<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Rycerze mroku
Podtytuł Powieść sensacyjna
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia „Siła”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVIII
BILUKIEWICZ OPUSZCZA POSADĘ...

Nazajutrz ruch i podniecenie niezwykłe zapanowało w biurach zakładów Drohojowskiego. Mało który pracował z urzędników, lecz natomiast gorąco komentowano wczorajsze wypadki, oglądano rozprutą kasę i udzielano wyjaśnień reporterom pism, którzy raz po raz przybywali po wywiady na „miejsce przestępstwa”. Poranne dzienniki szeroko rozpisały się o włamaniu, podkreślając zuchwałość i ścisłe informacje przestępców oraz fakt, w jaki to sposób niezwykły umknąć oni zdołali, unosząc swój łup, niemal w oczach ścigającej ich policji. Dodawano jednak, że dzięki natychmiast zarządzonej obławie, udało się natrafić na właściwy ślad i ujęcie włamywaczy jest sprawą godzin, minut nieledwie...
Najwięcej oburzał się Bilukiewicz, tracąc nawet w tym wypadku, swój zwykły spokój i flegmę.
— Pasy drzeć z takich łajdaków — wołał, — kary śmierci mało! Cała nadzieja, że nie długo nacieszą się zdobyczą, bo dziś jeszcze ich policja złowi!
Czynił przytem tak groźny ręką gest, zaciskając palce, iż wyczuwać się dawało, że nie zawahałby się i własnoręcznie zadusił złoczyńców — skoro tylko zdążyłby się z niemi zetknąć.
Jeśli, wyrażając przypuszczenie, że sprawcy kradzieży nie długo nacieszą się swą zdobyczą — nie był kasjer zupełnie szczery — bo zrabowane tysiące leżały u niego w biurku — i zamierzał on się niemi długo nacieszyć — o tyle, w rzeczy samej, pragnął jaknajrychlejszego pochwycenia przestępców.
Gdyby w grę nie wchodziła osoba Welskiego — byłoby mu to obojętne. Niepochwyceni sprawcy bardziej jeszcze odsuwali wszelkie podejrzenia. Ponieważ jednak, pragnął raz na zawsze skończyć z Welskim — chciał, aby aresztowanie nastąpiło co rychlej. A że rychło nastąpi — wątpić nie mógł — wszak ściśle, wówczas w anonimie, skierowanym do władz bezpieczeństwa, wymienił — i Mary i Welskiego i Balasa...
To też, kiedy znalazł się w gabinecie szefa Drohojowskiego — ze zrozumiałem zainteresowaniem zapytał:
— Czy są jakie nowe wieści, panie dyrektorze? Czy tych zbrodniarzy już ujęto?
— Jeszcze nie — odparł Drohojowski, bledszy dziś, niż zwykle i widać zgnębiony poniesioną stratą — jeszcze nie! Ale Den zaręcza, że to niezadługo nastąpi!
— To Den prowadzi dochodzenie? — niezbyt ucieszył się kasjer, gdyż z wiadomych powodów nie żywił wielkiej sympatji do detektywa — Skąd, Den? Przecież to jest sprawa policji?
— Oczywiście! To też zajmuje się tą sprawą policja a Den prowadzi dochodzenia równolegle, na własną rękę! Wszak wczoraj pierwszy się znalazł na miejscu przestępstwa i widział uciekających złoczyńców...
— Hm... hm... — chrząknął kasjer, stwierdzając w duchu, jakąby mu to zrobiło przyjemność, gdyby Den sam był zmuszony do zaaresztowania swego pupila Welskiego — hm... hm... sądzę, że policja da sobie radę bez niego, ale niechaj szuka...
— Poznać przestępców będzie łatwo — mówił dalej Drohojowski — napotkała ich nawet moja córka...
— Panna Rena?
— Tak, natknęła się na nich, kiedy uciekali. Może wyrządziliby jej nawet jaką krzywdę, ale na szczęście, przypadkiem przechodzący Den, zauważył wypiłowane kraty i wskoczył do pokoju...
— Ale którędy oni uciekli?
— Den przybył o minutę za późno, zaś Rena była tak przerażona, iż nic powiedzieć nie umie...
Drohojowski urwał, począł przeglądać jakieś papiery, leżące na biurku, poczem przeszedł na najważniejsze chwilowo dla niego zagadnienie.
— Czy złoczyńcy zostaną złapani, czy też nie zostaną — faktem jest, że znaleźliśmy się w poważnych trudnościach... Czterysta blizko tysięcy — to suma nie lada! Skąd wziąć na pokrycie terminowych zobowiązań...
