Villette/Rozdział XVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Sprzeczamy się
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVIII
SPRZECZAMY SIĘ

Przez pierwsze dni mojego pobytu w La Terrasse, nie siadał Graham nigdy obok mnie, ani też, podczas zwykłego swojego przemierzania pokoju tam i z powrotem, nie zbliżał się ku miejscu, gdzie siedziałam; stale sprawiał wrażenie pochłoniętego jakimiś troskami, poważniejszego niż zazwyczaj. Podejrzewałam wówczas, że myśli jego krążyć muszą dokoła panny Fanshave, spodziewałam się co chwilę zerwania się jej imienia z jego ust. Byłam w każdym razie stale w pogotowiu na przyjęcie czułych jego zwierzeń. Nakazałam własnej cierpliwości pozostawanie wciąż pod bronią, a sympatia moja dla niego zniewalała mnie do stałego odnawiania jej zasobu, aby móc darzyć go nią ni to z rogu obfitości. Pewnego dnia wreszcie, po krótkiej walce wewnętrznej, którą dostrzegłam i uszanowałam, poruszył ten temat. Dotknął go delikatnie, anonimowo niejako.
— Przyjaciółka pani spędza swoje wakacje na podróżowaniu, jak słyszę?
— „Przyjaciółka“! — Zaprawdę! — pomyślałam nie bez ironii, nie uważałam jednak za właściwe zaoponować. Niech myśli co i jak mu się podoba: chce uważać ją za moją przyjaciółkę — niech i tak będzie. Zgadzam się na tego rodzaju posądzenie. Nie mogłam jednak, tytułem próby chociażby, powstrzymać się od zapytania kogo właściwie ma na myśli.
Usiadł przy moim stoliku do robót; wyraźnie zdenerwowany wziął do ręki kłębuszek bawełny i zaczął odwijać go bezmyślnie.
— Czy Ginevra — zaczął i wnet poprawił się — czy panna Fanshave udała się wraz z państwem Cholmondeley na objazd południowej Francji?
— Tak.
— Czy panie korespondujecie z sobą?
— Zdziwi się pan, jeśli powiem, że nigdy nie przychodziło mi na myśl starać się o zdobycie tego przywileju.
— Miała pani okazję widywania jej listów?
— Tak. Kilku, do jej wuja.
— Nie brak w nich było prawdopodobnie ani polotu, ani owej przedziwnej „naïveté“ zarazem; tyle ognia płonie w jej duszy, a równocześnie tak mało w niej sztuczności.
— Pisuje w sposób nader przejrzysty i zrozumiały, o ile przynajmniej dotyczy to jej listów do pana de Bassompierre: tak wyraźnie i jasno tłomaczą się, że nie podobna ich nie rozumieć (listy Ginevry do bogatego jej krewniaka miewały przeważnie charakter dokumentów handlowych, niedwuznacznych żądań pieniędzy).
— A jej charakter pisma? Jest na pewno ładny, subtelny, prawdziwy charakter pisma wytwornej damy, prawda?
Był rzeczywiście taki; przyznałam mu, że przypuszczenie jego jest zupełnie słuszne.
— Jestem przekonany, że wszystko co panna Fanshave robi, jest dobrze zrobione — rzekł — że zaś nie spieszno mi było odezwać się potakująco, i przyznać tym samym rację jego uwadze, dodał:
— Czy mogłaby pani, która zna ją dobrze, wymienić mi jakikolwiek z jej braków?
— Robi wiele rzeczy bardzo dobrze — pomiędzy innymi niezrównanie uprawia „flirt“ — dodałam w myśli.
— Jak sądzi pani, kiedy wróci ona do miasta? — zapytał.
— Pozwoli pan, panie doktorze Johnie, że wyjaśnię panu przede wszystkim pewną okoliczność. Zbytnio zaszczyca mnie pan przypisywaniem mi wyższego stopnia poufałości z panną Fanshave aniżeli ten, z jakiego mam szczęście korzystać. Ginevra nie zwierzała mi się nigdy ani ze swoich tajemnic, ani ze swoich planów. Osobistych najbliższych jej przyjaciół znajdzie pan w innej, aniżeli moja, sferze ludzi: pośród takich Cholmondeley‘ów na przykład.
