<<< Dane tekstu >>>
Autor B. Bolesławita
Tytuł Szpieg
Wydawca Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Data wyd. 1864
Druk M. Zoern
Miejsce wyd. Poznań
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Nazajutrz o szarym zmroku, Maciéj Kuźma, któremu ten dzień wydawał się wiekiem stał zawczasu pod figurą Matki Boskiéj naprzeciw Dobroczynności. Oglądał się on ciągle, niespokojnie modląc w istocie aby mu Pan Bóg prędzéj zesłał wybawiciela któryby jego niepokój ukoił. Po chwilce posłyszawszy nieopodal chrząkanie odwrócił się i ujrzał blondyna który mu się z trotuaru kłaniał. Poszli razem ulicą oglądając się dobrze aby nikogo nie mieli za sobą.
Maciéj opowiedział co do słowa całą historyą swoją dodając do niéj że mu obowiązek nań włożony, nieznośnie wydawał się ciężkim.
— Mój bracie, rzekł blondyn, nic nie przychodzi lekko, jużeście wielką oddali przysługę zajmując to miejsce które inny w istocie niebezpieczny człowiek mógł był otrzymać. —
— Ale zmiłujcie się, przerwał Maciéj, jak ja to daléj z tego wyjdę? poślą mnie, każą coś donosić, cóż ja im powiem?
— Słuchaj, rzekł blondyn, i my także mamy nie złą policyą, wiemy co rząd robi, znamy ajentów których on używa dla podburzania ludności, i wyłapywania tym sposobem gorętszych. — Wskażemy ci tych rządowych fałszywych braci, będziesz mógł na nich donosić i zrobisz im jeszcze przysługę bo poświadczysz o ich gorliwości. My zaś przez ciebie powstrzymać będziemy mogli gdzie potrzeba, ostrzedz po cichu poczciwych ludzi aby tym krzykaczom nie wierzyli.
— Dziś kochany, panie Macieju do bawaryi przy ulicy Granicznéj zbiera się wielka liczba czeladzi nabechtanéj przez moskiewskich ajentów, a policya gdy się wszyscy zbiorą i w najlepsze hałasować będą otoczyć ma dom i wybrać tych których zdrajcy wskażą. Idźcież zaraz do téj bawaryj, nic się wam nie stanie bo już kartkę swoją macie, w miarę jak się czeladź zbierać będzie ostrzegajcie czem to pachnie. Jeżeliby trochę szpiegów przetrzepać chciano, nicby to nie zaszkodziło. Poznacie ich po tem że na plecach mieć będą białą kredą porobione kółka.
Otrzymawszy taką instrukcyą Kuźma gorliwie pospieszył na ulicę Graniczną. Bawarya znajdowała się jak zwykle na dole i była izbą bardzo obszerną ale wcale nie wykwintną.
Gospodarz Niemiec, wielce był podejrzany o szpiegostwo, co mu wcale nie przeszkadzało w liczniejszych zgromadzeniach krzyczeć — Fifat! Fifat! panowie Polaki! i mówić o — Ojszyśnie kokanéj.
Gdy Maciéj przyszedł, zastał tylko czterech czy pięciu naradzających się w kątku i przekonał się obejrzawszy ich że wszyscy mieli kółka na plecach. Oczekiwali oni już na owoc prac swoich.
Maciéj kazawszy sobie dać piwa wybiegł co najprędzéj do sieni chcąc stanąć na straży i przestrzegać przybywających, ale zaledwie się wymknął gdy nos w nos spotkał się z porucznikiem który tu także dążył. Rzucił okiem na jego plecy, kółka jeszcze na nich nie było.
Porucznik zdumiał się bardzo.
— Kto cię tu przysłał?
— Kto? nikt, sam przyszedłem.
— Sam? no, djabelski masz nos, ale nie bądź tak bardzo gorliwy, bo i to nic potem. Ponieważeś jednak przyszedł chodź zemną, to ci powiem co masz robić.