— Istotnie! — potwierdził Bilukiewicz, a pełna oddania jego mina świadczyła, iż jeśliby mógł, dałby szefowi nie tylko cały swój majątek, ale i życie własne...
— Bardzo ciężka sytuacja... Niemal jestem zachwiany...
Bilukiewicz wykrzywił się tak, iż zdawało się, że za chwilę łzy popłyną z za jego amerykańskich okularów.
— Nikt więcej odemnie nie rozumie.. — począł.
— Wiem, że jest pan mi szczerze oddany! — przerwał mu Drohojowski.
— Nawet krzyżuje to moje zamiary — mówił znękanym głosem kasjer — chciałbym wziąć dłuższy urlop, może zwolnić się zupełnie, czuję się chory...
— Pragnie pan opuścić naszą firmę?
— Tak... przedtem... ale teraz... nie zostawię pana dyrektora samego... w.... ciężkiej chwili... później... dopiero...
Bilukiewicz zachwycał się w duchu własną przebiegłością. Przygotował szefa na rychłe przez się opuszczenie posady, więc wykonywał drugą część zamierzonego planu — a jednocześnie dawał szefowi dowód przywiązania. Ocenił to postępowanie, widoczne, Drohojowski, bo spojrzawszy nań długo, rzekł.
— Dzień w którym pana stracę... będzie dla mnie... dniem pamiętnym! A o tamtych zamiarach jeszcze pomówimy! Teraz zaś, pańska pomoc jest mi wysoce potrzebną.
— Ale zawsze panie dyrektorze...
— Dla tego też będę prosił, aby pan zechciał przybyć około siódmej wieczór — obecnie już dochodzi druga — spojrzał na zegarek — i mam jeszcze masę spraw — wtedy będziemy swobodni i razem uradzimy, jak się wydostać z tarapatów... Pan najlepiej zna interesy... naszej fabryki..
— Nie omieszkam stawić się o siódmej, panie dyrektorze! — skłonił się kasjer z głębokim szacunkiem.
Wszystko układało się znakomicie. Po opuszczeniu szefa, pokręcił się Bilukiewicz po biurze, coś niby wertował w księgach, choć myśl jego była daleko, a gdy zbliżyła się trzecia, o której to kończyły się urzędowe zajęcia — pośpieszył do domu.
Tam oczekiwał go Leszczyc, który dziś wieczorem wyjeżdżał do Gdańska. I on również zrana, odwiedził Drohojowskich pragnąc wyrazić swe współczucie, z powodu przykrości, jaka ich spotkała oraz zawiadomić o swoim wyjeździe — rzekomo w okolice Kutna, — bo tak opowiadać było bezpieczniej.
Choć nie przyjęła go panna Rena, przepraszając przez służącą, iż z powodu wczorajszych wypadków jest znużoną, cierpiącą i widzieć go nie może — był hrabia w znakomitym nastroju ducha. Powszechnie na mieście już wiedziano o jego narzeczeństwie, zazdroszczono a nawet składano kondolencje, z powodu straty, jaką przyszły teść poniósł. — Jakbym dostał zaliczkę na posag! — myślał o zrabowanych pieniądzach, wysoko taksując zamożność Drohojowskiego i uważając, że w stosunku do posiadanego majątku, poniósł on nie wielki w fortunie uszczerbek.
— Gotowe? — zagadnął Bilukiewicza.
— Tak! — odparł kasjer, wyciągając sporą paczkę z biurka — oto, nasz skarb! Same pięćsetki! Najlepiej włóż to do walizeczki i ją ciągle trzymaj w ręku!
Leszczyc skinieniem głowy potwierdził dyspozycje przyjaciela.
— Ja nawet coś w tem rodzaju przyszykowałem — wyciągnął Bilukiewicz niewielką żółtą torbę — Najmniej zwróci uwagę...
Leszczyc obejrzał torbę, włożył do niej pieniądze, zamknął starannie na klucz i klucz schował do kieszeni.
— Powiadasz — zauważył — że najmniej zwróci uwagę? Czyż mogą paść na nas jakie podejrzenia?
Bilukiewicz wzruszył ramionami.
— Powiedziałem, ot tak sobie... — odparł — żeby cię, z kolei, kto nie okradł, po drodze... Na nas podejrzenia? Takie same, jak i na posąg Kopernika!
— Czy schwytano... no... tych...
— Jeszcze, nie! Ale do wieczora złapią! Wyobraź sobie, szuka ich i Den! Dopiero będzie uciecha, gdy własnoręcznie, za kołnierz, do więzienia zaprowadzi Welskiego!
— Czy Welski przyjmował udział?
— Zdaje się...
— Potrafił Balas go przymusić?
— Zapewne... w każdym razie będzie siedział i Den przyjdzie jeszcze cię przeprosić!
