Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XXXVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXVII.
SZCZUR I SER.

Kiedy d‘Artagnan, wchodząc pierwszy do sklepu pod „Złotym tłuczkiem“, oznajmił panu Planchet, że pan du Vallon odbędzie z nimi podróż, kiedy Porthos, wchodząc do sklepu, piórem od kapelusza poruszył drewniane świece, wywieszone jako znak przed sklepem, jakieś bolesne przeczucie zakłóciło radość Plancheta. Ale nasz kupiec miał poczciwe serce — drogi zabytek lepszych czasów. Pomimo wewnętrznego dreszczu, który starał się przezwyciężyć, przyjął Porthosa z uszanowaniem, okraszonem czułą serdecznością. Porthos z początku za sztywny, z powodu różnicy stanu, jaka zachodziła w owej epoce pomiędzy baronem a kupcem korzennym, stał się jednak bardziej przystępnym, widząc w Planchecie tyle dobrych chęci i uprzejmości. Najbardziej mu się podobało to, że mu pozwolono zanurzać szerokie ręce w szufladach z suszonemi i smażonemi owocami, w workach, napełnionych migdałami i orzechami, w szafach, pełnych cukru. Dlatego, pomimo zaproszenia Plancheta, aby się udał do mieszkania na piętrze, obrał sobie sklep za ulubione miejsce na wieczór, gdzie jego palce natychmiast napotykały to, co oczy ujrzały i nos zwietrzył. Ukryci w kącie sklepu chłopcy, z przestrachu spoglądali po sobie, nie śmiejąc się odzywać. Nie znali oni Porthosa, nawet nigdy go nie widzieli.
Zastanawiali się, przerażeni, czy to nie jest ludożerca z powieści o czarownicach, i czy w jego nienasyconym żołądku nie zniknie cały magazyn Plancheta. Gryząc, chrupiąc, żując, ssąc, smakując i połykając. Porthos co chwila powtarzał kupcowi:
— Piękny masz handel, przyjacielu Planchecie.
— Ale nie na długo wystarczy, jeżeli tak dłużej potrwa, — bąknął pierwszy chłopiec sklepowy, któremu Planehet przyrzekł z czasem oddać handel.
I z rozpaczą zbliżył się do Porthosa, który swoją osobą zajmował całe przejście, prowadzące do składu. Sądził, że Porthos podniesie się i że poruszenie to powstrzyma jego żądzę pożerania.
— Czego żądasz, mój przyjacielu?... — zapytał łagodnie Porthos.
— Chciałbym przejść, jeżeli to panu nie sprawi przykrości.
— Śmiało, mój przyjacielu, to mnie wcale nie fatyguje.
I, mówiąc to, wziął subjekta za pas, podniósł z ziemi i przesadził na drugą stronę. Dopełnił tego z uśmiechem pełnym łagodności. Nogi zachwiały się pod subjektem, kiedy go Porthos stawiał na ziemi i biedak upadł na paki. Jednak, widząc łagodność olbrzyma, ośmielił się znowu odezwać:
— A!... panie, bądźże ostrożnym.
— Z czem, mój przyjacielu?...
— Ogień pan rozniecisz w sobie.
— Jakto, mój dobry przyjacielu?...
— Bo wszystkie te owoce rozpalają.
— Jakie?...
— Rodzynki, orzechy, migdały.
— Ha!... jeżeli migdały, orzechy i rodzynki rozpalają...
— Z pewnością, proszę pana.
— To przecie miód chłodzi.
I, wyciągając rękę ku baryłce miodu, stojącej opodal, zanurzył w niej łopatkę, używaną do czerpania.
I połknął z pół funta miodu.
— Mój przyjacielu, teraz będę cię prosił o wodę.
— Czy z kubłem?... — naiwnie spytał subjekt.
— Nie, z karafinką, karafinki będzie dosyć, — dobrodusznie odpowiedział Porthos.
I, jak trębacz trąbkę, przechylił karafinkę do ust i duszkiem ja wypróżnił. Planchet zadrżał wszystkiemi nerwami, które mają jakikolwiek związek z miłością dla własności. Jednak, jako godny gospodarz, przestrzegający wiernie dawnej gościnności, udawał, że z wielkiem zajęciem rozmawia z d‘Artagnanem.
— Planchet, o której godzinie będziemy jedli kolację?... — zapytał Porthos — przyznam ci się, że mam apetyt.
Subjekt założył ręce. Dwaj chłopcy sklepowi schowali się pod kasę z obawy, aby Porthos nie wziął się do nich, gdy się nie naje.
— Tutaj zjemy tylko lekki podwieczorek — odrzekł d‘Artagnan, — a następnie na wsi u Plancheta będziemy wieczerzali.
— Więc do ciebie na wieś jedziemy, Planchet? — zapytał Porthos — tem lepiej.
— O!... pan mi czynisz wielki zaszczyt, panie baronie.
Wyraz baron sprawił ogromne wrażenie na chłopcach sklepowych, którzy po raz pierwszy widzieli człowieka utytułowanego z takim apetytem. Zresztą, tytuł ten uspokoił ich zupełnie, bo nie słyszeli, aby ludożercę nazywano panem baronem.
— Zjem kilka biszkoptów na drogę — odezwał się Porthos od niechcenia.
To mówiąc, napełnił kieszenie biszkoptami.
— Mój sklep ocalony — zawołał Planchet.
— Tak, równie jak ser — odrzekł pierwszy subjekt.
— Jaki ser?...
— Ów ser holenderski, do którego zakradł się szczur i z któregośmy znaleźli tylko wierzch.
Planchet spojrzał po sklepie i na widok tego, co uszło przed zębami Porthosa, uznał to porównanie za przesadzone.
Pierwszy subjekt spostrzegł, co dzieje się w umyśle pana.
— Tylko niech nie powraca!... — rzekł.
— Czy masz u siebie owoce?... — zapytał Porthos, wchodząc do mieszkania, gdzie, jak oznajmiono, zastawiony był podwieczorek.
— Niech go djabli!... — pomyślał kupiec, rzucając na d‘Artagnana błagalne spojrzenie, które ten tylko nawpół pojął. Po podwieczorku puszczono się w drogę. Późno było, kiedy trzej jeźdźcy, wyjechawszy około godziny szóstej z Paryża, przybyli na bruk Fontainebleau.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.