Maciéj czuł się sparaliżowanym, trudno mu już teraz było odegrać swą rolę. Przeszli ciemną sień w któréj nikogo nie było, a gdy porucznik przodem przestąpił próg Kuźma z podziwianiem ujrzał na jego plecach duże koło, nieco tylko z pośpiechem i niekształtnie nakreślone, kiedy, i jak, nie mógł odgadnąć.
Kuźma nie wiele słuchał co mu porucznik mówił, oglądał się tylko, patrzał wszystkim po plecach i nie wiedział co począć, widząc coraz tłumniéj napływających robotników. Pomiędzy nimi z wielkiem zdumieniem dostrzegł tego samego blondyna który przed chwilą dawał mu instrukcją, pobiegł więc co najżywiéj ku niemu aby mu swoje położenie wytłumaczyć. Blondyn już o wszystkiem wiedział i odesłał go ku drzwiom. Wielkiem to szczęściem było dla Kuźmy że mu się jego fizjognomja dobrze w pamięć wraziła, bo chłopak zmienił był ubranie, trochę nawet osmolił twarz i wyglądał na prostego czeladnika.
Gdy wewnątrz bawarya bardzo się szybko wypełniała nadchodzącemi rzemieślnikami we drzwiach jéj niepostrzeżona prawie przez nikogo odbyła się scena która nad pięć minut nie trwała. —
Kuźnia stojący w progu ujrzał młodego bardzo pięknego chłopaka który mu się wydał przebranym wchodzącego nieśmiało do bawaryi, w chwili gdy już jéj próg miał przestąpić nadchodził właśnie w tę stronę porucznik. Młody chłopak z cicha tylko zawołał — Ojciec! i bardzo się żywo wycofał. Był to Juljan który lękał się aby go Presler nie poznał. —
Spojrzawszy na plecy Kuźma zatrzymał go i wskazując Preslera, żywo rzekł mu na ucho:
— Widzisz? ten w kapeluszu z wąsami, kółko na plecach, nazywają go porucznikiem, to szpieg, to szpieg moskiewski!
Na te słowa Juljan którego Kuźma trzymał za rękę krzyknął jakimś rozpaczliwym głosem, zakrył sobie oczy i jak piorunem rażony wybiegł nieprzytomny na ulicę. —
Co się działo w sercu młodego chłopca opisać niepodobna, przerażenie, boleść, szał, były tak wielkie że jak obłąkany leciał uciekając od tego miejsca w którem go ten cios dotknął. Przechodnie mogli go wziąć za zbiega z domu warjatów, lub ściganego złodzieja. Nie wiedział dokąd, ani jak szedł, potykał się, padał, podnosił, i jęcząc boleśnie zdyszany, rozgorączkowany, przebiegłszy ogromną przestrzeń bez wytchnienia znalazł się w podwórzu domu na Dziekance. Leciał przez wschody, nie otworzył ale wybił prawie drzwi sobą i upadł uznojony u nóg przestraszonéj matki.
Kobieta tak się wylękła o niego czując że coś ukochanemu dziecku zagraża iż wprzód niżeli go się spytała, zaryczała okropnym jękiem. Juljan leżał pół żywy, a krew nosem i ustami mu płynęła.