— Uczynił to już! — rzekł hrabia, wspominając ostatnią swoją z detektywem rozmowę — i ostrzegałem go wtedy poważnie, że mój kuzyn sprawi nie jedno rozczarowanie!
Wypowiedział to z taką godnością — iż Bilukiewicz zaśmiał się głośno, a w chwilę potem i Leszczyc zawtórował mu śmiechem.
Przyjaciele uścisnęli sobie ręce i Leszczyc, raz jeszcze powtórzywszy instrukcje Bilukiewicza, że wyjedzie do Kutna, tam się przesiądzie do kurjera Gdańskiego — a w Gdańsku na odnośne konto zdeponuje pieniądze i za dwa dni powróci do Warszawy — wyszedł, zabierając z sobą drogocenną walizkę.
Bilukiewicz czuł się wyśmienicie. Z apetytem zjadł obiad, wypił nawet sam pół butelki dobrego, francuskiego wina a po obiedzie, jakby zagustowawszy w przyjemnościach kapitalisty, zapalił drogie cygaro, na palenie którego pozwalał sobie tylko w domu — kurząc w biurze, celem zaznaczenia swej oszczędności — najtańsze i najlichsze gatunki. Poczem zapadł w różowe dumy i obmyślanie rozkosznych projektów na przyszłość i dopiero, gdy wybiło wpół do siódmej — przypomniał sobie, że musi iść do biura.
Wyszedł rzeźko z domu i wsiadł nawet w taksówkę, co mu się dotychczas nigdy nie zdarzyło.
Kiedy przybył na Wolską — służący oświadczył mu, że pana Drohojowskiego jeszcze niema. Trafiało się to często, iż szef spóźniał się na oznaczoną godzinę — to też Bilukiewicz, jął systematycznie układać akta i szykować papiery do oczekującej go konferencji, wszak domyślał się o jakie wykazy Drohojowskiemu chodzi.
Nagle skrzypnęły drzwi i ukazała się w nich postać Dena.
— Niema tu dyrektora!
— Nie — odparł Bilukiewicz dość uprzejmie, gdyż odkąd przypuszczał, że Den zaaresztuje Welskiego, czuł doń coś w rodzaju sympatji — Niema! Sam na niego czekam! A co, może ujął pan przestępców?
— Jeszcze nie!
— Jeszcze nie?
Den pokręcił głową.
Bilukiewicz, który był w wyśmienitym humorze, postanowił się z nim podrażnić.
— Kiepsko się pan spisuje, panie detektywie — począł — słyszałem, że obiecywał pan solennie ująć ich dziś jeszcze...
— Hm... obiecałem....
— No i co będzie?
Den miał minę głęboko zafrasowaną i rzekłbyś, z zawstydzeniem spojrzał na kasjera. Bilukiewicz chciał go pognębić ostatecznie.
— A mówili mi, z Urzędu śledczego — skłamał, wiedząc, że tem kłamstwem się nie narazi — iż podejrzenie pada na jednego kasiarza... zdaje się Gulasa... Zal... Bal... Balasa... Miał tam u niego mieszkać... ten nieszczęsny Welski i... Czyż tak trudno ich ująć?
— Wcale nie trudno!
— Więc?
— Cały szkopuł, tylko — odpowiedział z jeszcze smutniejszą miną Den — że i Balas... i, jak go pan nazywa... nieszczęsny Welski... ustalili swoje alibi!
— Alibi? Chyba fałszywe?
— Hm... nie sądzę!... Bo właśnie w owym czasie, kiedy popełnione zostało przestępstwo — znajdowali się oni w mojem towarzystwie, w pewnej spelunce... Robiłem z nimi wywiad...
Co powiedziawszy, Den — zatrzasnął drzwi, w których stał dotychczas.
Bilukiewicz ze zdziwienia szeroko rozwarł usta. Nic już teraz nie rozumiał, kto dokonał włamania. Po chwili jednak, uspokoił się. Najważniejsze, że kasa była rozpruta. Jakże był mądrym, przywłaszczając sobie te pieniądze! Teraz, gdyby nawet wyszły nowe komplikacje z Welskim — i tak będzie zabezpieczonym a przykrości może najwyżej mieć Leszczyc... W ciągu najbliższych dni wszystko wyjaśnić się musi. On zawsze wybrnie — bo zasada — most a pod mostem żelazna siatka...
Zapalił papierosa, spojrzał na zegarek i stwierdził, że pół godziny przeszło czeka na Drohojowskiego.
Zbliżył się do drzwi, pragnąc którego z domowników o bliższe szczegóły, co do powrotu dyrektora, się zapytać — nacisnął klamkę i...