Był przekonany, że powoduje mną zazdrość podobna do jego własnej.
— Niech jej pani nie bierze za złe — rzekł — niech ją pani sądzi z większą wyrozumiałością; olśniewa ją nadmiernie nieco blask stosunków światowych, rychło wszakże przekona się jak bardzo płytcy są ci ludzie, powróci też do pani ze zdwojonym przywiązaniem i pogłębioną ufnością. Wiem coś niecoś o tych Cholmondeley‘ach: to ludzie powierzchowni, lubiący popisywać się, samolubni. Może mi pani wierzyć, że Ginevra w głębi duszy ceni panią nieskończenie wyżej od dziesiątków takich jak oni.
— Bardzo pan łaskaw — odparłam krótko. Chęć wyparcia się przypisywanych Ginevrze uczuć dla mnie paliła mi wargi, opanowałam jednak niewczesny mój zapał. Zgodziłam się uchodzić za poniżoną, wzgardzoną i odtrąconą, tęskniącą za odzyskaniem roli powiernicy dystyngowanej panny Fanshave, wierz mi wszakże, czytelniku, że nie łatwo było mi zdecydować się na to.
— Rozumie pani wszelako — mówił Graham w dalszym ciągu — że, pocieszając panią w ten sposób, nie mogę znajdować podobnej pociechy dla samego siebie; nie mogę żywić nadziei, aby miała ona w przyszłości ocenić sprawiedliwie i mnie także. De Hamal jest jednostką zupełnie bezwartościową, czuję jednak, że podoba on się jej. Nieszczęsne zaślepienie!
W tym momencie straciłam ostatecznie cierpliwość. Bez żadnych przygotowań i wstępów wybuchłam od razu. Przypuszczam, że przebyta niedawno choroba i pozostała po niej słabość przyczyniły się do tego załamania.
— Panie doktorze — oświadczyłam — jeżeli kto ulega zaślepieniu, to pan właśnie. Na wszelkich punktach poza tym jednym szczególnym, jest pan zdrowo myślącym, odważnym, szczerym, trzeźwym, jasno zapatrującym się na rzeczy mężczyzną: na tym jedynym punkcie stał się pan bezwolnym sługą, niewolnikiem. Oświadczam panu wręcz, że o ile sprawy dotyczą panny Fanshave, nie zasługuje pan na szacunek; ja w każdym razie nie mam go dla pana.
Podniosłam się i, wielce wzburzona, wyszłam z pokoju.
Drobna ta scysja odbyła się z rana; zetknęłam się z doktorem Brettonem ponownie tego wieczora. Przekonałam się wówczas, jak bardzo zbłądziłam. Nie był on ulepiony ze zwykłej gliny, ani też nie złożyły się na ukształtowanie go pospolite materiały. Zewnętrznie wydawał się silny i odporny, głębiej wszakże ukryte składniki jego istoty duchowej były koronkową robotą o kobiecej nieledwie subtelności wykonania; delikatniejsze, o wiele delikatniejsze, aniżeli można było spodziewać się, aniżeli można byłoby podejrzewać w nim nawet po latach bliższego z nim obcowania. W istocie też dopóki nad miarę ostre szarpnięcie jego nerwów nie zdradziło skutkami swoimi niezwykłej ich nadwrażliwości i kunsztowności ich budowy, można było nie domyślać się tego wcale, zwłaszcza że nie należał do natur osobliwie pochopnych do roztkliwiania się nad innymi. Zdolność przejmowania się poruszeniami serca i duszy innych ludzi i dar podchwytywania w lot cudzych odczuwań — są dwiema różnymi właściwościami; nieliczni posiadają jedną i drugą w jednakiej mierze; niektórzy nie posiadają żadnej. Doktora Johna cechowała jedna z nich w stopniu najdoskonalszym. Że zaś jak przyznałam, nie był on obdarzony i drugą również w stopniu równie wielkim, zmuszona jestem prosić czytelnika, aby zechciał powstrzymać się od wyciągania z tego stwierdzenia zbyt daleko idących wniosków i uznania go za nieczułego, zimnego. Byłoby to wnioskowaniem zgoła fałszywym, należał on bowiem, wprost przeciwnie, do natur wyjątkowo współczujących i wspaniałomyślnych. Wystarczyło szczerze i otwarcie wyznać mu troski swoje i potrzeby, aby ręka jego otwierała się szczodrze. Nie był nigdy głuchy na wyjawianie przed nim cudzych bolączek. O ile jednak spodziewalibyśmy się po nim osobliwego jakiegoś wysubtelnienia odczuwań, cudów intuicji, spotkałoby nas na pewno rozczarowanie. Tego wieczora, kiedy doktór John wszedł do salonu jasno oświetlonego już lampą, przejrzałam go od razu na wskroś.