Był w takim stanie że się z niego słowa dopytać nie było podobna. Matka uklękła nad nim rozpłakana, sama nie wiedząc co począc, domyślając się na przemian, to jakiegoś przypadku, kalectwa, to czegoś nadzwyczajnego co myśl jéj zgadywać nie śmiała. Daleką była od prawdy, dorozumiewała się że był ściganym może razem z innymi akademikami, krew płynąca z ust zdawała się mówić o jakiemś uderzeniu i gwałcie. Obie z Rózią oblewały go wodą a matka budziła najczulszemi wyrazami, Juljan jednak nie przemówił jeszcze, jęczał tylko a otworzywszy oczy za każdą razą, jakby przerażony tem co widział zamykał je spiesznie. Po chwili oczekiwania i najczulszych starań nadaremnych, Rózia z własnego domysłu, pobiegła do sąsiedniego domu po doktora. Był to młody od roku dopiero zamieszkały w Warszawie Izraelita, znany jako jeden z najgorliwszych pracowników około przejednania dotąd wydzielonego ze społeczeństwa plemienia, które miało prawo i obowiązek uważać się za obywateli Polski. Doktór Mayer szczęściem był w domu, znał on Juljana z bliska, bo w jednéj z klinik specyalnych zastępował czasem wykładającego. Rózia oznajmiła mu, jak było, że Juljan powrócił zdyszany, bezprzytomny bardzo zmęczony, padł, rzuciła mu się krew ustami i nosem i słowa z niego dobyć nie było można. Mayer domyślił się zaraz że w tem coś być musiało tajemniczego i pospieszył na pomoc. Znalazł jeszcze młodego człowieka rozciągnionego na podłodze a matkę nad nim lamentującą w rozpaczy. Wiedział już o wszystkiem, nie pytając więc chciał zbadać stan Juljana aby z niego jakiś uczynić wniosek. Ale podniecony puls, rozrzażone czoło, krew która mu się do piersi rzuciła znamionowały tylko wielkie znużenie i doznane wstrząśnienie. Usłyszawszy głos doktora Juljan jakby na nowo przerażony nim, wzdrygnął się, porwał, usiadł, i otworzywszy oczy usiłował zebrać przytomność. Obawa aby ktoś obcy nie doszedł strasznéj tajemnicy, dodała mu siły. Na zapytanie Mayera postanowił skłamać i powiedział mu że gonili go kozacy, że się o mało w ich ręce nie dostał i ten bieg pospieszny połączony z przestrachem był przyczyną choroby.
Ale to na prędce wymyślone kłamstwo nie miało najmniejszego charakteru prawdopodobieństwa; ani lekarz ani matka nie uwierzyli mu, oboje tylko dowiedzieli się, że Juljan znać przyczyny wypadku powiedzieć nie mógł. Lepszy znawca serca ludzkiego i cierpień człowieka, Mayer, zrozumiał i to jeszcze że przyczyna trwogi i niepokoju nie była usunięta. Szanując wszakże tajemnicę Juljana, przekonawszy się że krwi puszczenie nie było koniecznie potrzebnem, przepisał spoczynek, jakiś napój chłodzący i odszedł. Gdy sam na sam zostali z matką, bo Rózia do apteki wybiegła, sprobowała ona wydrzeć choć słowo z zamkniętéj piersi syna, ale naprzód łzy tylko wydobyła, mówić jeszcze nie mógł, obawiał się tak zabić matkę jak sam był zabity; nie wiedział że ona od lat wielu żyła tą trucizną. Napróżno starała się najczulszemi pieszczoty uzyskać wyznanie, zapomniawszy się nieco, wyrwało mu się tylko z piersi kilka razy powtórzone — Ojciec! Ojciec! —
Ten wyraz krwią oblał czoło kobiety, już się prawie domyśliła wszystkiego. Tłumaczyła się jéj rozpacz syna.
— Mów, nic nie taj przedemną, rzekła do niego. Lżéj ci będzie gdy się wyskarżysz, tu idzie o ojca, może ci co na niego powiedziano? on ma tylu nieprzyjaciół! Zaklinam cię, mów mi.
Ale Juljan zdobyć się nie mógł na siłę wyspowiadania nawet przed matką.
Ciężkich kilka godzin zbiegły tak w jękach, we łzach i oczekiwaniu; nareszcie Juljan nieco uspokojony, nic nie chcąc wyznać przed matką, poszedł na górę z myślą oczekiwania napowrót ojca. Stancya porucznika przedzielona tylko była od jego izdebki cienką ścianą, tak że mógł go wracającego posłyszyć.
