Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXI.
POSŁANNICTWO.

Nazajutrz albo raczej tego samego dnia, bo wypadki, któreśmy opowiedzieli, ukończyły się przed trzecią zrana, wyjechał król na mszę z obu królowemi. Książę zaś z kawalerem Lotaryńskim i z kilku innymi wyjechał konno do rzeki, aby użyć owej sławnej kąpieli, która zawróciła damom głowę. W zamku pozostała tylko księżna, która pod pozorem niezdrowia nie chciała wyjść z mieszkania. W tejże chwili można było zauważyć pannę de Montalais, wymykającą się z pokoju dam honorowych i ciągnącą za sobą pannę de La Valliere, która ukrywała się, jak tylko można. Obie, przebiegając ogrody i oglądając się na wszystkie strony, przybyły do klombów. Montalais, która przez całą drogę pełniła obowiązki przewodniczki, postąpiła kilka kroków i rzekła:
— Bogu dzięki, jesteśmy same; od wczoraj ciągle nas podglądają i otaczają nieprzebytem kołem, jakbyśmy były zapowietrzone.
La Valliere spuściła głowę i westchnęła.
— Jest to rzecz niemiła, że, począwszy od Malicorna a skończywszy na panu de Saint-Agnan wszystkich nasza tajemnica obchodzi. Zastanówmy się, Ludwiko, nad tem, Jak mamy postępować.
La Valliere wzniosła na towarzyszkę piękne oczy, czyste i pogodne, jak niebo wiosenne.
— A ja mam cię zapytać, dlaczego byłyśmy przywołane do księżnej, dlaczego spałyśmy u niej, a nie u siebie, jak zwykle; dlaczego ty powróciłaś tak późno i skąd pochodzą owe środki ostrożności, które dziś rano względem nas przedsięwzięto.
— Moja kochana Ludwiko, odpowiadasz pytaniem na moje pytanie, albo raczej dziesięcioma pytaniami, na które odpowiedzieć nie mogę, powiem ci później wszystko, a że to rzeczy mniejszej wagi, możesz poczekać. To, o co cię pytam, jest nader ważnem, bo stąd wypłynie, czy jest lub niema tajemnicy.
— Nie wiemy, czy jest tajemnica — odrzekła La Valliere — ale przynajmniej co do mnie, wiem, że jest nieroztropność; z powodu niedorzecznego odezwania się mego i jeszcze niedorzeczniejszego zemdlenia, każdy czyni o nas komentarze.
— Mów o sobie, moja droga — rzekła Montalais, śmiejąc się — o sobie i o Tonnay-Charente.
— A! moja droga Montalais — odpowiedziała biedna dziewczyna — ty wiesz lepiej, niż kto inny, iż nie powiedziałam nic złego, albowiem przy tobie było to mówione.
— Tak, wiem, ale nie o to chodzi; nie zapomniałam ani jednego z wyrazów, któreś wyrzekła, ale czyś pomyślała o tem, co one znaczą?
Ludwika zmieszała się.
— Nie rozumiem twego pytania — odpowiedziała zmieszana Ludwika.
— Przeciwnie, zdaje mi się, że je bardzo dobrze rozumiesz, wyjaśnię ci je jednak, aby ci odebrać wszelkie środki obłudy; słuchaj więc: Czy kochasz pana de Bragelonne? Wszak prawda, że go kochasz, a co?
Na to pytanie, rzucone jak bomba przez oblegającą armję w oblężone miasto, Ludwika zarumieniła się i stała chwilę nieporuszona.
— Czy kocham Raula? — zawołała — mojego przyjaciela dzieciństwa, mojego brata?
— O! nie, nie, znowu mi się wykręcasz, albo raczej pragniesz się wywinąć. Ja nie pytam cię, czy kochasz Raula, twojego przyjaciela dzieciństwa, twojego brata, ale pytam cię, czy kochasz wicehrabiego de Bragelonne, twojego narzeczonego?....
— A!... mój Boże — rzekła z wyrzutem Ludwika — jakaż w twej mowie surowość?....
— Bynajmniej, nie jestem ani mniej, ani więcej surowa, niż zwykle, zadaje ci pytanie, a ty zechciej mi odpowiedzieć.
— Dobrze — rzekła Ludwika głosem stłumionym — chociaż nie pytasz mnie po przyjacielsku, ja ci odpowiem szczerze, jak przyjaciółka.
— Odpowiedz zatem.
— Serce moje przepełnione jest skrupułami i śmieszną dumą dla zachowania i skrytości wszystkiego, co kobieta powinna ukryć, i nikt nigdy pod tym względem nie czytał w mojej duszy.
— Wiem o tem. Gdybym czytała, nie zadawałabym ci pytań, ale powiedziałabym poprostu: Moja Ludwiko, jesteś szczęśliwą, znając pana de Bragelonne, bo jest on miłym chłopcem i wyborną partją; pan de La Fere pewnie zostawi swemu synowi około piętnastu tysięcy liwrów rocznego dochodu. Nie zbaczaj zatem ani na prawo, ani na lewo, ale idź szczerze do pana de Bragelonne, to jest do ołtarza, dokąd cię poprowadzi.