Ustosunkowanie się jego do osoby, która poważyła się nazwać go „niewolnikiem“ i uznała go na jakimkolwiek punkcie niegodnym jej szacunku, musiało być osobliwe. Nie probował nawet przeczyć, aby epitet niewolnika, zarówno jak odmówienie mu szacunku na jakimkolwiek punkcie, nie były zasłużone. Gotów był nawet spokojnie przyznać możliwość podobnych braków u siebie. W zasadności czynionych mu przeze mnie zarzutów upatrywał przyczynę niepowodzenia, które tak mąciło i zatruwało spokój jego ducha i poiło go tak wielką goryczą. To samoudręczanie się znajdowało wyraz zewnętrzny w jego zachowaniu, które i mnie i jego matce wydało się dziwnie poważne, może nawet nieco oziębłe. Nie wyczuwało się w nim gniewu, rozgoryczenia, czy żalu, ani też drobiazgowych pretensji do kogokolwiek. Nawet w tym zgnębieniu swoim jaśniał pięknem prawdziwie męskiej szlachetnej dostojności. Kiedy, nie czekając na służącę, przysunęłam jego krzesło do stołu i drżącymi nieco rękami podałam mu filiżankę herbaty, skinął głową i rzekł:
— Dziękuję pani, panno Lucy — tak uprzejmym tonem miękkiego zawsze głosu, jakiego nigdy jeszcze nie słyszałam z jego ust.
Co się tyczy mnie samej, miałam przed sobą jedną tylko drogę i jeden powzięłam plan: muszę za wszelką cenę, o ile mam w ogóle zasnąć tej nocy, okupić karygodną gwałtowność mojego wystąpienia. Podobny stosunek nie zda się na nic; nie byłabym w stanie znieść go; nie udawałam ani na chwilę przed samą sobą, abym zdolna była podtrzymywać w tych warunkach stan wojenny pomiędzy mną a nim. Gotowa byłam raczej znieść wszystko: samotność pensjonatu, klasztorną ciszę i zastój bezruchu, aniżeli żyć poróżnioną z doktorem Johnem. Co zaś do Ginevry, pozwolę jej ustroić się w srebrzyste skrzydła gołębicy, czy wszelkiego innego symbolizującego anielską łagodność ptaka i wznieść się na najbardziej niebosiężne szczyty, pośród najbardziej niedostępne gwiazdy, gdzie wyimaginowany najwyższy lot jej wielbiciela umieścić zechce konstelację jej wdzięków: nigdy więcej nie poważę się krytykować, a tym bardziej rozwiewać tej ułudy.
Przez długi czas usiłowałam skrzyżować z nim spojrzenie. Oko jego wielokrotnie spoczywało na mnie, nie mając wszakże nic do powiedzenia mi, odwracało się, pozostawiając mnie stropioną i zawiedzioną. Po wypiciu herbaty przesiedział czas jakiś spokojny i smutny, czytając książkę. Pragnęłabym móc zdobyć się na odwagę podejścia do niego i zajęcia miejsca przy nim, wydawało mi się jednak, że gdybym odważyła się na podobną śmiałość, ujawniłby niezawodnie wrogi swój do mnie stosunek, a bodaj oburzyłby się nawet. Pragnęłam całą duszą przemówić, a nie zdobywałam się na szepnięcie chociażby. Kiedy matka jego wyszła z pokoju, nie wytrzymałam już dłużej nękającej mnie zgryzoty i jęknęłam zdławionym głosem:
— Panie doktorze!...
Podniósł oczy sponad książki; oczy te nie były ani zimne, ani nieprzyjazne, ust jego nie skrzywił uśmiech cyniczny. Zdawał się gotów wysłuchać co mam mu do powiedzenia; jego usposobienie było zbyt łagodne i szlachetne, aby miał zacinać się i gorzknieć w burzliwym nastroju.
