ojciec, recytował tu przed chwilą przed wami lekcyę, przysposobioną i wyuczoną już z góry, której on sam nie pojmuje ani znaczenia ani doniosłości.
— Nieszczęsny! — zawołał generał.
— A! panie hrabio, — przerwał prakurator, — to już nie warte nawet odpowiedzi.
— Na miłość boską, panowie, — ciągnął Gontran dalej, — zastanówcie się przez chwilę, zanim dacie się porwać zwodnym pozorem... Przedkładając wam moje podanie o wzięcie ojca mego w kuratelę, wiedziałem doskonale, że pierwszym skutkiem tego podania będzie zjechanie wasze tutaj, celem poddania ojca mego badaniu.... To rzecz niezaprzeczona, nieprawdaż? Gdybym zatem podał za obłąkanego kogoś, który cieszy się w zupełności wszystkiemi władzami umysłu, jak to sądzić możecie z tego, co tu zaszło teraz, w takim razie ja to chyba musiałbym być waryatem, w takim razie przeto ja a nie mój ojciec winienbym być wziętym w kuratelę.
Pozorne prawdopodobieństwo tego rozumowania wywarło niejaki wpływ na przekonanie niemal całkowicie już sformułowane urzędników.
— Wedle pana więc, — spytał Gontrana prokurator królewski, — ojciec pański poprostu tylko recytował przed nami rzecz, której go wyuczono naprzód?...
— Powiedziałem to i przy tem obstaję.
— Któżto, wedle pana, nauczył go tego?
— Panna Blanka de Presles.
— Ja? — zawołała dziewczyna, wylękła.
— Ty, moja siostro! — powtórzył Gontran, kładąc szczególniejszy, przesadny nacisk na te dwa wyrazy: moja siostro.
— Ale, — odpowiedział urzędnik, — jakimże sposobem panna de Presles mogła być z góry uprzedzoną o naszem przybyciu? Boć przecie potrzebowała na to czasu, by przygotować całą scenę i wyuczyć pańskiego ojca!
— Ja to panu powiem, panie prokuratorze, — odparł Gontran.
Potem zwracając się do Raula dodał:
— Panie de Simeuse, albo mylę się bardzo lub też pan pierwszy przyniosłeś wieść o tem co się dzieje teraz w zamku Presles i pędziłeś tu z nią co koń wyskoczy.
Raul niezmiernie zakłopotany, milczał.
— Czy to co utrzymuje pan wicehrabia de Presles jest prawdą? — spytał go prokurator.
Wobec tak stanowczego pytania, wszelkie wahanie się było już niepodobieństwem.
Raul odpowiedział więc, ale wielce niechętnie;
— Tak panie, to prawda.
— Znajdowałeś się pan, jeśli się nie mylę, na drodze tulońskiej w towarzystwie pana barona de Labaidés, wówczas kiedyśmy się z nim spotkali.
— Tak, panie, towarzyszyłem memu przybrane mi ojcu.
— Słyszałeś pan naszą rozmowę o podaniu o kuratelę, której się domagano dla pana de Presles?...
— Tak, panie.
— I udałeś się pan do zamku?
— To rzecz oczywista, skoro tu jestem.
— Z kim mówiłeś pan o ważnej nowinie, którą niosłeś pan może z większym pośpiechem niż dyskrecyą?
— Pierwszej osobie, którą spotkałem.
— Któż był tą osobą?
— Panna Blanka.
— W jakim celu czyniłeś pan to zwierzenie?...
Raul zawahał się znowu.
— Mów pan, — powtórzył żywo prokurator królewski, — winieneś pan odpowiadać bez wszelkich zatajeń i z całą szczerością. Pytam pana o prawdę w moim charakterze urzędnika....
— Nie mogę co prawda, wyznaję to, pojąć całkowicie pożytku tego badania, — odparł Raul.
— Nie masz też pan potrzeby go rozumieć; oczekuję od pana odpowiedzi tylko wyłącznie i nic nad to innego.
— Czyż jestem oskarżonym, abym tak obowiązany był zdawać sprawę z moich czynów i myśli?...