— A jabym ci podziękowała — wyjąkała Ludwika, — chociaż rada nie wydaje mi się zupełnie dobrą.
— Zaczekaj, zaczekaj... ale zaraz dodałabym po tej radzie; Ludwiko, spędzać całe dnie z głową pochyloną, z założonemi rękoma i błędnem okiem szukać ciemnego cienia i unikać zabaw, które serca młodych dziewic radują; niebezpieczna to rzecz, Ludwiko, pisać końcem stopy na piasku, jak to czynisz, litery, które trudno zniszczyć, osobliwie, kiedy są więcej do L niż do B podobne; niebezpieczna nakoniec rzecz paść umysł dziwnemi urojeniami, które są owocem samotności i migreny, takie urojenia trawią młodość pięknych dziewic i działają na mózg; nieraz tym sposobem najprzyjemniejsza osoba staje się przykrą, a najdowcipniejsza ograniczoną.
— Dziękuję ci, kochana przyjaciółko — łagodnie odpowiedziała La Valliere, — tak przemawiać jest ci wrodzonem i dzięki ci za to, że mówisz według twojego przekonania.
— Ja mówię o urojeniach, zatem nie bierz moich wyrazów, jakby mógł je tłomaczyć kto inny. Pewna powiastka przychodzi mi na myśl o melancholijnej dziewczynie; pan Dangeau kiedyś wykładał mi, że gramatykalnie „melancholja“ znaczy czarno-żółta, marzyłam zatem o owej dziewczynie, która umarła na czarno-żółto, a to dlatego, że wyobrażała sobie, jakoby jakiś książę, król, czy cesarz... na honor nie pamiętam, kochał ją do szaleństwa; książę ten zaś, król, czy cesarz kochał kogo innego — rzecz szczególniejsza, że nie mogła ona tego dostrzec, chociaż wszyscy dobrze to wiedzieli, iż jej biednej używał za płaszczyk dla innej miłości. Śmiejesz się, równie jak ja, z tej biednej dziewczyny, wszak prawda La Valliere?
— Śmieję się — odpowiedziała Ludwika, blada jak śmierć — tak, zapewne, śmieję się.
— I słusznie, bo to rzecz zabawna. Ta historja czy powiastka, jak wolisz, jest bardzo ładna, i dlatego zachowałam ją w pamięci. Wyobraź sobie zatem, jakąby szkodę tobie wyrządziła melancholja?... Co do mnie, postanowiłam opowiedzieć ci wszystko, bo gdyby coś podobnego zdarzyło się którejkolwiek z nas, dobrze być przekonaną o prawdzie; dzisiaj to śmiech, jutro może być ból, a pojutrze śmierć.
Pannę de La Valliere dreszcz przeszedł i zbladła jeszcze bardziej.
— Kiedy król zajmuje się nami, — mówiła dalej Montalais — umie to nam okazać; jeżeli zaś jesteśmy tem, o co się ubiega, umie sobie zabezpieczyć skarb, który uważa za swój; przekonaj się zatem, Ludwiko, że młode dziewice, narażone na podobne niebezpieczeństwo, powinny się sobie wspólnie zwierzać, aby serca nie melancholijne czuwały nad temi, które stać się mogą melaneholijnemi.
— Ciszej!... — zawołała La Valliere, — ktoś nadchodzi.
— W rzeczy samej — odrzekła Montalais, — ale któż może być?... jedni są na mszy z królem, inni w kąpieli z księciem.
Na końcu długiej alei młode dziewice spostrzegły piękną i szlachetną postawę młodzieńca, który w płaszczu, przy pałaszu i w hutach kłaniał im się z wdzięcznym uśmiechem.
— Raul!... — zawołała Montalais.
— Pan de Bragelonne!... — wyszeptała Ludwika.
— Moje uszanowanie paniom, — rzekł Bragelonne, kłaniając się.
— Ale cóż znaczy ten ubiór?.. zapytała Montalais, widząc podróżny kostjum Raula.
Tymczasem La Valliere, niemniej zdziwiona od swojej towarzyszki, milczała.
— Wyjeżdżam — odpowiedział Bragelonne, spoglądając na Ludwikę.
Młoda dziewica opadła na siłach z przestrachu i zachwiała się na nogach.
— Odjeżdżasz, Raulu? — zapytała — i dokąd?
— Niestety, moja droga Ludwiko — odrzekł młodzieniec z właściwą mu uprzejmością — wyjeżdżam do Anglji.
— Po co?
— Król mnie wysyła.
— Król?.. — wykrzyknęły naraz Aurora i Ludwika, mimowoli spoglądając na siebie i przypominając sobie rozmowę, którą im przerwano.
Spojrzenie to dostrzegł Raul, ale go nie mógł zrozumieć.
Przypisał je zatem życzliwości, jaką obie dziewice miały dla niego.
