Sęp (Nagiel, 1890)/Część pierwsza/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Nagiel
Tytuł Sęp
Podtytuł Romans kryminalny
Wydawca Bibljoteka Romansów i Powieści
Data wyd. 1890
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ I.
Skazany.

Była dziewiąta wieczorem.
W sali Sądu Okręgowego panowało gorąco nie do zniesienia. Powietrze było duszne, nasycone wyziewami gazu i oddechem tłumu. Zdawało się, że gorączka namiętności, które się od dwóch dni rozbijały o pokryty czerwonem suknem stół sędziów, uczyniła atmosferę tak ciężką...
W tej chwili, po ostatnich słowach obrońcy, replikującego prokuratorowi, po ostatniem łkaniu, które się wyrwało z piersi skazanego, siedzącego na fatalnej ławie, sąd, postawiwszy pytania, wyszedł na naradę. Woźni otwierali drzwi, ażeby wpuścić do sali nieco powietrza, gaz syczał w mlecznych kulach szklannych, a pomiędzy widzami życiowej tragedyi, która się tu rozgrywała, poczynał się ruch.
Podnosił się gwar rozmów. Zamieniano uwagi najpierw szeptem potem głośniej... Utworzyły się za kratką grupy obrońców i urzędników sądowych, asystujących sprawie z ciekawości, i dziennikarzy, śledzących za biegiem rozpraw, ze sprawozdawczego obowiązku. W grupach tych komentowano mowę prokuratora i argumenta obrońcy, wyprowadzano wnioski o spodziewanym za chwilę, może za parę godzin wyroku, spierano się...
Pośród publiczności, usadowionej w głębi, nie tej zwykłej publiczności posiedzeń sądowych, złożonej z poziewających chałaciarzy i przyszłych kryminalistów, wtajemniczających się w arcana prawa, ale publiczności eleganckiej, ugarnirowanej pięknemi twarzyczkami pań i monoklami panów, panował niemniejszy ruch. Słysząc rozmowy i komplementa, ogień uwag i dowcipów, możnaby sądzić, że znajdujemy się nie w sali sądowej, ale w antrakcie pierwszego przedstawienia w teatrze... Damy wachlowały się, panowie rzucali zabójcze spojrzenia.
Tutaj powszechne zainteresowanie budził oskarżony... W tej chwili podnosił on głowę i patrząc z niepokojem w twarz swego obrońcy, z wielkiemi szklistemi perłami łez, które przy świetle gazu połyskiwały w zaczerwienionych jego oczach, coś mówił... Była to sposobność przyjrzenia się twarzy, którą przez dwa dni rozpraw sądowych tak uparcie chował w rękach. To też skierowały się w jego stronę dziesiątki lornetek.
— Taki młody!..
— I jaki przystojny chłopiec.
— Takie zepsucie w tym wieku...
— Ktoby przypuścił, patrząc nań, że popełnił tak straszną zbrodnię?
Takie wykrzykniki wyrywały się z ust patrzących. Rzeczywiście, powierzchowność oskarżonego przemawiała nieskończenie na jego korzyść, zdawała się usuwać bezwzględnie przypuszczenia winy. Była ona sympatyczna, jak rzadko.
— To niczego nie dowodzi, perorował poważny jegomość o minie profesora, Lavater powiadał....
Przyjrzyjmy się oskarżonemu.
Można mu dać zaledwo od ośmnastu do dwudziestu lat wieku. Był szczupły i, pomimo że z głębi ławy oskarżonych wyglądał tylko jego biust, widocznie wysoki. Jego twarz zarysowana regularnie, oświetlona dużemi błękitnemi oczyma, miała wyraz łagodności i słodyczy. Zdawała się ona stworzona do uśmiechu i szczęścia. I w tej chwili ze łzami w oczach, z twarzą, zaczerwienioną od płaczu, podobnym był więcej do dzieciaka, którego karcą za jakieś drobne przewinienie, niż do zbrodniarza, któremu groziły długie lata ciężkich robót...
Zbrodnia, o którą go oskarżano, rzeczywiście wołała o pomstę do nieba; było to morderstwo na osobie poczciwego starca, który go wychowywał i opiekował się nim, morderstwo w celu rabunku...