Gdy się to dzieje na Dziekance, w bawaryj przy ulicy Granicznéj żywa także przygotowywała się scena. Trzeba znać było gorące usposobienie czeladzi rzemieślniczéj Warszawskiéj, aby pojąć z jaką trudnością przychodziło ją powstrzymać w objawach patryotyzmu.
Chociaż i Kuźma i kilku przebranych akademików ostrzegali większą część przychodzących o szpiegach, którzy już byli poznaczeni i o mającem nastąpić najściu policyj, gwarne i głośne rozmowy i wykrzyki zdradzały niecierpliwość tego ludu, który się zrywał do czynu. Wytrawniejsi ludzie więcéj pracujący myślą, szafujący zapał na słowa, łacniéj wytrzymują odwłokę, lud cały pod panowaniem uczucia od niego wprost przechodzić musi do czynu. Rzemieślnicy nie politykując, nie rachując, nie troszcząc się o jutro, chcieli walki dla saméj walki, choćby nawet bez zwycięztwa. Szło im o te chwile, w któréj by długie pomścili upokorzenia, a potém? Choćby śmierć! —
Tak wielkiego poświęcenia bez jakiéjkolwiek nadziei skutku nie godziło się przyjąć, ale niepodobna go téż było powstrzymać, bo zapał rósł z dniem każdym; a gdy ci poczciwi synowie kraju domagali się śmierci, wyrzucając tchórzostwo tym co się jéj obawiali, byłże środek ukazania im niebezpieczeństw i bezużyteczności ofiary?
Wśród najgorętszych domagań się organizacyi, broni, dowódzców, przebiegła te kupki gwarżące wieść o znajdujących się szpiegach i zaczęły narady o sposobie uwinienia się z niemi nimby nadeszła policya.
W jednéj chwili zorganizowano ten wymiar doraźnéj sprawiedliwości. Kilku młodszych rozstawiono na czatach, aby zawczasu znać dali o nadchodzącéj sile zbrojnéj, zręczniejszych zaś wysadzono na to aby poznaczonych kółkami rozdzielić, otoczyć i w kłótnią wprowadzić.
Gdy porucznik popijał spokojnie bawara, zbliżył się doń straszny drab, który usiadł przy tym samym stoliczku i począł z nim rozmowę. Z razu była ona nic nieznacząca, ale nieznajomy zaczął sobie pozwalać takich żartów, że Presler który w sobie szanował podporę tronu począł się już zżymać.
— Kochanie moje, mówił ów wysoki mężczyzna do porucznika, ja czuję, że ty musiałeś gdzieś służyć w wojsku.
— Może się waćpan nie mylisz, rzekł Presler, ale prosiłbym mnie nie tykać.
— Dla czego kochanie moje?
— Bo się tak blisko nie znamy.
— To jest że ty mnie nie znasz i to z twojéj strony bardzo jest wielkim grzechem, powinieneś znać wszystkich takich jak ja.
— Dla czego?
— A macnij no się po kieszeni, masz tam pewnie karteczkę?
— Co za karteczkę?
— Już ja ci tego nie powiem, bo wiem że się domyślisz. Ale słuchaj no, dziś ci to płazem nie pójdzie, żeś tu wlazł. Wybieraj więc, czy wolisz dwadzieścia kijów, czy żebym ci smołą na czole napisał coś za jeden. —
Porucznik zerwał się z krzesła i chciał ku drzwiom, ale uczuł że go z tyłu trzymano, wziął się do kija, ale rąk nie miał, dobył ile miał siły, wołając na pomoc, ale w tejże chwili ta sama operacya odbywała się z kilką jego towarzyszami i podwładnymi. Każdy myślał o sobie. Presler znalazł się w rękach kilku silnych czeladników którzy go straszliwie okładać poczęli. Z rozpaczą prawie, sądząc że już dlań ostatnia wybiła godzina, zasłaniał się rękami, kijem, padał, toczył po ziemi, usiłując o ile mu pamięć dozwalała zbliżyć ku drzwiom. Nie rychło jednak, mocno pobity schronił się do ciemnéj sieni, i nie śmiejąc wypaść na ulicę zatoczył wschodkami do lochu dokąd go już ktoś był uprzedził. Przesiedział tam w milczeniu nie śmiejąc tchu puścić dopóki się zupełnie nie uciszyło.
