Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XXXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXVI.
PORTHOS NIE STRACIŁ SIŁ.

D‘Artagnan przybył przed bramę pałacu nadintendenta w chwili, kiedy żołnierz wychodził już z pustym pasem z niej. D‘Artagnan przystąpił do bramy, którą wyhaftowany szwajcar trzymał nawpół otwartą. Chętnie byłby wszedł, nie wymieniając swego nazwiska, ale środka na to nie było, powiedział zatem, kto jest. Pomimo tego ustępstwa, które powinno było usunąć wszelkie trudności, jak przynajmniej sądził d‘Artagnan, odźwierny zawahał się; jednak przy powtórnym wymienieniu tytułu kapitana gwardji, szwajcar, nie dając wolnego przejścia, przestał je przynajmniej tamować.
Odszukał nie bez trudu mieszkanie Porthosa i stanowczym tonem rozkazał lokajowi.
— Uprzedź pana barona du Vallon, że rycerz d‘Artagnan, kapitan muszkieterów Jego Królewskiej Mości, pragnie go widzieć.
D‘Artagnana wprowadzono do salonu. W salonie niedługo czekał; znajomy chód zatrząsł posadzką sąsiedniego pokoju, drzwi się otwarły i Porthos rzucił się w objęcia przyjaciela, z pewnym rodzajem pomieszania, które nie było mu do twarzy.
— Ty tutaj?... — zawołał.
— A ty?.. — odparł d‘Artagnan.
— A tak — odpowiedział Porthos, uśmiechając się z przymusem — tak, zastajesz mnie u pana Fouquet; to cię pewno niemało zadziwia?
— Bynajmniej; dlaczegóż nie masz być przyjacielem pana Fouquet? Pan Fouquet ma bardzo wielu przyjaciół, osobliwie też pomiędzy ludźmi uczonymi.
Porthos był tak skromny, że tego komplementu nie wziął do siebie.
— Przytem — dodał — widziałeś mnie na Belle-Isle.
— Dlatego właśnie myślę, że należysz do przyjaciół pana Fouquet.
— Znam go — odrzekł Porthos z niejakiem pomieszaniem.
— A! mój przyjacielu — zaczął d‘Artagnan — jakiż ja żal mam do ciebie.
— A to o co?... — zawołał Porthos.
— Dokonywasz dzieła tak znakomitego, jak ufortyfikowanie Belle-Isle, i nie zawiadamiasz mnie o tem?
Porthos zarumienił się.
— Co więcej — mówił dalej d‘Artagnan — wiesz, gdzie jestem; wiesz, że jestem w służbie królewskiej, i nie odgadujesz, że król pragnie poznać człowieka, wykonywającego dzieło, o którem mu cuda prawią; nie odgadujesz, że król wysłał mnie, abym się dowiedział, kto to jest?
— Jakto? król wysłał cię...
— No tak, ale przestańmy o tem mówić.
— Do pioruna! a to dlaczego?... i owszem mówmy; zatem król wie, że fortyfikujemy Belle-Isle?
— A o czemżeby król nie wiedział?
— A o tem wie, kto fortyfikuje?
— Oczywiście, słyszałem rozmowę króla z panem Fouquet, który mówił:
— „Belle-Isle ufortyfikował inżynier, człowiek wielkiej zasługi, którego pragnąłbym przedstawić Waszej Królewskiej Mości.
— Jego nazwisko?.... — zapytał król.
— „Baron du Vallon — odpowiedział Fouquet.
— „Dobrze, zatem mi go przedstawisz“ — rzekł król“.
— Tak król odpowiedział?
— Słowo d‘Artagnana.
— Ho! ho!... — odrzekł Porthos. — To dlaczegóż mnie dotąd nie przedstawiono?
— Bądź spokojny, przyjdzie czas.
— Hm! hm!... — pomruknał Porthos.
D‘Artagnan udał, że tego nie zauważył i, zmieniając przedmiot rozmowy, rzekł:
— Ty jednak, jak mi się zdaje, przyjacielu, samotne zamieszkujesz miejsce.
— Zawsze lubiłem samotność. Mam skłonność do melancholii — odpowiedział Porthos z westchnieniem.
— To szczególniejsze, nigdy tego nie zauważyłem.
— Od tego czasu, jak się poświęcam naukom — rzekł Porthos, nieco zakłopotany.
— Ale prace umysłowe, jak sadzę, zdrowiu twemu nie szkodzą?
— O! bynajmniej.
— I siły masz zawsze?
— Ogromne! zawsze ogromne!
— Jednakże słyszałem, że w pierwszych dniach twojego przybycia...
