Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
FONTAINEBLEAU.

Czwarty dzień już upływał, jak wszelkie możebne czary złożyły się na to, aby wspaniałe ogrody Fontainebleau zamienić w rozkoszne miejsce pobytu. Pan Colbert wydostał cztery miljony i rozporządzał niemi ze świadomością rzeczy. Każda drjada i sylwan najmniej sto liwrów kosztował dziennie. Do trzystu wynosił kostjum dla jednej z takich figur. Proch i siarka do sztucznych ogni na każdą noc pochłaniały do stu tysięcy liwrów. Prócz tego bywały iluminacje nad brzegiem stawu, kosztujące trzydzieści tysięcy liwrów na jeden wieczór. Zabawy te wyglądały wspaniale. Colbert nie posiadał się z radości. Raz wraz widział księżnę i króla wyjeżdżających na polowania, lub przyjęcie fantastycznych osób, a te uroczystości wymyślono jakoby dla uwydatnienia dowcipu księżnej i monarszej hojności króla. Księżna, bowiem, jako bohaterka tych igrzysk, odpowiadała na przemówienia deputacji ludów nieznanych, jako to niby Garamantów, Scytów, Hiperbojerów, plemion kaukaskich i Patagonów, którzy jakby z pod ziemi wyrastali, śpiesząc ku niej z czołobitnością, za co król ich obdarzał brylantem jakim lub sprzętem drogocennym. Wtedy owi deputowani, wierszem mocno dziwacznym nieraz, wystawiali monarchę, porównywując go ze słońcem, a książę z uroczą Febus, siostrą promiennej gwiazdy dnia, a o królowych i księciu i mowy tam nie było, jakgdyby król poślubił Henrykę angielską.
Szczeliwa para, trzymając się za ręce i nieznacznie ściskając sobie paluszki, napawała się dosyta tym słodkim nektarem pochlebstwa, słodycz tę potęgując własna młodością, urodą i rozkochanem sercem. Kto żył w Fontainebleau, wydziwić się nie mógł wpływowi, jaki księżna wywarła na królu. Wszyscy mówili sobie w duchu, że ona to była królową rzeczywistą. W istocie, król utwierdzał się w tem przekonaniu każdą myślą, każdem słowem, każdem spojrzeniem swojem. Czerpał postanowienia swoje i szukał natchnienia w spojrzeniu księżny, i szalał z radości, gdy raczyła się uśmiechnąć. A czy księżna, widząc wszystkich u nóg swoich, czuła się upojona tą władzą? Nie mogłaby sama tego określić; to jedno tylko wiedziała, że niczego już nie było, czegoby jeszcze mogła zapragnąć, i że czuła się zupełnie szczęśliwą. Z tej zmiany porządku, której źródłem była wola królewska, wynikło, że książę, zamiast być drugą osobą w królestwie, został cofnięty na trzeci plan. Było to o wiele gorzej, niż za czasów, kiedy u księżny dźwięczała gitara de Guicha. Wtedy, chociaż pozostawała księciu satysfakcja, że strachem napełniał tego, co mu zawadzał. Lecz od wyjazdu nieprzyjaciela, wypartego przez sprzymierzenie się z królem, cięższe niż przedtem jarzmo spadło na barki księcia. Co wieczór księżna powracała do siebie, upadająca ze znużenia.
Wycieczki konne, kąpiele w Sekwanie, widowiska, obiady w cieniu rozłożystych drzew, bale nad brzegiem rzecznej odnogi, koncerty, takie zmęczenie wystarczyłoby na zabicie nietylko drobnej i wątłej kobiety, lecz i najtęższego szwajcara zamkowego. Co prawda, na tańce, koncerty i spacery więcej sił znajdzie w sobie kobieta, niż najsilniejsze dziecię trzynastu kantonów. Lecz wszystko ma swoje granice, nawet niewyczerpane napozór siły kobiece, i nadejdzie pora, w której podobny tryb życia staje się niemożebnym do przetrwania. Książę i tej pociechy nie miał, by małżonka jego zrzekła się królowania chociaż wieczorem. Zamieszkała bowiem pawilon królewski wraz z młodą królową i królową matką. Co prawda, miał on nieodstępnego towarzysza w kawalerze Lotaryńskim, który z wytrwałością godną lepszej sprawy sączył kropla po kropli jątrzący jad w świeże rany księcia.
Z tego wynikło, że książę, który po odjeździe Guicha popadł w dziecinną nieledwie wesołość, w trzy dni po przybyciu dworu do Fontainebleau spochmurniał i posmutniał okrutnie. Razu jednego, około godziny drugiej po południu, kiedy wstał później, niż zwykle, i ubrał się bardzo starannie, razu jednego tedy, książę, ponieważ nie słyszał nic o projektach dziennych, zamierzył zgromadzić swój dwór i zabrać księżnę na kolację do Moret, gdzie posiadał piękne letnie mieszkanie. Skierował zatem swe kroki do pawilonu królowych, wszedł i stanął zdziwiony, nie znalazłszy żywej duszy ze służby królewskiej. Nie mogąc być zaanonsowany, puścił się wewnątrz apartamentów. Drzwi na lewo prowadziły do mieszkania księżny, na prawo zaś do młodej królowej. W pokojach żony dowiedział się od szwaczki, zajętej bielizną, że o jedenastej wszyscy pojechali do kąpieli w Sekwanie, że obiecywano sobie wiele przyjemności, że wszystkie powozy czekały u bram parkowych, a odjazd nastąpił przed godziną.
— Dobra myśl!... — pomyślał książę — dobra myśl, piekielne gorąco i jabym się chętnie wykąpał.