Po zbiciu szpiegów, wszystka czeladź rzemieślnicza rozpierzchła się tak szybko, że gdy nadbiegła siła zbrojna, którą wcześniéj zawezwał niemiec gospodarz, nikogo już nie było, oprócz dwóch najmocniéj potłuczonych w izbie, a Presler z nieznajomym towarzyszem w szyi lochu. Najzabawniejszem ze wszystkiego było to, że ajenci policyjni żadnego z winnych po nazwisku wymienić nie mogli, bo ich nie znali. Niemiec nawet gospodarz któryby był chętnie wskazał burzycieli pokoju zaprzysięgał, że żaden z dzisiejszych gości, nie należał do tych co zwykle tu uczęszczali. Byli to widocznie robotnicy z innych dzielnic miasta umyślnie na tę wyprawę przeznaczeni.
Gdy Presler dobrze się rozpatrzywszy wylazł nareszcie ze swojéj kryjówki i wszedł do opustoszałéj bawaryi, aby tam poszukać zgubionego kapelusza i czemkolwiek się pokrzepić, zastał już na pobojowisku samą policyą, rannych i gospodarza w szlafmycy narzekającego na te niespokojne Polaki. —
Presler podobniejszy był do widma niż do żywego człowieka, blady, potłuczony, przestraszony i gniewny. I on także nie umiał ani jednego wskazać nazwiska. Była to więc wyraźna policyi porażka. Zbici i cali pocieszali się wódką, któréj obficie dostarczył niemiec strwożony o los swego zakładu, naradzając się nad raportem, jaki złożyć mieli aby swe niepowodzenie utaić. Porucznik pożyczywszy czapki, bo kapelusz jego rozdarty na wpół, podobny był do zdechłego niedoperza, ruszył powoli do domu, wzdychając ciężko nad potłuczonemi kośćmi. Tą razą nawet obficie pochłonięta wódka na głowie jego żadnego nie uczyniła wrażenia.
Jakkolwiek w nieszczęśliwym swym stanie różne go spotykały koleje, po raz jednak pierwszy Presler był tak widocznie poszlakowanym i ukaranym boleśnie. Głęboko więc rozmyślał nad coraz czarniéj jakoś wyglądającą przyszłością, ale odebrane razy obudziły też w nim gniew i zajadłość. Pragnął się pomścić na sprawcach tego zamachu, którzy śmieli tak wysokiego urzędnika poturbować.
— Ja im dam, ja ich nauczę! pomrukiwał przez całą drogę, ja im tego nie daruję, odkryję, wyszukam, i będą dyndać, jakem Presler, jakem Presler, będą dyndać panicze. —
Ponotował był sobie kilka fizyonomii wyrazistszych, a szczególniéj tego wysokiego draba którego za pierwszą przyczynę całéj burdy uważał.
— Już chyba żyw nie będę, albo on się pod ziemię schowa, żebym go w Warszawie nie znalazł, a potem, jak tego szelmę powieszą, zkwituję już z rzemiosła. Byle tylko Julek wyszedł na doktora, niech ich djabli wezmą, służyć nie będę, zostanę uczciwym człowiekiem; bo to takie rzeczy niebezpieczne, że człek i życia niepewien nigdy.
W tych myślach, nieco wcześniéj niż zwykle i daleko pokorniejszy niż zwyczajnie, wszedł po cichu do izby. Żona poznała go po chodzie i żywo pobiegła ku niemu.