— Tak, prawda, ruszyć się nie mogłem.
— Jakto?... — zapytał d‘Artagnan z uśmiechem — dlaczego nie mogłeś ruszyć się?
Porthos domyślił się, że powiedział niedorzeczność i chciał się poprawić.
— Tak, przybyłem z Belle-Isle na lichych koniach i to mnie utrudziło.
— Wcale mnie to nie dziwi, mnie, co za tobą jechałem; bo znalazłem siedem, czy osiem koni, padłych na drodze.
— Jestem ciężki jak widzisz. Tłuszcz się we mnie roztopił i zachorowałem.
— A! biedny Porthosie!... A Aramis jakim się wtedy dla ciebie okazał?
— Jak najlepszym... kazał mnie opatrzyć doktorowi pana Fouquet. Ale wyobraź sobie, że po ośmiu dniach jeszcze nie mogłem oddychać.
— Jakto?
— Pokój był za mały i całe z niego powietrze wciągałem w siebie.
— Czy tak?
— Przynajmniej tak mi mówiono... I przeniesiono mnie do innego mieszkania.
— Gdzie już mogłeś oddychać swobodniej?
— A tak; jednakże brak ruchu do rozpaczy mnie doprowadził. Doktór utrzymywał, że nie powinienem był z miejsca się ruszać; ja zaś przeciwnie, czułem się silnym, jak nigdy. To dało powód do ważnego wypadku.
— Do jakiego wypadku?
— Wyobraź sobie, kochany przyjacielu, że się oburzyłem na niedorzeczne przepisy lekarza i postanowiłem wyjść wbrew jego woli. Kazałem lokajowi, aby mi przyniósł ubranie.
— Zatem byłeś zupełnie nagi, mój biedny Porthosie?
— Przeciwnie, miałem na sobie prześliczny szlafrok; lokaj wykonał mój rozkaz, przyniósł mi ubranie, lecz gdym je włożył na siebie, przekonałem się, że jest za przestronne; ale, dziwna rzecz, stopy mi się rozszerzyły znacznie.
— Co słyszę?
— I buty były za szczupłe.
— Zatem, widać, nogi ci napuchły?
— Zgadłeś przyjacielu.
— Czy o tym wypadku chciałeś mi mówić?
— Tak, o tym, a ja nie jestem tak rozważny, jak ty i mówiłem sobie: skoro buty tyle razy wchodziły mi na nogi, dlaczegóż wejść nie mają i teraz?
— Tym razem, kochany Porthosie, pozwól sobie powiedzieć, że byłeś nielogiczny.
— Krótko mówiąc, stałem wprost przepierzenia; chciałem wciągnąć but na prawą nogę i ciągnąłem go za uszy obydwoma rękami; tymczasem nagle uszy zostają mi w rękach, a noga wyskakuje, jak strzała.
— Jak strzała?...
— Tak, jak strzała i napotyka przepierzenie, które rozbija. Mój przyjacielu, zdawało mi się, że jak Samson rozwalam świątynie. Co tam naspadało obrazów, porcelany, szkła, firanek, obić!... to rzecz niesłychana..
— Doprawdy?
— A z drugiej strony stała jeszcze serwantka z porcelaną.
— Którąś także wywrócił?
— A! wysadziłem na drugi koniec pokoju.
Porthos zaczął się śmiać.
— Prawdę mówiąc, to rzecz niesłychana!
I d‘Artagnan śmiał się wraz z przyjacielem.
— Natłukłem — mówił Porthos głosem, przerywanym od śmiechu — więcej, niż za trzy tysiące franków porcelany, ha! ha! ha!
— Dobrze — rzekł d‘Artagnan.
— Zbiłem więcej, niż za cztery tysiące franków zwierciadeł, ha! ha! ha!
— Wybornie.
— Dlatego też, mój przyjacielu — mówił dalej olbrzym — pan Fouquet, widząc, że dom jego za słabo jest zbudowany, inne wyznaczył mi mieszkanie. Dlatego umieszczono mnie tutaj.
— Jest to park, zupełnie odosobniony.
— Zupełnie.
— Zapewne miejsce schadzki?... zapewne miejsce sławne w historji ministra?
— Nie wiem tego, nie miałem tu schadzek, ani tajemniczych historyj; korzystam tylko z pozwolenia i dla ruchu, wyrywam drzewa z korzeniami.
— A to na co?
— Abym ćwiczył ciało, a przytem wybieram gniazda ptasie. To dogodniejsze, niż łazić po drzewach.
— Zatem żyjesz sielankowo, jak Tyrsys, mój kochany.