Drzwi były zamknięte!
Cóż to znaczyło? Czyżby je zamknął Den?
Czemu?
Na chwilę nieokreślony lęk, przyczyny którego nie umiał sobie wytłomaczyć, targnął sercem kasjera. Pocieszył się jednak wkrótce. Z jakiej racji miano go zamykać, niby więźnia? Musiał Den, przez roztargnienie, przekręcić klucz w zamku, albo też świadomie wypłatał mu figla, mszcząc się za złośliwe zapytania. Figiel głupi, lecz niema nim się co przejmować, wszak wnet nadejdzie Drohojowski i go uwolni.
Zbliżył się do okna i chcąc skrócić chwile nudnego oczekiwania, począł wyzierać na puste zazwyczaj podwórze. Zauważył tam, teraz jakiś ruch — z garażu wyjechała luksusowa limuzyna Drohojowskiego i przystanęła przed tarasem, wiodącym do pałacyku.
— Pewnie panna Rena wybiera się do teatru! — wytłomaczył sobie niezwykłe o tej porze pojawienie się samochodu.
Po chwili, wysmukła sylwetka ukazała się na schodach, lecz nie była to niewieścia sylwetka. Poznał najwyraźniej Dena. Detektyw szybkim ruchem wskoczył do auta, coś cicho rozkazał szoferowi i ten pomknął, jak szalony. Odjeżdżając, zdawało się, iż odwrócił głowę i spojrzał w okno, w to właśnie, przez które wyzierał na podwórze kasjer.
— Ciesz się, błaźnie, żeś mnie zamknął — pomyślał — ciesz!.... Znowu lecisz na te twoje dochodzenia... Skoroś ustalił alibi Balasa... wiele nie wywąchasz..
Wspomniał o niezrozumiałym fakcie dokonanego włamania, bez uczestnictwa Balasa. Może Balas, przez ostrożność, zlecił „robotę” kolegom, poprzestając na mniejszym łupie? Welski nie winien? Czy wynikną nowe przykrości o spadek — czy też Den, zniechęciwszy się — zaprzestanie dalszych dociekań?
Et, poco frasować się przedwcześnie! Leszczyc wsiada do pociągu, pieniądze dobrze zostaną ukryte w Gdańsku i tak, czy owak — on, Bilukiewicz — ma byt nadal zapewniony...
Już dochodzi godzina ósma! Jeśli Leszczyc nie wyjechał, to wyjedzie za chwilę! Ale czemu nie przybywa Drohojowski? Długoż wypadnie jeszcze czekać na niego?
Machinalnie znów wyglądał przez okno. Upłynął kwadrans, potem znowu kwadrans... zaczynał się już niecierpliwić, gdy wtem zdala posłyszał warkot, zbliżającego się samochodu. Pewnie dyrektor. Wpił się wzrokiem w ciemności i stwierdził, że to powracała limuzyna, która przed niedawnym czasem wyjechała z pałacu. Może Den jeździł po dyrektora?
Istotnie, w jasno oświetlonem wewnątrz aucie, widać było zarysy dwóch osób. W miarę zbliżania się samochodu, twarze stawały się coraz wyraźniejsze i łatwo było można ich rysy rozróżnić. Bilukiewicz wytrzeszczył oczy, zbladł i wybełkotał:
— Leszczyc?...
Limuzyna przystanęła przed wejściem. Nie mogło być najmniejszej wątpliwości. Pierwszy wysiadł Leszczyc, trzymając żółtą walizeczkę w ręku, za nim detektyw. Przeszli przez stopnie, wiodące na taras i znikli w głębi pałacu.
— Leszczyc nie wyjechał?
Cóż to znaczyło? Bilukiewicz poczuł, jak chłodne krople potu wystąpiły mu na czoło. Den sprowadził hrabiego, zamknąwszy go uprzednio na klucz? A nuż Wpadł na trop ich finezyjnej „kombinacji“? Niemożebne i raz jeszcze niemożebne! Sprawa musi mieć znacznie zwyklejsze rozwiązanie!... Ale w takim razie...
Bilukiewicz począł z natężeniem nadsłuchiwać. Nad biurowym pokojem, w którym się znajdował, mieścił się salon Drohojowskiego. Może dobiegną go z tamtąd, jakie echa żywszej rozmowy?.
Istotnie, na górze, zabrzmiały liczne stąpania, jakgdyby znajdowało się tam wiele osób. Skąd tylu gości u Drohojowskiego, wszak go niema w domu?
Później zapanowała cisza...
Nagle posłyszał Bilukiewicz przytłumiony huk rewolwerowego wystrzału i odgłos, upadającego ciała na podłogę...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.