Wieś — miasto

<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Wieś — miasto
Pochodzenie Pedagogika żartobliwa. Moje wakacje. Gadaninki radiowe Starego Doktora
Wydawca T-wo Wydawnicze w Warszawie
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1939
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
WIEŚ — MIASTO

W zimie mieszkańcy miast duszą się w zaduchu dusznego miejskiego powietrza. Ich zadymiony miejski organizm, wyczerpany kurzem i wyczerpującą miejską pracą, tęskni za łonem natury. Zima składa się z długich miejskich wieczorów, z czterech ścian i czterech pór roku: radosnej wiosny, skwarnego lata, śnieżnej zimy i słotnej jesieni.....
Fu. Co ja tu za banialuki popisałem. Zima składa się z zimy, czterech ścian i czterech pór roku. — Zaduch zadymionej duszności...
Nigdy wypracowania szkolne nie udawały mi się. Zresztą początek trudny i trzeba inaczej...
Już wiem. Zacznę tak.
Wakacje i młodzież. Nie — Wakacje! — Młodzież i dziatwa szkolna wyruszają, — gwarnie wyruszają, — za mury, na kolonie, obozy, z murów, oo, w góry, morza, sporty, jeziora, wycieczki. Zadymiona i wyczerpana książka szkolna...
Iii... Znów bez sensu...
Byłem młody, — jeździłem z dziećmi na kolonie. A teraz sam... Tak... Tempora cavant lapidem. Więc sam, zdezelowany. — Teraz zaciszny dworek wiejski, — pensjonat, — mleczko zsiadłe, książka, jajko prosto od krowy na miękko.
Pragnę, też pragnę w góry. — Na przyszły rok? — Kupiłem dwa tomy mineralogii, żeby się przygotować. — Geologia, — nie narty. Skały, granity, formacje, monolity... Nie narty. — Bo co?
Nawet młodzi też. — Sporty:
Idę do nich w zimie (do znajomych) w odwiedziny. Dzwonię. Służąca otwiera drzwi. — „Zastałem pana?“ — „Nie: jest w szpitalu chirurgii urazowej, bo samochód zarzucił“. — „A pani jest?“ — „Nie wróciła jeszcze, — leży w górach, — nogę złamała“. — „A dziecko?“ — „Poszedł z boną do doktora, zwichnął na saneczkach staw żebrowy“.
Zapewne. Nęcą góry i wołają. Chciałoby się porozmawiać z kamykami, bo nie umiem z ludźmi. — Nie, żebym miał nie chcieć, ale jakiś defekt wrodzony.
Bo na przykład trzy lata temu w pensjonacie. Postanowiłem od zaraz pierwszego dnia nawiązać życzliwe kontakty. — Wychodzę na werandę. — Uśmiecham się uprzejmie, przedstawiam się — tak i tak — i mówię: „ładną mamy pogodę“. — A ona: „Proszę głośniej“. — Więc ja drugi raz — głośniej: „ładną mamy pogodę“. — A ona prosi jeszcze głośniej. — Niezręcznie jakoś trzy razy powtarzać, że — oczywiście, — pogoda. — Zapewne, drobiazg, — ale speszyło na samym wstępie. — — — A potem mówią, że odludek.
No, dobrze. — Więc dwa lata temu też w pensjonacie, jestem już ostrożniejszy. — Wychodzę dopiero na śniadanie. Ale sąsiadce przy stole spadła na ziemię łyżeczka. — Nachylam się szybko uprzejmie pod stół, podnoszę; ale stuknąłem głową w tacę Marysi, a dziewczyna widocznie niezwyczajna z tacą, więc — gibnęły się filiżanki z kawą ze śmietanką, — i sąsiadka syknęła: „niepotrzebnie się pan fatygował“. — I pobiegła zmienić białą sukienkę. — Też drobiazg, ale zniechęciło. — Bo nie moja wina, a niby niedołęga.
