>>> Dane tekstu >>>
Autor John Galsworthy
Tytuł Salta pro nobis
Podtytuł Warjacja
Wydawca Bluszcz. Pismo tygodniowe ilustrowane dla kobiet R. 57 No 40
Data wyd. 4 października 1924
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz W. M.
Tytuł orygin. Salta pro Nobis
(A Variation)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JOHN GALSWORTHY SALTA PRO NOBIS Tłom. z angielskiego. W. M.
(Warjacja)


— Tancerka jest bardzo smutna, Matko. Siedzi z głową opartą na rękach i patrzy w przestrzeń, aż strach ogarnia. Usiłowałam, matko, skłonić ją do modlitwy, ale biedna dziewczyna nie umie się modlić, nie ma wiary. Nie chce się nawet wyspowiadać. To poganka, ale to zupełna poganka. Cobyśmy mogły dla niej uczynić, matko, żeby ją pocieszyć trochę przez te chwile ostatnie? Chciałam, by mi opowiedziała o swem życiu, — nawet nie odpowiada, tylko siedzi i wciąż patrzy w przestrzeń. Serce boli, patrząc na nią. Czyż nic nie można zrobić, aby ją pocieszyć trochę zanim umrze? Umierać tak młodo, w pełni życia, — dla niej, co nie ma wiary! Rozstrzelaną być — taka młoda — tak piękna — wszak to jest straszne, Matko!

Niemłoda zakonnica skrzyżowała ręce na szarym habicie na piersiach i podniosła swe łagodne piwne oczy pytająco ku woskowo-bladej twarzy w obramowaniu kwefu i gładkich, siwych włosów. Prosta, smukła, prawie bezcielesna, w swym szaro białym stroju, Matka Przełożona stała w głębokiej zadumie. Ta kobieta — szpieg, zdana jej pod opiekę, — tancerka o krwi cygańskiej, jak mówiono — czy może maurytańskiej? — która wyłudziła tajemnice wojenne od swego kochanka — francuskiego marynarza — i sprzedała je w Hiszpanji Niemcom. Podczas procesu mówiono, że nie było co do tego żadnych wątpliwości. A potem przywieziono ją do klasztoru ze słowami: „Trzymajcie ją nam do piętnastego. Lepiej jej tu będzie, niż w więzieniu“.
Kobieta będzie rozstrzelana! Ciarki człowieka przechodzą! Ale cóż — wojna! Wszak to dla Francji!
Matka Przełożona zwróciła oczy na niemłodą siostrzyczkę i odrzekła:
— Trzeba zobaczyć, moja córko. Zaprowadź mię do jej celi.
Weszły cichutko. Tancerka siedziała na łóżku. Cera jej nie miała najlżejszego zabarwienia, prócz ledwo dostrzegalnego szafranowego odcienia, zdradzającego krew wschodnią. Twarz owalna, końce brwi zlekka podniesione; czarne włosy opadały jej na czoło, tworząc jakgdyby odwrócone V; usta zmysłowe lecz piękne, ukazywały rząd błyszczących zębów. Ramiona miała skrzyżowane, jak gdyby tłumiła wewnętrzny ogień, co palił jej smukłe ciało. Oczy jej, koloru wina Malagi, po przez bielone ściany i postacie odwiedzających, patrzały w dal, niby oczy lamparta w klatce.
Matka Przełożona przemówiła:
— Co możemy uczynić dla ciebie, moja córko?
Tancerka wzruszyła ramionami.
— Cierpisz, córko. Powiadają mi, że się nie modlisz. To wielka szkoda.
Przelotny uśmjech tancerki miał w sobie słodycz grzechu bogatej melodji, długiego pocałunku. Potrząsnęła głową.
— Nie chciałabym nic powiedzieć, coby zakłóciło twój spokój, moja córko; mamy współczucie dla twego cierpienia. Rozumiemy. Może chciałabyś przeczytać jaką książkę? Może pragniesz jakiego wina? Jednem słowem czegoś, coby cię trochę rozerwało?