— Jego Królewska Mość — raczył pamiętać, że hrabia de La Fere jest mile widziany przez króla Karola II. Dziś rano zatem, przed wyjazdem na mszę, król widząc mnie, dał znak, abym się zbliżył i rozkazał: „Panie de Bragelonne, udasz się do pana Fouquet, który wziął ode mnie listy do króla Wielkiej Brytanji; listy te zawieziesz“.
Ukłoniłem się.
— Ale przed odjazdem ~ dodał król — zabierzesz zlecenia od księżnej do króla, jej brata.
— A! Boże! — rzekła Ludwika zamyślona i posępna zarazem.
— Tak śpiesznie!... tak śpiesznie każą panu wyjeżdżać — mówiła zamyślona Montalais.
— Ażeby dobrze wykonać rozkazy tych, których szanujemy — rzekł Raul — trzeba je wykonywać śpiesznie. Księżna, zawiadomiona o moim wyjeździe, pisze listy, które ma mi powierzyć. Tymczasem, wiedząc od panny de Tonnay-Charente, że panie macie być przy klombach, poszedłem was szukać.
— I znajdujesz nas pan, jak widzisz — rzekła Montalais, przychodząc z pomocą Ludwice.
— Zatem oddalasz się pan na długo? zapytała La Valliere stłumionym głosem, Montalais zaś odwróciła głowę.
— Nie, może dwa tygodnie zabawię.
La Valliere położyła rękę na bolejącem sercu.
— To szczególniejsze — rzekł Raul, melancholijnie spoglądając na młodą dziewicę — nieraz opuszczałem cię, udając się na niebezpieczne wyprawy, a pomimo to wyjeżdżałem wesoły, z sercem swobodnem, z umysłem, upojonym przyszłą radością i spodziewaną nadzieją, chociaż wiedziałem, że idę na kule hiszpańskie i włócznie szkockie. Dzisiaj nie narażam się na żadne niebezpieczeństwo, na żaden szwank, przeciwnie, idę najłatwiejszą drogą na świecie, po piękną nagrodę jaką mi przyrzekła łaska królewska, idę dobić się ciebie, bo nikt nie może większej wyświadczyć mi łaski. Prawdę mówiąc, nie wiem jednak dlaczego, Ludwiko, całe to piękne szczęście, cała ta urocza przyszłość z przed oczu moich ucieka, jak czczy dym, jak urojenie, i dlatego, o, moja droga, czuję w głębi serca wielkie zwątpienie, coś przygniatającego mnie, grobowego i śmiertelnego. O!.. wiem Ludwiko, dlaczego tak dziwnych doznaję uczuć, o!.. bo nigdy nie kochałem cię tak silnie, jak teraz, o!.. Boże mój, Boże!..
Na ten krzyk, pochodzący ze zbolałego serca, Ludwika zalała się łzami i pochyliła głowę na ramię panny de Montalais. Montalais, chociaż nie należała do osób najczulszych, uczuła łzy w oczach i boleść w sercu. Raul widział płacz narzeczonej. Wzrok jego nie sięgał dalej niż do łez. Ugiął przed nią kolano i czule pocałował w rękę.
Widać było, że w tym pocałunku mieściło się całe jego serce.
— Powstań pan, powstań, — rzekła mu Montalais, gotowa się sama rozpłakać — powstań pan, bo Athena nadchodzi.
Raul otrząsł pył z kolana, raz jeszcze uśmiechnął się do Ludwiki, która nie patrzyła na niego i, szczerze uścisnąwszy rękę panny de Montalais, odwrócił się dla powitania panny de Tonuay-Charente, której suknia szelestem odzywała się zdaleka.
— Czy księżna skończyła list?.. — zapytał Bragelonne, gdy Athena zupełnie się zbliżyła.
— Tak, panie wicehrabio, list już napisany, zapieczętowany i Jej Królewska Wysokość czeka na pana.
Na te słowa Raul skłonił się pannie de Tonnay-Charente, raz jeszcze spojrzał na Ludwikę, skinął pannie de Montalais i udał się w kierunku zamku. Trzy dziewice, każda z innem uczuciem patrzyły za odchodzącym.
— Nakoniec — rzekła Athena, pierwsza przerywając milczenie — nakoniec jesteśmy wolne, możemy mówić o wczorajszym wypadku i naradzić się nad postępowaniem, jakiego się należy trzymać. Jeżeli zechcecie słuchać mnie z uwagą — mówiła dalej, oglądając się na wszystkie strony — będę się starała krótko wam wytłumaczyć najprzód naszą powinność, jak ja ją pojmuję, i, jeżeli zrozumiecie mnie — wolę księżnej.
I panna de Tonnay-Charente z przyciskiem wymówiła ostatnie wyrazy, aby dać poznać charakter urzędowy, w jakim przybywała.
Usiadła pośród dwóch towarzyszek i ujmując dłoń każdej, zaczęła mówić.
A jednocześnie przy pierwszych jej słowach ozwał się tętent konia, galopującego po bruku za kratami zamkowemi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.