I zawołał swoję służbę... Nikt się nie stawił. Począł wołać u księżny, wszyscy wyszli. Zaszedł do stajen. Jeden z masztalerzy powiedział mu, że niema ani powozu, ani jednej karety. Rozkazał tedy osiodłać dwa konie, jednego dla siebie, drugiego dla pokojowca. Masztalerz odpowiedział mu grzecznie, że i konia ani jednego nie było. Blady ze złości książę powrócił do pawilonu królowych. Dotarł aż do modlitewni Anny Austrjackiej. Stamtąd, przez uchyloną portjerę ujrzał młodą swoją bratowę na klęczkach przed królową matką, tonącą wa łzach. Stał niedostrzeżony i niesłyszany. Zbliżył się na palcach i słuchał: widok tego cierpienia zaostrzył jego ciekawość. Niedość, że młoda królowa płakała, ale skarżyła się żałośnie.
— Tak — mówiła ona — król mnie zaniedbuje, cały zajęty uciechami i to takiemi, w których ja nie mam żadnego udziału.
— Cierpliwości, cierpliwości, moja córko — odpowiedziała po hiszpańsku Anna Austrjacka.
Następnie w tymże samym języku dawała jej rady, których książę nie zrozumiał. Królowa odpowiedziała na nie, skarżąc się dalej, wzdychając i płacząc, a książę wśród potoku słów jej odróżniał słowo banos, które Marja Teresa wymawiała z gniewnym naciskiem.
— Kąpiele — powtórzył sobie książę — kąpiele. Widocznie kąpielom coś ma do zarzucenia.
I coś usiłował z urywanych frazesów złożyć, które składać się poczęty w zrozumiałą całość.
W każdym razie łatwo było odgadnąć, że królowa gorzko się skarżyła, a Anna Austrjacka, nie znajdując pociechy, usiłowała jednak natchnąć ją spokojem. Książę w obawie, aby go nie zastano podsłuchującego pod drzwiami, lekko zakaszlał. Na ten odgłos obiedwie królowe obejrzały się. Książę wszedł. Ujrzawszy go, młoda królowa zerwała się szybko i otarła oczy. Książę zbyt się znał na rzeczy, aby zadawać pytania, i znał się na grzeczności do tego stopnia, że milczał. Królowa matka uśmiechnęła się doń przyjaźnie.
Czego żądasz, mój synu?.... — zapytała.
— Ja?.. Nic... bełkotał — szukałem...
— Kogo?
— Księżny, matko, szukałem.
— Księżna pojechała do kąpieli.
— A król?... — zagadnął Filip głosem, który dreszczem przejął królowę.
— Król także, również jak i dwór cały — odparła Anna Austrjacka.
— Z wyjątkiem pani?... — rzekł, zwracając się do młodej królowej.
— O! ja, ja jestem postrachem tych, co się bawią — odparła.
Anna Austrjacka mrugnęła nieznacznie na synowę, która odeszła, zalewając się łzami.
Książę zmarszczył brwi.
— Dziwnie smutne domostwo — rzekł. — Jak ci się zdaje, matko?
— Ależ... nie... nie... wszyscy tu tylko o zabawie myślą.
— To właśnie, co zasmuca tych, którym zabawy te dokuczają!
— Dlaczego to mówisz, drogi Filipie!
— Na honor! mówię, co myślę, matko.
— Wytłumacz się; co takiego zaszło?
— Zapytaj moję bratowę, która przed chwilą zwierzała się przed tobą z trosk swoich.
— Z trosk... jakto?...
— Tak... słyszałem... wypadkiem, co prawda, lecz słyszałem... Aż nadto dobrze słyszałem, jak się skarżyła na słynne kąpiele księżny!...
— A!... szaleństwo!....
— Nie, nie, nietylko szaleni płaczą... Banos — mówiła królowa — czyż to nie znaczy kąpiele?..
— Raz jeszcze mówię ci, mój synu, że twoja bratowa jest zazdrosna aż do dzieciństwa.
— W takim razie, z pokorą wyznaję, iż posiadam tę samą co ona wadę.
— Ty także, mój synu?...
— Bez wątpienia.
— I ty również zazdrosny jesteś o te kąpiele?...
— Spodziewam się!...
— O!...
— Jakto? Król z moją żoną jedzie do kąpieli i nie zabiera królowej?... Cóż to?... Księżna wybiera się kąpać z królem i nie raczą uprzedzić mnie o tem?.. I ty chcesz, matko, aby bratowa moja była zadowolona?.. Chcesz, abym ja z tego się cieszył?...
— Zazdrosny jesteś o króla?... o brata swego?..
— Zazdrosny o brata!... o króla!... tak, pani, zazdrosny!... zazdrosny!... zazdrosny!....
— Daję słowo, mój panie — zawołała Anna Austrjacka, udając gniew i oburzenie — zaczynam myśleć, iż oszalałeś.
Podniosła się, zostawiając księcia na pastwę wściekłemu uniesieniu. Książę stał przez chwilę jak odurzony; przyszedłszy do siebie, dla odzyskania równowagi, znowu udał się do stajni, odszukał masztalerza, zażądał karety, konia a na ponowną odpowiedź, że nie było ani karety ani konia, książę wyrwał harapnik z rąk stajennego i jął okładać biedaka, goniąc go dokoła zabudowań gospodarskich, nie bacząc ani na krzyki, ani na jego prośby; następnie zdyszany, bez tchu, ociekający potem, drżąc na całem ciele, powrócił do siebie, potłukł w drobne kawałki najpiękniejsze swoje porcelany, nareszcie położył się do łóżka w butach z ostrogami, wrzeszcząc na całe gardło:
— Ratunku!...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.