W zeszłym roku jeszcze mniej pochopny. — Ale przed wieczorem już same mnie zagadnęły, — pani i młoda panienka. — (Kawy nie ma, obie słyszą). — „Pogodne będzie lato, wieś nie to, co miasto“. — I pytam się, — licho skusiło, — pytam się z miłym uśmiechem tej starszej: „czy to — pani córeczka?“ — No! — Ona oczy zmrużyła, — wiatr północny — i: „czy ja wyglądam na matkę takiej dorosłej panny?“
I zaraz nazajutrz siedzę na ławeczce z córeczką mecenasowej (rozgarnięta, rozmowna dziewczynka), pokazuje ona tę panią z daleka paluszkiem i mówi: „o, — ta pani, co tam idzie, — powiedziała na pana, ale ja nie powtórzę. Bo u nas, — chłopcy ulepili też ze śniegu — bałwana. Pan kierownik pochwalił, że ładny. Udał się bałwan...“
Więc teraz tu — wybrałem pokoik na uboczu. Chociaż gospodyni odradzała, że ponury; że słoneczny na pierwszym piętrze. — Nie szkodzi. — Postawiłem walizkę. Umyłem się. — Idę poznać okolicę.
Spotkałem dziedzica-gospodarza. — Tam las. Tu rzeka. — Zacisznie.
Pytam go się: „Czy miejscowość zdrowa?“ — „Nie bardzo“. — „Dlaczego?“ — „Podobno malaryczna“. Pytam się: „kuchnia dobra?“ — A on: „jeśli żona w sezonie nie będzie miała żółciowych kamieni, to dojrzy; mnie smakuje“. Pytam się: „czy pluskwy są?“ — „Czemu nie? Są. Goście nazwozili z rzeczami“. — „A towarzystwo (wspominała małżonka) doborowe?“ — „Iii tam, zbieranina“.
Pytam się o ten swój pokój. Zdziwił się: „Dała? chyba go panu odbierze?“ — Powiadam, że nie, że zająłem. — „To nic: ten pokój zaciszny zamówiło młode małżeństwo, — da panu lepszy“. — „Ależ ja się nie zgodzę“. — „Zgodzi się pan“. — Proszę go, żeby z żoną pomówił. Żeby zostawiła. Nie chce: „to jej sprawy; ja się nie wtrącam, ja jej trochę tylko pomagam“.
Spodobaliśmy się sobie. — Zwierzyłem tajemnicę: że mam zamiar, że muszę, że chcę tu — powieść mówioną do radia. — Jak to zrobić?
— Hm. — Trudno będzie. — Choć kto wie: jeżeli pan jej się spodoba. Żona panu poradzi.
— No tak. Ale co zrobić, żeby jej się spodobać? I trzeba prędko.
— Niech pan przyjdzie do nas wieczorkiem, — niech pan ją poprosi o igłę z nitką. Zapyta się do czego. — Pan powie, że musi przyszyć. — Nic tak kobiety nie wzruszy, nie rozczuli, jak kiedy mężczyzna szyje. — Zaraz powie, że po co, że ona chętnie i zręcznie, — i wzruszona przebaczy, poradzi i zrobi. — Ma pan coś podartego, — jakiś guzik niezbędny?
— Ba.
Cisza. — Szmer drzew. — Z dala krówki pasą się. Wiejski kogut pieje.
— I to ma być powieść dla dzieci, o dzieciach. Tych tu u nas? — pyta się.
— Aha.
— A co pan o nich powie ciekawego? — zdziwił się.
— Zobaczę, pomyślę, nie wiem jeszcze.
— Panie szanowny, powiada. Ja im się, powiada, co rok przyglądam i oczom nie wierzę. — Ona tu będzie ta mała: od ziemi nie odrosła, a z pretensją do mnie, — ba, jaką: że wygód nie ma, że twardo, że ciemno, że deszcz, że płaci, więc wymaga. — Fornalowi zrobiła awanturę, że przepowiedział pogodę, a ona zmokła na wycieczce. Bo my tu na wsi powinniśmy wiedzieć, kiedy pogoda i żniwa. — Pozna ją pan: o niej powieść; jej ciocia była na Riwierze, więc wie...
— A chłopcy?