Tancerka splotła ręce pod głową. Ruch ten był piękny, wężowy, — całe jej ciało było piękne. Słaby rumieniec zabarwił woskowe policzki Matki Przełożonej.
— Może chciałabyś zatańczyć dla nas, moja córko?
Uśmiech znów się pojawił na ustach tancerki i pozostał.
— Chętnie. To mi sprawi przyjemność, pani.
— To dobrze! Przyniosą ci twe suknie. Dziś wieczór po wieczerzy w refektarzu. Jeżeli chcesz muzyki — wstawi się fortepian. Siostra Matylda jest bardzo muzykalna.
— Tak, muzyki — jakie proste tańce. Czy mogłabym zapalić, pani?
— Oczywiście, moja córko. Każę ci przynieść papierosów.
Tancerka wyciągnęła rękę. Matka Przełożona uczuła jej miękkie ciepło w swych własnych szczupłych dłoniach. Jutro ta ręka będzie już zimna i sztywna!
— Do widzenia zatem, moja córko...
— Tancerka będzie dla nas tańczyła! — to stało się hasłem. Oczekiwano tego, jak cudu. Ustawiono fortepian, zdobyto nuty; przy wieczerzy szeptano między sobą. Jakież to wszystko niezwykłe! Jak znienacka wtargnęło w życie klasztorne! Wesołe chochliki wspomnień! Ach, co za dramatyczne, przedziwne zdarzenie! Wieczerza została rychło ukończona, — uprzątnięto i usunięto stoły, — na długich ławach wzdłuż ścian zasiadło w oczekiwaniu sześdziesiąt szarych postaci w białych kwefach, — Matka Przełożona pośrodku, przy fortepianie siostra Matylda.
Niemłoda siostrzyczka weszła pierwsza, — za nią, przez długi bielony refektarz, zwolna sunąc po ciemnej dębowej posadzce — tancerka. Wszystkie głowy były ku niej zwrócone — jedynie Matka Przełożona siedziała bez ruchu. Byleby tylko to wszystko nie podsunęło niektórym lekkomyślnym głowom niepotrzebnych myśli!
Tancerka miała na sobie szeroką spódnicę z czarnego jedwabiu, na nogach srebrzyste pończochy i pantofelki; stan jej otaczała gęsta szeroka złota siatka, na piersiach — gęsta srebrzysta tkanina, zudrapowana czarną koronką; we włosy wpięła czerwony kwiat, w ręku trzymała czarny wachlarz, oprawny w kość słoniową. Usta miała zlekka ukarminowane, oczy leciutko podczernione, — cała twarz upudrowana wyglądała jak maska. Stała na samym środku ze spuszczonemi oczami. Siostra Matylda zaczęła grać. Tancerka podniosła wachlarz. W tym tańcu hiszpańskim prawie nie ruszała się z miejsca, — kołysząc się, wstrząsana dreszczem, wirując, to znów zastygając w nieruchomej pozie, — tylko spojrzenia jej fruwały z jednej twarzy na drugą, — na twarzach tych malowało się tyle uczuć odmiennych — ciekawość i zwątpienie, zadowolenie, onieśmielenie, zgroza, współczucie. Siostra Matylda przestała grać. Cichy szept przebiegł wzdłuż szeregu zakonnic i tancerka uśmiechnęła się. Siostra Matylda znowu zaczęła grać. Przez chwilę tancerka przysłuchiwała się, jak gdyby pragnąc pochwycić rytm nieznanej melodji, — potem stopy poruszyły się, usta rozchyliły się, stała się słodka i wesoła, jak motyl, — a na twarzach przypatrujących zakwitły uśmiechy i cichy szmer zadowolenia przebiegł szeregi.