— Nie jesteś pan bynajmniej oskarżonym; ale jeśli potrzebnem jest by sprawiedliwość znała dokładnie pańskie czyny a nawet myśli, aby dojść tym sposobem mogła do wątka prawdy, winien jej pan jesteś wówczas szczerą spowiedź, nie wykrętną. Po raz drugi przeto zapytuję. Jaki był cel tych zwierzeń, któreś pan niósł pannie Blance de Presles....
— A zatem panie, — rzekł wreszcie Raul, — chciałem ją ostrzedz przed okropną zasadzką, którą gotowano dla jej ojca.
— To znaczy, żeś pan uprzedzał ją na to, by z kolei ona ostrzegła pana de Presles?...
— Taką istotnie myśl miałem.
Prokurator zamienił kilka słów po cichu z wydelegowanym sędzią.
— Panie wicehrabio, — przemówił następnie, zwracając się do Gontrana, — czy masz pan jeszcze co więcej do powiedzenia nam?
— Z pewnością, panie! — zawołał młody człowiek.
— A więc mów pan, słuchamy.
Gontran rozpoczął tedy z większą już pewnością siebie i większym niż dotychczas spokojem:
— Mój ojciec nie zaniedbał nic, aby przekonać panów, że się znajduje w zupełnem posiadaniu wszystkich władz umysłu i że pamięć dotąd wiernie mu służy... zdaje mu się, że dowiódł panom tego, wyliczając wam wszystkie te pretensye, jakie ma lub raczej jakie wmawiają weń, że ma do mnie.... Ja dowiodę panom i to nieodpartemi świadectwy. że pamięć ojca mego oddawna już zagasła i że chwilami tylko jeszcze zabłyska niepewnym płomykiem.
»Mój ojciec przed oczyma waszemi rozsnuł moje życie, zarzucając mi jako zbrodnię te lekkomyślności młodzieńcze, które każdy mężczyzna, jeśli tylko nie jest świętym, odnajdzie we własnych wspomnieniach.
»Powiedział wam, że byłem niegodziwym! powiedział, że podanie o wzięcie go w kuratelę, było godnem zupełnie takiego życia jak moje i równało się moralnemu zabójstwu.
»Powiedział wam, że jestem zrujnowany; że chcąc zapełnić otaczającą mnie dokoła przepaść, muszę wydrzeć mu majątek i że to był istotny powód mojego podania.
»Jedno jedyne słowo wystarczy mi, by wszystkie te kłamliwe wywody podyktowane memu ojcu, zredukować do ich właściwej wartości.
»Gdyby te, przytoczone przez niego dowody były wyrazem prawdy, byłbym w rodzinie mojej napotkał tylko zasłużoną a głęboką wzgardę, byłbym sam tylko podpisywał podanie, które wówczas bez wątpienia zasługiwałaby na najhaniebniejszą nazwę.
»Ale tak nie jest, panowie.
»Wobec was stoi nas dwoje.... Mam przecież wspólniczkę... czy ośmielicie się narwać ją współwinowajczynią, pomyślawszy o ogólnej czci, która otacza tę, względem której dopuścilibyście się tej obelgi?
»Siostra moja nie solidaryzuje się przecież zoraną w tej przeszłości smutnej, której ciężarem zgnieść mnie chce ojciec. Na nią nie spadnie ten zarzut.
»Siostra moja jest bogatą, bardzo bogatą i osobistym swym majątkiem i znaczniejszą jeszcze fortuną męża... jej przeto nikt nie obwini o rachunek, o spekulacyę, o chciwość.
»A jednak siostra moja przyłącza się do mnie, aby was prosić o wzięcie w kuratelę szlachetnego starca, którego czci i kocha ale u którego, wie to ona dobrze, ciało przetrwało życie ducha i nad którym uważa za roztropne i potrzebne czuwać odtąd jak nad dzieckiem.
Gontran zwrócił się ku framudze okna, w której ukrywała się Dyanna i chwytając ją za rękę z pozorem niezmiernej czułości w rzeczy samej zaś z nieodparta siłą, pociągnął ją bladą i drżącą na środek salonu, mówiąc:
— Nadeszła chwila przemówienia, moja siostro... sprawiedliwość oczekuje na słowa twoje i chce wiedzieć co sądzisz o stanie umysłu naszego ojca... Mnie mogą pomówić o kłamstwo, ale podobne podejrzenie nie mogłoby sięgnąć do ciebie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.