— Mów, zawołała, coś zrobił Julkowi, mów zbrodniarzu! Tyś gotów własnemu dziecku kamień uwiązać u szyi.
Rzuciła się nań z taką gwałtownością chwytając go za gardło, że porucznik i tak już osłabły zachwiał się i cofnął.
— Mów, coś zrobił Julkowi!
— Ale ja Julka w oczy nie widziałem, kobieto oszalałaś! Cóż się mu stało?
Ale z za łez i rozpaczy nieszczęśliwéj matki trudno się czego było dowiedzieć. Porucznik powtórzył przerażony:
— Gdzież Julek? co Julkowi?
Rózia która nadbiegła, z wielomownością dziecięcia, z którego jeszcze nie była zupełnie wyrosła, poczęła paplać żywo:
— Tatuniu! Julek wrócił jak szalony do domu, krew mu gębą i nosem ciekła, musiałam chodzić po pana Mayera, co mu zapisał jakieś lekarstwo. Dopiero niedawno troszkę się uspokoił i poszedł do swojéj stancyi.
Porucznik który tak kochał tego syna, że dlań byłby wszystko poświęcił, pobladł i struchlał. Własne cierpienie już mu zupełnie wyszło z pamięci, obawa o syna przemogła je i zwyciężyła.
— Julek, zawołał, Julek chory! Ale cóż ja temu winien?
— Tyś wszystkiemu winien! krzyknęła matka, cierpim przez ciebie i za ciebie. Julek nic mi powiedzieć nie chciał, ale kilka razy wyrwało mu się mimowolnie jakby narzekanie na ciebie. W tym jest twoja sprawa, niegodziwy człowiecze, mów, mów, coś ty mu uczynił?
Porucznik dotknięty boleśnie, nie mógł pojąć co się działo, nie rozumiał téj napaści, ale obawa o syna, nie dozwoliła mu dłużéj trwać w téj niepewności; nie słuchając żony która za nim biegła wyrzekając, poleciał na górę wprost do syna izdebki, otworzył drzwi i przypadł nagle do łóżka na którem Juljan leżał blady. Matka dążyła za nim. Syn jak tylko postrzegł ojca, zerwał się o swéj sile, widać było że miał nieco gorączki, podstąpił ku wchodzącej matce i rzekł do niéj łagodnie:
— Proszę cię zostaw nas samych.
Zawahawszy się chwilę i wyrazisto spojrzawszy na męża, posłuszna matka ustąpiła, ale niespokojna bo nie uszedł jéj wejrzenia pistolet leżący na łóżku Juljana.
W głowie porucznika wrzało i przewracało się, jakaś dziwna obawa chwytała go za serce w obec własnego dziecięcia.
Juljan nie będąc spokojnym, był jednak uspokojonym nieco i panem siebie. Gdy matka wyszła, zamknął za nią drzwi na klucz.
— Zbyt dobrze wychowaliście mnie, mój ojcze, rzekł powoli, ażebym nie wiedział, co się odemnie rodzicom należy. Wiem i to, że ani dziecię za rodziców, ani rodzice za dzieci przed sprawiedliwym sądem Boga i ludzi odpowiadać nie mogą, ale samo prawo Boże tak związało rodzinę że cokolwiek dotknie jednego z jéj członków chlubą lub sromotą odbija się na wszystkich. Ojcze, powiedz mi mamli sobie odebrać życie z rozpaczy? jestli to prawda, co mnie dziś o mało nie zabiło...?
Juljanowi zabrakło odwagi, porucznik się wszystkiego domyślił, a miłość dla dziecka natchnęła go jakąś nieograniczoną bezczelnością.
— Co? co ma być prawdą? mów!
Juljan zawahał się jeszcze.
— Mów mi zaraz. —
— Ty służysz rządowi?