Matka Przełożona siedziała nieruchomo z zaciśniętemi ustami i splecionemi palcami. Wizje przeszłości wstawały przed nią i znikały, jak figurki starej pozytywki. Myślała o swym ukochanym, który zginął podczas wojny franko-pruskiej i o tem, jak wtedy wstąpiła do klasztoru. Ta postać z pogańskiego świata, z czerwonym kwiatem we włosach, z ubieloną twarzą i podczernionemi oczyma, obudziła w niej tęsknotę za jej własnem, minionem, wesoło tętniącem życiem, takiem, jakiem było, zanim zda się zamarło i zanim je przyniosła kościołowi w ofierze.
Muzyka ucichła, i — znowu się rozległa. Była to Habanera, budząca wspomnienie o tem życia tętnie — tajemnem, bolesnem, mrocznem — gdy wszystko zostało już pogrzebane. Matka Przełożona spojrzała wkoło siebie. Czy jednak rozsądnie postąpiła? A przecież — jakże nie osłodzić ostatnich chwil biednej poganki — tych chwil tak krótkich! Była szczęśliwa w tańcu. Tak, była szczęśliwa! Co za moc! Co za zapamiętanie! Wprost przerażające. Przykuwała wszystkie oczy — nawet oczy siostry Ludwiki — jak wąż przykuwa oczy królika. Matka Przełożona prawie się uśmiechnęła. Biedna siostra Ludwika! A dalej, obok tej twarzy jakby zahipnotyzowanej zgrozą, widziała siostrę Marję. Jak to dziecko patrzało — co za oczy, co za usta! Siostra Marja — taka młoda, zaledwie dwudziestoletnia — ukochany jej zginął na wojnie — rok temu! Siostra Marja — najładniejsza w całym klasztorze! Ręce jej — jakże kurczowo zdawały się zaciśnięte na kolanach! I... ależ tak — to na siostrę Marję patrzała tancerka, ku siostrze Marji zwracały się wężowe ruchy tego smukłego ciała! Dla siostry Marji to się pojawiał to znikał dziwny słodki uśmiech na tych czarujących ustach. Taniec następował po tańcu i w każdym z nich tancerka zdawała się lgnąć do siostry Marji, jak pszczoła do ulubionego kwiatu. Matka Przełożona pomyślała: „Czy uczyniłam dzieło miłosierdzia, czy dzieło szatana”?
Tancerka prześlizgnęła się wzdłuż szeregu zakonnic, — oczy jej płonęły, twarz była pełna dumy. Ku siostrze Marji skierowało się jej spojrzenie, ruch wachlarza, pocałunek przesłany od ust „Gracias, Senoras! Adios”!
Kołysząc się zwolna tak, jak przyszła, wysunęła się z sali po ciemnej posadzce, a za nią siostra-staruszka.
Szmer westchnienia przeszedł wśród zakonnic i... tak... jedno łkanie!
— Idźcie do siebie, moje dzieci! Siostro Marjo!
Młoda zakonnica zbliżyła się — łzy miała w oczach.
— Siostro Marjo, módl się, aby grzechy tej biednej duszy zostały odpuszczone. Tak, moje dziecko, to smutne. Idź do swojej celi i módl się.
Z jakim wdziękiem to dziecko się poruszało! I jej ciało było piękne. Matka Przełożona westchnęła...
Zimny i szary poranek, ziemia lekko śniegiem przyprószona. Przyszli po tancerkę podczas mszy. A potem odgłos strzałów! Drżącemi usty modliła się Matka Przełożona za duszę, co teraz tańczyła już przed Bogiem...
Tego wieczora szukano siostry Marji, ale nie znaleziono. Po dwóch dniach nadszedł list.
— Przebacz mi, Matko. Wróciłam do życia. Marja.
Życie ze śmierci! Matka Przełożona trwała nieruchomo w milczeniu. Znowu powstały przed nią wizje przeszłości — i twarz tancerki z czerwonym kwiatem we włosach, z ciemnemi, podczernionemi oczami, i usta, rozchylone w pocałunku!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Galsworthy i tłumacza: anonimowy.