W roku 1880, kiedy się zaczyna nasza opowieść w całej Warszawie mówiono tylko o sprawie zabójstwa w Rogowie. Pisały o niej dzienniki, interesowała się opinja, podawano sobie o niej dziwne wieści i szczegóły.
Jak widzimy, ostatni akt, tego dramatu zgromadził również licznych i ciekawych widzów.
We wsi Rogowie, położonej w pobliżu Warszawy, zaledwo o dwie czy trzy mile od miasta, zamordowany został pewnej kwietniowej nocy ksiądz Andrzej Suski, miejscowy proboszcz, świątobliwy starzec, znany nie tylko w swej parafji, ale i w szerokich kołach Warszawy, z dobroczynności i zacności charakteru. Znaleziono go u stóp łóżka z gardłem, przeciętem jego własna brzytwą, którą zabójca, widocznie dobrze znający rozkład mieszkania, wydobył z tualetki pod oknem... Ciało pławiło się w kałuży krwi. Rozbite biurko proboszcza świadczyło, że motywem zabójstwa był rabunek. Rzeczywiście, szuflady biurka, gdzie proboszcz chował pieniądze, były opróżnione. Jeszcze przed dwoma tygodniami, jeden ze znajomych księdza Suskiego widział tam listy zastawne, na summę kilkunastu tysięcy rubli...
Podejrzenia padły od razu na wychowańca księdza, obecnie siedzącego na ławie oskarżonych.
Za parę godzin, może prędzej, sąd miał wypowiedzieć swe słowo o losie Stefana Polnera...
W tej chwili odszedł od niego obrońca, jeden z adwokatów młodszej generacyi, znany w kołach prawniczych pod krótkiem mianem „Julka“. Pomimo, że był wyznaczony do obrony z urzędu, na jego twarzy, na której dwudniowe utrudzenie wypisało się bladością i obwódkami pod oczyma, widniało wrażenie chwili. Twarz miała wyraz poważny, niemal smutny.
Oskarżony opuścił znów na ręce głowę, przed chwilą podniesioną do góry. Oparty na barjerce ławy oskarżonych, siedział nieruchomo... W uszach czuł dziwny szum. Brzmiały mu jeszcze w głowie groźne i pełne siły słowa prokuratora. Przejmował go dreszcz, gdy przypominał sobie jego nieprzeparte argumenta... W oczach robiło mu się ciemno...
Bo też w samej rzeczy, mowa prokuratora stanowiła arcydzieło logiki i energii. Oskarżyciel, przypomniawszy w dwóch słowach postać zacnego starca, którego siwe włosy szanowano powszechnie, i stosunek księdza Andrzeja do oskarżonego, który wszystko zawdzięczał kapłanowi, przeszedł do poszlak walczących przeciw niemu, rozbierał je punkt po punkcie, szczegół po szczególe. Zestawił zeznania świadków, wyjaśnił punkta niezrozumiałe, dowodził nieprawdopodobieństwa wykrętnych objaśnień oskarżonego. Był to skończony obraz zbrodni i jej pobudek. Twarze wszystkich obecnych okazywały, że jak przed chwilą mogła być jeszcze wątpliwość, teraz ostatni jej cień zniknął...
Logika prokuratora była zabijająca. Ostrzegł on sędziów przed zwodniczemi pozorami, w jakie przypadek ubrał postać oskarżonego. Łzy, które płynęły z jego oczu, wskazywał, jako jeden jeszcze dowód hipokryzyi i głębokiego zepsucia moralnego. Narysował wreszcie obraz tego młodzieńca, syna nieznanych rodziców, którego zacny kapłan przygarnął do siebie, kształcił, odziewał, żywił, psuł swą względnością i który za te wszystkie dobrodziejstwa, zapłacił straszną zbrodnią...
— Co było pobudką zbrodni? — pytał oskarżyciel. Odpowiedzi na to naturalne pytanie trzeba szukać w wstrętnem zepsuciu moralnem oskarżonego, w jego przedwczesnej przewrotności... Świadkowie powiedzieli nam, że wydalono go ze szkół z powodu złego prowadzenia się, chociaż powinien był, korzystając z szlachetnej ofiarności kapłana, garnąć się całemi siłami do nauki... Od tego czasu, przez półtora roku, pomimo nalegań ks. Andrzeja, nie wybrał żadnego zawodu, nie wziął się do żadnej pracy. Był pasorzytem, jadł darmo chleb swego opiekuna.