— Ja rządowi? ja? któż ci to powiedział? ja? stary wojskowy! com za ojczyznę krew przelewał! uderzył się w piersi.
— Zkądże ta potwarz? kto śmiał ją rzucić, mów, ażebym mu język wydarł z gęby. Kto to ci powiedział?? kto! kto? kto?
Porucznik z taką to mówił gorącością, tak pragnął syna oszukać i tak zrozpaczonemu dziecku wydał się oburzonym że Juljan pobladłszy strasznie ze złożonemi rękami padł przed nim na kolana, a potem twarzą na ziemię ściskając go za nogi.
— Ojcze, zawołał rozczulony, przebacz! daruj! zapomnij! Szło mi o ciebie, o nas wszystkich. W téj chwili gdy się budzi ojczyzna, usłyszeć obwinienie takie, jest wyrokiem śmierci. Przyznam ci się nie mógłbym był wytrzymać ohydy naszego imienia. Patrz! oto broń nabita, chciałem sobie życie odebrać.
Porucznik ledwie się trzymał na nogach ale niebezpieczeństwo syna dodawało mu sił do heroicznego kłamstwa.
— O! ludzie, zawołał, kogoż ten złośliwy język nie dotknie! I mnie? mnie? com walczył za kraj, co prześladowany nędzę znoszę śmieli posądzić.
Tu zatrzymał się i nagle spytał:
— Gdzież? kto ci to powiedział?
— A! nie wiem! nie znam go, ten zbrodzień wskazał mi ciebie ręką i po dwakroć powtórzył — To szpieg....
Porucznik straszliwie się oburzył, chodził po izbie wyrzekając, klnąc, przysięgając przed synem że to była najohydniejsza potwarz.
Poczciwy Juljan myślał tylko jakby ojca ukołysać i uspokoić. Chodził za nim, całował go po rękach, przepraszał. — Presler pierwszy raz w życiu grał tak dobrze komedyą że go o nią posądzić nie było można, syn zaklinał się że gdyby drugi raz spotkał człowieka (którego szczęściem twarzy nie widział) życie mu odbierze.
Tak się skończyła ta scena między ojcem a dziecięciem, ale Presler poruszony nią choć się obawiał żony zszedł do niéj jeszcze. Przed nią kłamać nie było można, ona wiedziała wszystko.
— Słuchaj, rzekł rzucając na nią ognistemi oczyma, wiesz ty co czy nie?
— Mówiłam ci że nic nie wiem.
— Juljanowi jakiś szatan powiedział żem ja szpieg, Juljan chciał sobie w łeb strzelić! — Uspokoiłem go, przysiągłem, patrzajże mi kobieto, żeby się nic nie dowiedział! Ja ci życie wydrę.
Żona odepchnęła go ze wzgardą.
— Milcz! rzekła, ty nie masz prawa żadnemu z nas grozić, nikomu robić wymówek; tyś tak spodlony, że ani ojcem w domu ani mężem nie godzien jesteś nazwać się; tyś sprzedany sługa moskiewski! A jeśli kiedy na nas spadnie pomsta Boża to za ciebie. Nie groź, idź, milcz i pij swoją sromotę.
To mówiąc odstąpiła od niego i powoli poszła do izdebki syna. Księżyc był zszedł na niebie, Juljan otworzył okno i uspokojony, prawie szczęśliwy patrzał na wypogodzone sklepienia napawając się wiosennem powietrzem. To spojrzenie na świat Boży było dlań modlitwą. Chwilami tylko wspomnienie wypadków, myśl że ktoś był na świecie co śmiał ten straszny zarzut ojcu jego uczynić zachmurzała jego czoło, poczuł matkę blisko siebie i uśmiechnął się do niéj aby ją uspokoić.
— Idźcie spać, rzekł, mnie już dobrze, mnie już nic, bądźcie spokojni! jam szczęśliwy! —





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.