— Lubię małe jajka i wolę je, niż duże. Nie masz wyobrażenia, jaka to delikatna jajecznica z pięciuset jaj dzwońców, zięb, gilów i drozdów.
— Ależ piećset jaj, to okropność!
— To tylko salaterka jajecznicy — odpowiedział Porthos.
D‘Artagnan z piec minut wpatrywał się w Porthbsa, jakby go widział po raz pierwszy;
Porthos zaś rozpływał się pod wzrokiem przyjaciela. Tak stali przez kilka minut.
D‘Artagnan jednak koniecznie chciał nadać inny obrót rozmowie.
— Dobrze się tu bawisz, Porthosie?... — zapytał.
— Nie zawsze.
— Domyślam się; ale kiedy bardzo się nudzisz, co robisz?
— E! niedawno tu jestem. Aramis czeka na zniknięcie ostatniego mojego guza, aby mnie przedstawić królowi, który, jak mi mówiono, nie cierpi guzów.
— Czy Aramis jest w Paryżu?
— Niema go.
— Gdzież zatem bawi?
— W Fontainebleau.
— Sam?
— Z panem Fouquet.
— Wybornie; ale wiesz co?
— Nic nie wiem, jednak skoro powiesz, będę wiedział.
— Aramis zapomina o tobie.
— Być może, właśnie i ja myślałem o tem.
— Byle cię tylko nie zdradził! Bo to chytry lis ten Aramis.
— Być może; ale mnie zdradzać...
— Słuchaj, najprzód cię uwięzi.
— Uwięzi!... mnie, mnie uwięzi?
— Nie inaczej.
— Chciałbym, abyś mnie o tem przekonał.
— Nic łatwiejszego. Czy stąd kiedy wychodzisz?
— Nigdy.
— Czy jeździsz konno?
— Nigdy.
— Czy pozwalają zbliżać się do ciebie przyjaciołom?
— Nigdy.
— A więc, mój przyjacielu, skoro nigdy nie wychodzisz, nigdy nie wyjeżdżasz konno, nigdy nie widzisz nikogo, to czyż nie jesteś uwięziony?
— I dla czegóżby mnie Aramis więził?
— O!.. przekonasz się, tylko bądź szczery, Porthosie.
— Będę szczerym jak złoto.
— Wszak Aramis zrobił plan ufortyfikowania Belle-Isle.
Porthos zarumienił się.
— Tak — rzekł — ale nic więcej nie zrobił.
— Zapewne; ale według mnie, to nic wielkiego.
— Właśnie takie też moje zdanie.
— Cieszy mnie, że jednego jesteśmy przekonania.
— Nawet nie bywał na Belle-Isle — dodał Porthos.
— Przekonaj się więc teraz.
— Ja udawałem się do Vannes, jak to sam widziałeś.
— Właśnie o to rzecz chodzi. Aramis, co zrobił tylko plany, chce uchodzić za inżyniera.
Dlatego nie przedstawia cię królowi. Ale jeśli on tak brzydko traktuje przyjaciela, to ja spełnię jego obietnice i przedstawię cię królowi.
— Ty?..
— A dlaczegoby nie?.. Czy sadzisz, że ja gorzej od Aramisa położony jestem u dworu?...
— O!... nie.
— Czy sądzisz, że mam jakąkolwiek pretensję za ufortyfikowanie Belle-Isle?...
— Zapewne, że nie.
— Jeżeli będę działał, to tylko w twoim własnym interesie.
— Nie wątpię o tem.
— A więc!.. ja jestem zaufanym przyjacielem króla, najlepszy dowód, że kiedy mu donieść trzeba coś nieprzyjemnego, ja to biorę na siebie.
— Ale, mój przyjacielu, kiedy mnie przedstawisz...
— To cóż?...
— Aramis będzie się gniewał.
— Na mnie?...
— Nie, ale na mnie.
— Ba!... czy on, czy ja cię przedstawię, to wszystko przecież jedno, skoro masz być przedstawionym.
— Miano mi zrobić ubranie.
— Twoje jest bardzo piękne.
— To, które zamówiłem, miało być daleko piękniejsze.
— Pamiętaj, że król lubi skromność.
— A zatem będę ubrany skromnie. Ale co powie pan Fouquet kiedy usłyszy, że wyjechałem?
— Czyż tu jesteś jeńcem na słowo?...
— Bynajmniej, ale przyrzekłem mu, że nie oddalę się, nie uwiadomiwszy go o tem.
— Za pozwoleniem, powrócimy jeszcze do tego przedmiotu. Czy masz tu co do roboty?...