Prokurator, człowiek jeszcze młody, o postaci pełnej energii, wyglądał w tej chwili imponująco. Zdawał się być urzeczywistnieniem idei karzącej sprawiedliwości. Oczy całej sali były nań skierowane.
— To jeszcze nie wszystko — ciągnął dalej, obrzuciwszy obecnych wzrokiem — sąd widział przed chwilą świadka, którego wezwano do sprawy dla udowodnienia mniemanego alibi oskarżonego.
Jest to kobieta młoda, której przypadek dał powierzchowność ujmującą po to tylko, ażeby ją tem bardziej zbrukała... Sąd słyszał jej zeznanie i oceni je. Twierdzenie jej, uderzające przykrym cynizmem, jakoby oskarżony przepędził w jej towarzystwie noc, podczas której popełniono zbrodnię, nie zaważy na szali sprawiedliwości i nie uchroni winnego od zasłużonej kary. Ale to zeznanie uczy nas, jakie były stosunki osiemnastoletniego chłopca z tą kobietą, kelnerką w restauracyi. To nam tłumaczy na co mu były potrzebne pieniądze, choćby poplamione krwią. To najlepiej objaśnia potworny grunt charakteru oskarżonego... Nie ma dlań miejsca pod jasnem niebem tych sfer, niech idzie dźwigać cały ciężar swej hańby pod szare niebo Syberyi!...
Były to wspaniałe słowa, wypowiedziane z wielkim zapałem i głębokiem przekonaniem.
Gdy prokurator kończył, wszyscy zatrzymywali oddech w piersi... Tylko poszanowanie dla miejsca wstrzymywało słuchających od gorących oznak aprobacyi.
A podczas gdy prokurator tak mówił, ona, ta kobieta, na którą potrójnym ciężarem spadała hańba jej kochanka, siedziała w głębi miejsc, przeznaczonych dla publiczności, ukryta w cieniu filaru. Pomimo to, trzymała głowę do góry, a jej twarz blada, jak płótno, była nieruchoma, niby wykuta z kamienia.
Właściwie, było to także więcej dziecko, niż kobieta. Nie miała pewno więcej lat niż on. Brunetka, o głębokich czarnych oczach, posiadała na twarzy ten różowawy puszek brzoskwini, który życie nam dopiero ściera. Rozwinięte kształty i pierś zaledwo mieszcząca się w gorsecie, dawały jej pozór nieco starszy... Usta były maleńkie czerwone, jak krew. W tej chwili cała była w oczach. Zdawała się nie słyszeć piętnujących ją słów tego wysokiego pana w mundurze haftowanym złotem; nie widziała spojrzeń, które na nią rzucano z ukosa, nie uważała znaczących szeptów, które brzmiały do koła. Wpatrzyła się w niego, siedzącego na fatalnej ławie i wstrząsanego czkawką tłumionych łkań; zdawała się chcieć przeszyć wzrokiem ręce, któremi zakrył twarz...
Przyszła kolej na głos obrońcy.
Zadanie adwokata „Julka“ było bardzo trudne. Miał do walczenia z potężnem wrażeniem, jakie wywołały słowa prokuratora. Wreszcie, w samej sprawie wszystko mówiło na niekorzyść podsądnego. Pomimo to, obrońca robił co mógł.
Przypomniał zgubne omyłki sądowe, dowodził nicości poszlak i zeznań, które walczyły przeciwko oskarżonemu, przyznawał wprawdzie, że chłopiec był lekkomyślny, ale twierdził na zasadzie zeznań świadków, że kochał z głębi serca swego opiekuna, który mu odpłacał szczerą przychylnością...