— A no: kamieniami rzucają w kury; gałęzie łamią, bo i tak wszystko tylko do jesieni. Cóż? — Niszczycielski naród. — Sami nie sadzą i nie sieją. Oni wszystko tylko kupują. My powinniśmy tu na wsi, a wam się tylko należy. — Kazała żona zrobić plac na siatkówkę. — Mało. Kupiłem siatkę. Mało. Powinny być i piłki, i rowery.
Obroniłem skutecznie.
Przyznał rozżalony, że nie wszystkie są takie, że nawet nieliczne; ale mówi się o nich i dobrze pamięta, bo te nieliczne właśnie dają się we znaki. — Nie wiedzą: trzeba, można im wytłumaczyć. — Można rodzicom...
Machnął ręką. Więc pytam się:
— A dorośli?
— Dziwię się i nie rozumiem, jak oni mi tu jeszcze wszystkiego nie spalili. Znów tuzin popielniczek kupiłem. — Co rok inwestycje: kubły do gorącej wody, leżaki, płyty gramofonowe.
— Płacą?
— Różnie próbują. Co rok żona przepowiada, że teraz już nie dołożymy.
— No tak. Ale przyzna pan, że w monotonnym życiu pewne urozmaicenie?
— Nie! Właściwie, co rok to samo. Teraz bawią mnie już tylko ich zbawienne rady. Jeden radzi, żeby bobry hodować, ten znów morwy, sadzawkę i ryby. Sery, raki i konserwy na eksport. Albo krzyżować. Na przykład skowronka ze słowikiem; po co sprowadzać kanarki z zagranicy? Konie każą karmić bawełną, a z mleka robić kilimy. — Teraz wszystko maszyna i szczepienia (Widział w kinie traktory). Na przykład szczepić melony na dębach, — to nawet pikantne — miałyby goryczkę. — Jeden znów był w Danii i widział: kury w inkubatorach składają po trzy jaja dziennie. I plantacje tytoniu dla monopolu. — Bo u nas zacofanie, szablon i marnotrawstwo. — Jakże? — łąki? po co? — Taki obszar — łąka — siać trawę i polewać. Kiedy można przecież drenować: żeby nie było komarów. — I dojazd bryczką, kiedy można samochód? (Pewien eks-poseł ze stosunkami obiecał mi nawet kolej).
Markotno mi się zrobiło. Powiadam:
— No, pewnie. Głupstwa plotą, bo nie wiedzą.
— Nie — żywo zaprzeczył. — W mieście wiedzą, wszystko wiedzą. Jak nic odróżni łubin od jęczmienia, kozę od zająca. Wiedzą, czytają gazety.
— A pan?
— Prenumeruję. W zimie czasem przejrzę, ale więcej tylko prasę popieram. — Za mądre. Wolę książki. — Tak, panie, kryzys inteligencji. Potrzebny nam jakiś taki prowizoryczny instruktorski kurs racjonalnej realizacji eksploatacji i interpretacji regestracji.
Zamilkliśmy. Zamyśliliśmy się.
— O, widzi pan. Ten chłopiec mały z kijem idzie. Matka mówi, że żywy. Powinien go pan poznać bliżej. Okaz.
— Pewnie nie ma apetytu?
— Zgadł pan. Od urodzenia. — Czy u was naprawdę trzeba dzieci namawiać do jedzenia?
Cisza. — Przystanąłem. — Zwróciliśmy się twarzą ku polu i łąkom. — Pierwszy dzień. — Wieś. — Ładnie. — Patrzę. — Cicho.
— Co to za drzewo? — Co to za ptak śpiewa? — Jak to to się nazywa? — pytam się.
A on uprzejmie, łagodnie, życzliwie:
— „Widzi pan?“ — „Gdzie?“ — „Tam na łące, ooo, to, co się tam porusza? Ma cztery nogi i rogi, i ogon?“ — „Widzę“. — „To są, uważa pan profesor — to, to — to są krowy“. — „Krowy?“ — „Taaak“. — „Wiem. Pan sądzi, że nie znam, nie widziałem?“
Uśmiechnął się i powiada:
— Tym lepiej. Bo myślałem... Może nie?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.