— Panie doktorze, niech mi pan wybaczy nieopatrzne moje słowa! Proszę niech mi je pan naprawdę wybaczy!
Uśmiechnął się.
— Były trafne może i usprawiedliwione, panno Lucy. Jeśli nie żywi pani dla mnie szacunku, pewien jestem, że nie zasługuję nań w istocie. Obawiam się, że jestem niezdarnym, niepoprawnym głupcem; nie umiem widocznie postępować jak należy, gdziekolwiek bowiem pragnąłbym podobać się, okazuje się, że nie jestem zdolny zyskać uznania.
— O, nie może pan twierdzić, aby tak być miało. A gdyby nawet było tak, czy nie jest to raczej wynikiem fałszywego ujmowania sprawy przez innych, a nie winą własnego pańskiego charakteru? Nade wszystko wszakże, proszę, niech mi pan pozwoli cofnąć wypowiedziane niebacznie słowa. Głęboko poważam pana pod każdym względem, bez wyjątku. Czymże innym bowiem jeśli nie najwyższą doskonałością pańską wytłomaczyć daje się to pańskie szacowanie siebie samego tak nisko, a innych tak wysoko?
— Czyż mógłbym szacować zbyt wysoko Ginevrę?
Ja sądzę, że tak, pan zaś jest przeświadczony, że nie. Pozostańmy każde przy swoim mniemaniu. Nade wszystko wszakże, proszę, niech mi pan wybaczy. Na tym mi jedynie zależy.
— Czy naprawdę mogłaby pani posądzać mnie o żywienie urazy z powodu jednego złego słowa?
— Tak, jestem pewna, że nie jest pan zdolny do tego. Proszę jednak, niech mi pan powie wyraźnie:
— „Wybaczam pani, Lucy!“
— Niech pan powie mi to aby serce moje przestało krwawić z żalu.
— Niech pani uspokoi swoje serce, tak samo jak ja uspokoję moje, bo naprawdę zraniła je pani, Lucy. A teraz, kiedy ból już minął, nie tylko wybaczam pani, ale jestem pani wdzięczny, jako osobie szczerze pragnącej mojego dobra.
— Tak, ma pan słuszność, szczerze, z całej duszy, pragnę pańskiego dobra.
Na tym zakończył się nasz spór.
Zechciej wybaczyć mi, czytelniku, jeśli w toku tego opowiadania przekonasz się, że sąd mój o doktorze Johnie jest nazbyt zmienny. Oddaję tutaj moje doznawania w tej postaci, w jakiej odczuwałam je w danym czasie; opisuję charakter doktora Johna takim, jakim wydawał mi się w opisywanej przeze mnie chwili.
Przedziwna subtelność i szlachetność jego natury ujawniła się w tym chociażby, że po owym nieporozumieniu był dla mnie serdeczniejszy, niż poprzednio. Co więcej, wydarzenie to, które, w moim pojęciu, powinno było w pewnym stopniu oddalić go ode mnie, wpłynęło w istocie na zmianę wzajemnych naszych stosunków, nie w tym sensie wszakże, jakiego tak bardzo obawiałam się. Do owego czasu dzieliło nas coś niewidzialnego, ale wyczuwalnie chłodnego, jakaś zapora bardzo cieniutka, bardzo przejrzysta, a jednak niewątpliwie mrożąca, jak gdyby przegroda lodowa nie dopuszczała pomiędzy nami obojgiem możności bezpośredniego porozumiewania się. Tych kilka cieplejszych słów, jakkolwiek rozgrzanych gniewem tylko, rozpuściło tchnieniem swoim cienką lodową zaporę, która runęła niebawem pod ich ciepłem. Od tego dnia, jak mi się wydaje, przez cały czas trwania naszej zobopólnej przyjaźni, nie pozostawał ze mną nigdy, ani na chwilę, w rozmowach naszych na stopie ceremonialnej. Zdawał się wyczuwać, że ilekroć zechce mówić o sobie samym, o tym, co najbardziej go interesowało, sprawi mi tym najżywszą satysfakcję, najbardziej odpowie moim najgłębszym pragnieniom. Zrozumiałe jest, oczywiście, że w dalszym ciągu słyszałam wypowiadane przez niego nader często imię „Ginevry“.