— Pan prokurator odpowiada na to: „hipokryzyą!“ wołał adwokat „Julek“, ale dość spojrzeć na twarz oskarżonego w tej chwili, dość posłuchać jego łkań, ażeby przyjść do przekonania, że nie może tu być mowy o hipokryzyi... A jego zachowanie się w pierwszych chwilach, kiedy zabójstwo zostało odkryte!.. Jego boleść, o której mówią wszyscy świadkowie!.. W tej sprawie, pomimo wszystko, co twierdzi urząd oskarżający, jest wiele niewytłumaczonego... Są dane za, są i przeciw. Jeśli oskarżenie powołuje się na fakta i świadków, których powagę, sądzę, przed chwilą osłabiłem, to my mamy alibi, któremu bądź co bądź nie ma powodu nie wierzyć... W tem starciu dwóch prawd, z których nie wiemy, jaka jest rzeczywistą, może ostatecznie roztrzygnąć tylko ten głos wewnętrzny, który tak często budzi się w naszem sercu, ażeby zdecydować najważniejsze kwestje. Ów głos powiada mi, że to dziecko nie może być winnem strasznej zbrodni, którą mu przypisują.... Dość spojrzeć w jego oczy w tej chwili pełne palących łez!
W sali godzono się na jedno. Walka, jaką podjął obrońca, była prowadzona z sercem i talentem. Potrafił on zachwiać znów na krótką chwilę przekonaniem niejednego ze słuchaczy... Ostateczny rezultat pomimo to zdawał się być dla jego klijenta niepomyślnym.
Adwokat „Julek“ przechadzał się obecnie zadumany pomiędzy grupami, które się zebrały za kratkami. Jego czoło było ciągle powleczone chmurą. Wzrok jego błądził po sali bez celu, przesuwając się po srebrnych gwiazdkach u fraków kolegów, twarzach dam, ugrupowanych w głębi i wysmukłych filarach, podpierających sklepienie sali.
Wtem mimowoli zatrzymał się. Na twarzy jego wybiło się zdziwienie. Przez chwilę przyglądał się uważniej jednemu punktowi w głębi sali...
I doprawdy było się czemu dziwić. Pomiędzy publicznością, przysłuchującą się sprawie, adwokat „Julek“ ujrzał niespodziewanie twarz, która zdawała mu się jak dwie krople wody podobną do twarzy oskarżonego. Te same rysy regularne, miękko zaokrąglone, te same wielkie błękitne oczy, ta sama słodycz w spojrzeniu...
Adwokat mimowoli przetarł sobie oczy.
— Rzeczywiście — mruknął przez zęby — sprawa mnie rozstraja... Zdaje mi się, że widzę wszędzie twarz tego chłopca!
Ale jeszcze dwa czy trzy rzuty oka przekonały go, że bynajmniej nie było to złudzenie... Sobowtór oskarżonego tem różnił się od niego, że tutaj ta piękna, idealnego rysunku główka była osadzona na wiotkich ramionach młodego dziewczęcia. Otaczały ją sploty włosów złotopopielatego koloru, a ubierał zręczny, chociaż dość skromny kapelusik... W każdym razie podobieństwo było uderzające!
Adwokat mimowoli zaczął snuć przypuszczenia. Dziwnym trafem, pochodzenie oskarżonego nie było dostatecznie wyjaśnione... To młode dziewczę, tak do niego podobne, mogło być jego siostrą lub kuzynką... Czy przypadkiem nie wiązało się to ze sprawą, w której bądź co bądź znajdowało się wiele niewytłumaczonego?..
Chciał już zapytać którego z obecnych, czy przypadkiem nie mógłby mu udzielić wiadomości, kto jest młoda osoba i widocznie będąca z nią razem jakaś starsza pani i druga panienka... Lecz oto ukazali się woźni, zapowiadając rychłe wejście sądu.
— Proszę o uciszenie się! — wołał jeden z nich, przebiegając salę.
Uderzył dzwonek. Drzwi otworzyły się, ukazał się sąd.
— Tak prędko! Zrobił uwagę któryś z urzędników sądowych. Dla oskarżonego zły znak...
W sali zapanowało głuche milczenie. Wszyscy natężyli słuch.
Prezydujący odczytał wyrok:
Stefan Polner, uznany za winnego, skazany został na dwanaście lat ciężkich robót i następnie na osiedlenie w Syberyi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Nagiel.