Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XXXV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXV.
LIST PANA DE BAISEMEAUX.

D‘Artagnan, wierny swemu planowi, udał się nazajutrz rano do pana de Baisemeaux. Był to dzień porządkowania w Bastylji; szczotkowano działa, czyszczono lawety, myto schody; nawet odźwierni, jak się zdawało, zajęci byli czyszczeniem kluczy. Komendant Baisemeaux przyjął d‘Artagnana w sposób nader grzeczny; ale tak był z nim ostrożny, że cała przebiegłość muszkietera i sylaby wydobyć z niego nie mogła...
Kiedy d‘Artagnan usiłował zwrócić rozmowę na interesy pieniężne, które zmusiły pana Baisemeaux do szukania Aramisa i mimowoli uczynił go bardziej otwartym, Baisemeaux udał, że ma wydać rozkazy w więzieniu i pozostawił d‘Artagnana samego, a kazał mu tak długo na siebie czekać, że muszkieter, zwątpiwszy, aby się czegokolwiek więcej dowiedział, wyszedł z Bastylji, zanim Baisemeaux powrócił do mieszkania. D‘Artagnan, którego paliła niecierpliwość, powiedział sobie, że właśnie to, co przed nim ukrywają, musi być ważne, i że trzeba koniecznie się o tem dowiedzieć. Skutkiem, tego obliczał, że Baisemeaux nie zaniedba uprzedzić Aramisa, jeżeli ten dał mu jakiekolwiek zlecenie. Tak się właśnie zdarzyło. Zaledwie Baisemeaux zdołał powrócić z wieży, d‘Artagnan stanął na czatach przy ulicy Petit Musee, tak, aby widzieć wszystkich wychodzących z Bastylji. Po godzinie oczekiwania, ujrzał wychodzącego żołnierza z warty. Było to najlepszym dowodem, że d‘Artagnan nie pomylił się w przewidywaniach. Żołnierz na warcie musi być dwadzieścia cztery godzin, kiedy jest na straży, a d‘Artagnan lepiej niż ktokolwiek wiedział o tem. Ten więc żołnierz wyszedł za wyraźnym i pilnym rozkazem. D‘Artagnan szedł za nim zdaleka. Jeszcze bowiem nie postanowił nic stanowczego.
— Najprzód muszę — pomyślał sobie — zobaczyć twarz tego hultaja. Dopiero zobaczywszy człowieka, można o nim sądzić. Podwoił więc kroku, co dla niego nie było trudnem i wyprzedził żołnierza. Nietylko zobaczył twarz jego, która była rozumna i znamionowała pewien charakter, ale zauważył i nos czerwony.
— Hultaj lubi wódkę — rzekł.
W tejże chwili spostrzegł u żołnierza za pasem biały papier.
— Dobrze, więc ma list!... — pomyślał.
Jakże go tu dostać. Żołnierz, uradowany, że jest wybrany na posłańca przez pana de Baisemeaux, niełatwo da się przekupić! Kiedy d‘Artagnan, pogrążony w myślach, gryzł paznokcie, żołnierz postępował wciąż ku przedmieściu Świętego Antoniego.
— Zapewne idzie do Saint-Mande — rzekł do siebie d‘Artagnan — a ja nie wiem, co jest w tym liście...
W tej chwili muszkieter spostrzegł tłum dozorców policyjnych i jakiegoś komisarza. Ludzie ci prowadzili człowieka, który im się wydzierał. Dozorcy darli na nim suknie i ciągnęli go. On zaś żądał, aby go prowadzono z należnymi dlań względami, utrzymując, że jest szlachcicem i żołnierzem. Zobaczył naszego żołnierza, idącego przez ulicę i zawołał na niego:
— Żołnierz! do mnie!
Żołnierz udał się ku temu, który go wzywał, tłum za nim.
Wtedy d‘Artagnan powziął myśl. Kiedy szlachcic opowiadał żołnierzowi, jak go ujęto w pewnym domu, jako złodzieja, kiedy on był tylko kochankiem, i kiedy żołnierz żałując go, dawał mu rady z ową powagą, jaką żołnierz francuski osłania miłość własną, d‘Artagnan przysunął się do żołnierza, którego tłum zewsząd cisnął i wyjął mu papier z za pasa. Że zaś w tejże chwili szlachcic szarpnął żołnierza, a komisarz szlachcica, d’Artagnan czynność te mógł najdogodniej wykonać. Odszedł o dziesięć kroków i za filarem jednego z domów, ten adres wyczytał:

„Do pana du Vallon, u pana Fouquet
w Saint-Mande“.

— Tego mi potrzeba!... — zawołał.
I, odpieczętowawszy kopertę bez rozdarcia, wyjął z niej papier, złożony we czworo, który te tylko zawierał wyrazy:

„Kochany panie du Vallon, zechciej powiedzieć panu d‘Herblay, że był w Bastylji i badał.“
Życzliwy de Baisemeaux.

— A co?... — zawołał d‘Artagnan — rzecz, jasna, jak słońce.. Porthos!... Jestem wiec pewny tego, co chciałem wiedzieć. Do licha!... biedny żołnierz ciężko przypłaci mój figiel. Jeżeli przyjdzie bez listu, dopiero będzie mu ciepło!... Ale ja tego listu nie potrzebuję, kiedy kto zje jaje, djabli mu po skorupie?
Tymczasem komisarz i dozorcy przekonali żołnierza o słuszności i prowadzili więźnia dalej. Ten, otoczony tłumem, nie przestawał się żalić. D‘Artagnan znowu wcisnął się w tłum i, upuściwszy list tak, że nikt tego nie zauważył, spiesznie się oddalił. Żołnierz znowu skierował się na drogę do Saint-Mande, myśląc ustawicznie o tym szlachcicu, który wzywał jego pomocy. Nagle przypomniał sobie o liście i, patrząc za pas, przekonał się, że go nie ma. Jego trwożliwy przestrach zabawił d‘Artagnana.
Biedny z boleścią patrzył wkoło siebie i nakoniec spostrzegł o dwadzieścia kroków po za sobą bielejącą kopertę, poskoczył ku niej, jak sokół na zdobycz. Koperta była zakurzona i pomięta, ale w niej znajdował się list.
D‘Artagnan zauważył, że przełamana pieczątka mocno zaniepokoiła żołnierza. Pocieszył się on jednak wreszcie i znowu włożył pismo za pas.
D‘Artagnan, stosując swój chód do kroków żołnierza, podążył za nim, będąc pewnym, że w kwadrans po nim przybędzie do pana Fouquet.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.