Ginevra! Widział ją oczami duszy tak dobrą, tak piękną; mówił z tak tkliwą miłością o jej powabach, o jej słodyczy, o jej niewinności, że, wbrew trzeźwej mojej świadomości istotnego stanu rzeczy, odblask tego zachwytu bezwiednie dla mnie samej opromienił i moje nawet pojęcie o jej osobie. Zmuszona wszakże jestem szczerze wyznać ci, czytelniku, że mówił on często niedorzeczności; i to wszakże nie było zdolne zachwiać i wyprowadzić z równowagi mojego wyrozumienia dla niego.
Wystarczała mi najzupełniej ta jedna lekcja. Przekonała mnie ona, jakim bólem nie do zniesienia byłoby dla mnie sprawienie mu przykrości, a tym bardziej rozczarowania. W dziwny, dotychczas jeszcze niepojęty dla mnie sposób stałam się największą w świecie egoistką, najzupełniej niezdolną oprzeć się rozkoszy ulegania jego woli i pragnieniom, odpowiadania wtórem zgodnym na jego nastroje. Nie przestawał wprawdzie wydawać mi się niedorzecznym, kiedy uparcie wątpił w możliwość, w zdolność swoję pozyskania wzajemności panny Fanshave. Uparciej niż kiedykolwiek utrwalało się we mnie przeświadczenie, że kokietowała go ona jedynie, aby tym silniej go podniecić, ale że w głębi serca chłonęła pożądliwie każde jego słowo, każde jego spojrzenie.
Czasem draźnił mnie doktór John wbrew mojemu postanowieniu cierpliwego wysłuchiwania i znoszenia wszystkiego. Wśród nieopisanej, żółcią zaprawionej rozkoszy słuchania go tak mocny cios trafiał w krzemienny pokład mojej stanowczości, że krzesał zeń dawny znów ogień.
Pewnego dnia wreszcie stwierdziłam, pragnąc zapewnieniami moimi ukoić jego zniecierpliwienie, że ja sama, w głębi duszy, zdobyłam pewność nieledwie zgodzenia się panny Fanshave prędzej czy późnej.
— Pewność! Łatwo to powiedzieć, czy jednak ma pani jakieś podstawy, aby tak sądzić?
— Najniezawodniejsze podstawy.
— O, Lucy, niech mi je pani wyjawi!
— Zna je pan równie dobrze jak ja; dziwię się też, że, znając je, nie ufa pan niezachwianie wierności Ginevry. Wątpić w tych warunkach, to znieważać ją nieledwie.
— Zapala się pani i zaczyna pani mówić prędko, nie mogąc złapać tchu; może pani mówić jeszcze prędzej i bardziej jeszcze zadyszeć się, ale musi pani wyjaśnić mi dokładnie co pani ma na myśli! Musi pani!
— Dam panu to wyjaśnienie. W niektórych wypadkach jest pan, doktorze Johnie, szczodrym, wspaniałomyślnym człowiekiem: wielbicielem, zawsze gotowym do składania ofiar. Gdyby ojcu Silasowi udało się kiedykolwiek nawrócić pana, udzielałby mu pan hojnie jałmużny dla jego ubogich, stroiłby pan jego ołtarze świecami i kwiatami, uczyniłby pan co byłoby w pańskiej mocy, aby zbogacić ołtarz wielbionej przez pana świętej. Ginevra, doktorze Johnie...
— Cicho! — powstrzymał mnie — niech pani nie mówi dalej.
— Nie uciszę się, nie zamilknę, będę mówiła w dalszym ciągu! Ginevra miała ręce pełne darów pańskich więcej razy, aniżeli zdolny pan jest policzyć. Wyszukiwał pan dla niej najkosztowniejsze cieplarniane kwiaty; łamał pan sobie głowę nad obmyślaniem prezentów dla niej, prezentów ofiarowywanych w możliwie najdelikatniejszy sposób, na jaki kobieta jedynie, zdałoby się, zdolna byłaby zdobyć się. Panna Fanshave posiada także zbiór klejnotów, na których nabycie musiała szczodrość pańska posunąć się do granic szaleństwa nieledwie.
Skromność, jakiej sama Ginevra nie okazała nigdy w tej sprawie, zalała teraz gorącym rumieńcem twarz jej wielbiciela.
