Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.
KĄPIEL.

Pod cienistem sklepieniem wierzb nadbrzeżnych, co kapały wiotkie gałązki w błękitnej fali Sekwany, wśród gęstej łoziny z różnobarwnego kwiecia, stała obszerna i długa barka, osłonięta namiotem z niebieskiego jedwabiu, służąc za schronienie kąpiącym się Djanom, na których ukazanie się z wody dwudziestu czatowało widzących niecierpliwością Akteonów, zdobnych w kity i pióra, rwąc kopytami swych dzielnych rumaków puszyste wonne wybrzeża. Lecz nawet wstydliwa Djana w swej długiej klamydzie, nie była tak skromną i niedostępną, juk młoda księżna, pięknością równa tej bogini. W kąpieli miała na sobie przejrzystą tunikę do łowów, pomimo tego jej krągłe bielutkie kolana uwydatniały swe kształty, a smagłe ramiona błyskały z pod kołczana; zanim więc, wychodząc, rzuciła się w ramiona swych kobiet, długa zasłona owijała ją całą, czyniąc nieprzeniknioną dla najbardziej ciekawego i bystrego spojrzenia. Gdy wstępowała na schodki, obecni temu poeci, a wszyscy nimi byli, skoro chodziło o księżnę, dwudziestu galopujących poetów stawało w zachwycie. Punkt środkowy poezyj tych i hołdów, król, nakazał milczenie rozwodzącym się w pełnych zapału pochwałach, których uniesienia przeciągnęłyby się do nieskończoności, i zawrócił konia, z obawy, aby nawet poza osłoną z jedwabiu, nie przynieść ujmy skromności niewieściej i książęcej godności. Opustoszało więc wybrzeże, a barkę cisza zaległa. Tylko drżenie i falowanie firanek zdradzało bieganinę kobiet, śpieszących z usługą. Król z uśmiechem przysłuchiwał się uwagom i rozmowom swej świty, lecz baczniej spojrzawszy, łatwo było odgadnąć, iż myśli jego nie tu były zwrócone. To też skoro tylko rozległ się chrzęst pierścieni, zsuwających się po żelaznym pręcie, zwiastując, iż księżna ubrana i ma się ukazać, król zawrócił w miejscu i pędząc cwałem ku rzece, tem samem dał hasło wszystkim, których służba lub upodobanie wzywało do księżny. Król zsiadł z konia, dworzanie poszli za jego przykładem; on podał rękę księżnie, której kształtną kibić uwydatniała amazonka z wykwintnej wełny, misternie haftowana srebrem. Gdy księżna podeszła do swojej wspaniałej andaluzyjskiej mierzynki, jak śnieg białej, trochę może za ciężkiej, lecz z główką kształtna, spojrzeniem mądrem, w którem się ujawniało połączenie krwi hiszpańskiej z arabską, ociągała się chwilowo, jakby z lenistwa, z włożeniem nóżki swej w strzemię; wziął ją więc król na ręce w ten sposób, iż rączka jej otoczyła mu szyję. Ludwik dotknął ustami tej rączki, która nie usuwała się bynajmniej. Następnie księżna, podziękowawszy swemu królewskiemu masztalerzowi, ruszyła z miejsca, a za nią, dosiadłszy koni, dwór cały. Król wraz z księżną jechali stępa. Z tyłu za Jego Wysokością i bratową jego, w nakazanej uszanowaniem odległości, jechali poważni lub pragnący być pod okiem króla dworzanie, miarkując chód rwących się rumaków z chodem wierzchowców króla i księżnej. W tłumionych śmiechach, w dwuznacznych półsłówkach, uszczypliwych żarcikach, biedny nieobecny książę bynajmniej nie był oszczędzany. Lecz, użalano się i utyskiwano nad losem pana de Guiche, a przyznać należy, iż współczucie to było najzupełniej na swojem miejscu. Tymczasem król i księżna puścili się krótkim galopem, a cieniste drogi głębokiego lasu zatętniły pod kopytami licznego zastępu. Orszak cały, rozsiewając po drodze jasność i wesele, zdaleka jeszcze od zamku, gwarem rozgłośnym zwiastował zbliżanie się swoje. Wjechali nareszcie do miasta, a ludność hucznemi okrzyki powitała króla i jego bratowę. Księżna pośpieszyła odwiedzić małżonka. Czuła to dobrze iż zbytnio był wykluczony z ogólnej uciechy. Król udał się do królowych; wiedział, iż obydwom im należało się, a jednej z nich mianowicie, zadośćuczynienie za jego zbyt przedłużona nieobecność. Lecz księżnej nie przyjęto u księcia. Powiedziano jej, iż książę spoczywa. Król, zamiast uśmiechniętej Marji Teresy, spotkał w galerji czatująca na jego powrót Annę Austrjacką, która, postąpiwszy naprzeciw niego, wzięła go za rękę i poprowadziła do siebie. Co tam mówili, a raczej, co królowa matka mówiła synowi, nikt nigdy się nie dowiedział; lecz ktoby był widział jego wburzone oblicze, domyślałby się wrażenia, jakie to sam na sam na nim wywarło. Lecz my z obowiązku tłumacza wszelkich tajemnic, z obowiązku, jaki przyjęliśmy względem czytelnika naszego, poczuwamy się do powinności zapoznania go z wynikiem tej poufnej rozmowy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.