— Ja nic, przynajmniej nic ważnego.
— Chyba, że jesteś pośrednikiem Aramisa w jakiej ważnej sprawie.
— Na honor, nie.
— To, co ci mówię, pojmujesz, że z przychylności dla ciebie mówię: przypuśćmy więc, że Aramisowi masz przesłać jakieś listy.
— A!... listy!... tak... posyłam mu listy. Właśnie dopiero co odebrałem jeden.
— Ważny?...
— Tak myślę.
Tu Porthos wyjął z kieszeni list, przysłany przez żołnierza, który d‘Artagnan tylko co przeczytał.
— Czy wiesz, co należy uczynić?... — zapytał d‘Artagnan.
— Odesłać go, do djabła!...
— Bynajmniej.
— Zatem schować go?...
— I to nie. Należy samemu zawieźć go do Fontainebleau.
— Aramisowi?... Tak, prawda.
— A ponieważ król się tam znajduje...
— Więc?...
— Skorzystasz z tego... przedstawię cię królowi.
— A!... do szatana, d‘Artagnan, tylko ty masz taki dowcip.
— Zamiast więc wyprawiać do naszego przyjaciela mniej lub więcej wiernych posłańców, sami zawieźmy mu list.
— A moje przyrzeczenie, dane panu Fouquet?...
— Jakie?...
— Że nie opuszczę Saint-Mande, nie uprzedziwszy go o tem.
— A!... mój Porthosie — odrzekł d‘Artagnan — jakiżeś ty młody!
— Jakto?...
— Wszak będziesz w Fontainebleau?...
— Tak.
— Zatem znajdziesz pana Fouquet?...
— A tak.
— Może nawet u króla.
— U króla?... — powtórzył uroczyście Porthos.
— Zbliżysz się więc do niego i powiesz: panie Fouquet, mam honor zawiadomić cię, że opuściłem Saint-Mande.
— A pan Fouquet, widząc mnie w Fontainebleau, u króla — podchwycił Porthos z tą samą powagą — nie poważy się powiedzieć, że kłamię.
— Nie masz już żadnego skrupułu?...
— Myślę, że nie.
— Zatem biorę cię z sobą.
— Doskonale, każę osiodłać konie.
— Czy masz tu konie?...
— Mam ich pięć.
— Sprowadziłeś z Pierrefonds?...
— Nie, pan Fouquet dał mi.
— Sądzę, że lepiej będzie, jeśli pojedziemy na moich!
— A to dlaczego?...
— Ponieważ później...
— Co później?...
— Ponieważ później, może lepiej będzie, abyś nie miał nic od pana Fouquet.
— Nie rozumiem tego — odrzekł Porthos.
— To polityka, a nawet subtelna.
Porthos schylił głowę, na wyraz: „polityka“; ale po chwili dumania, dodał:
— Wyznam ci d‘Artagnanie, że nie jestem tchórzem.
— Wiem o tem doskonale.
Tu Porthos głos zniżył:
— A jednak jest coś, czego boję się...
— Ty? Czegóż to?... — zapytał d‘Artagnan, stosując swój głos do Porthosa.
— Wyznam ci — powtórzył Porthos — że strasznie się lękam polityki.
— A!... — zawołał d‘Artagnan.
— O tak — podchwycił Porthos stentorowym głosem. — Widziałem Jego wysokość kardynała Richelieu, Jego wysokość kardynała Mazariniego i wiem, że pierwszy z nich miał politykę czerwoną, a drugi czarną. Jak z jednej, tak z drugiej nie byłem zadowolony; pierwsza odcięła głowę panu de Marsillac, panu de Thou, panu de Cinq-Mars, panu de Chalais, panu de Bouteville i panu de Montmorency; druga rozszarpała wielu członków frondy.
— Kochany Porthosie!...
— I dlatego boję się tak polityki, że gdybym wiedział, iż cokolwiek jest jej w tem, natychmiastbym do Pierefonds powrócił.
— I miałbyś słuszność, gdyby tak było; ale ze mną, kochany Porthosie, nigdy niema nic politycznego. Pracowałeś nad ufortyfikowaniem Belle-Isle, król chciał wiedzieć nazwisko inżyniera, kierującego pracami; ty jesteś skromny jak każdy człowiek zasłużony, a widać Aramis chciał cię schować pod korzec. Ja biorę cię, i oświadczam, że cię przedstawię królowi i zyskam dla ciebie nagrodę, oto cała polityka.
— I moja taka — odrzekł Porthos, podając d‘Artagnanowi rękę.
Po chwili obaj wyjechali z Saint-Mande.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.