— Ależ skąd znowu! — obruszył się, odcinając w zapale nożyczkami moimi pasemko jedwabiu. — Poważyłem się ofiarować jej te drobiazgi, aby sprawić przyjemność samemu sobie. Czułem, że panna Fanshave wyświadcza mi łaskę, decydując się przyjąć je.
— Wyświadczyła panu więcej niż łaskę. Przyjmując je, zobowiązała się tym samym honorem, że wywdzięczy się panu w jakiś sposób za ten dar, o ile bowiem byłaby świadoma, że nie będzie mogła spłacić tego długu godnym odzewem na pańskie uczucia, byłoby jej obowiązkiem wręczyć panu równowartość handlową w postaci odpowiedniej ilości sztuk złota.
— Ależ nie rozumie jej pani, Lucy! Jest zbyt bezinteresowna, aby miała odpowiednio cenić moje podarunki, których wartości nie zna i nie domyśla się w prostocie swojego ducha.
Roześmiałam się: słyszałam ją, wymieniającą przypuszczalną cenę każdej sztuki z osobna. Dobrze było mi też wiadomo, że sprawy pieniężne, względy materialne, plany zdobycia gotówki czy odpowiednio cennych wartości, i sposoby urzeczywistnienia tych planów stanowiły ulubiony temat jej rozważań w ciągu lat całych.
— Szkoda, że pani nie mogła widzieć jej w momentach ofiarowywania jej przeze mnie tych drobiazgów — mówił w dalszym ciągu. — Była taka obojętna, taka nieporuszona! Nie zdradzała najmniejszego zainteresowania się nimi, nie zdawało się nawet sprawiać jej przyjemności przyglądanie się im. Jedynie przez uprzejmość czy niechęć urażenia mnie, pozwalała, aby bukiet czy inny dar leżał przy niej, a nawet zgadzała się zabierać go. Albo też, o ile udawało mi się zapiąć bransoletkę na jej jak gdyby utoczonym z kości słoniowej ramieniu, chociażby nawet ofiarowany klejnocik był Bóg wie jak piękny (zawsze starannie wybierałem to, co wydawało mi się najpiękniejsze) blask jego nie olśniewał nigdy jej oczu, zaledwie też raczyła rzucić przelotne spojrzenie na mój dar.
— W takim razie, nie przywiązując do niego wartości, powinnaby odpiąć go i zwrócić panu?
— Nie! Zbyt dobra jest, aby wyrządzić mi podobną obelgę. Raczyła zdawać się zapominać o mojej śmiałości i przyjmowała mój dar ze spokojem i obojętnością wielkiej damy łaskawie puszczającej w niepamięć tego rodzaju przewiny. Jakże więc może mężczyzna w tych warunkach dopatrywać się w przyjmowaniu jego darów upragnionego przez siebie objawu. Co się mnie tyczy, gdybym nawet złożył u jej stóp wszystko co posiadam, a ona zechciała przyjąć to w dobroci swojej i niezdolności powodowania się jakimikolwiek niskimi, przyziemnymi względami, nie przyszłoby mi na myśl przypuszczać, aby miało to o krok bodaj posunąć naprzód moją sprawę.
— Doktorze Johnie — zaczęłam. — Miłość jest ślepa. — W tej samej chwili wszakże subtelny błysk, jakim zaiskrzył się błękit jego oczu, przypomniał mi dawne czasy, przypomniał mi portret chłopięcy Grahama, każąc mi podejrzewać nieomal, że głoszona przez niego wiara w naïveté panny Fanshave nie była tak bardzo szczera. Skłonna byłam nawet zaryzykować wniosek, że przy całych jego zachwytach nad jej urodą, usprawiedliwianie przez niego jej słabostek oparte jest na trzeźwiejszym zdawaniu sobie sprawy z istotnego stanu rzeczy, aniżeli możnaby sądzić z jego sposobu wyrażania się o niej. A zresztą, mógłby to być błysk przypadkowy tylko, a może też przejaw chwilowego wrażenia jedynie. Nie zastanawiając się tedy bliżej, czy był on jedynie dziełem przypadku, czy też gestem rozmyślnym, rzeczywistością, czy owocem mojej wyobraźni wyłącznie, zakończyłam rozmowę.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.