Wieści z nikąd/XVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Morris
Tytuł Wieści z nikąd czyli Epoka spoczynku
Podtytuł Kilka rozdziałów utopijnego romansu
Wydawca Nakładem księgarni H. Altenberga
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyc i Sp., Kraków
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wojciech Szukiewicz
Tytuł orygin. News from Nowhere (or An Epoch of Rest)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XVI.

Obiad w hali targowej w Bloomsbury.

Mówiąc to, usłyszałem kroki zbliżające się ku drzwiom; zasówka skrzypnęła i weszła nasza zakochana para, wyglądająca tak przystojnie, że nie było wstydu patrzeć się na ich słabo ukrywane objawy miłości; zdawało się zaiste, że cały świat musiał być w nich zakochany. Co się tycze starego Hammonda, to spoglądał na nich jak artysta, który właśnie namalował obraz prawie tak dobrze, jak to zamierzał uczynić, gdy go zaczynał i czuł się zupełnie szczęśliwym.
— Siadajcie, młodzi — odezwał się — siadajcie i nie róbcie hałasu. Gość nasz ma jeszcze kilka pytań do postawienia.
— Sądziłem tak — odparł Dick; — byliście ze sobą trzy i pół godziny, a przecież nie można się spodziewać, aby historya dwóch wieków dała się opowiedzieć w tak krótkim czasie: pominąwszy zaś to, musieliście pewnie zagłębiać się w dziedziny geografii i rękodzieł.
— Co się tyczę hałasu, kochany kuzynie — rzekła Klara — to niebawem narobi go dzwon obiadowy, który, jak sądzę, będzie dla naszego gościa bardzo miłą muzyką, jadł bowiem śniadanie bardzo wcześnie, a wczorajszy dzień był pewnie mocno nużący.
— Skoro powiedziałaś pani już to słowo — rzekłem — to zaczynam uczuwać, że tak jest w istocie; ale karmiłem się cały czas podziwem; zaiste, to święta prawda — powiedziałem, widząc jej uśmiech, o jak ładny!
Ledwie skończyłem, gdy z jakiejś wysoko w powietrze strzelającej wieży odezwał się srebrzysty głos dzwonów, grających miłą czystą melodyę, która dla mego nieprzyzwyczajonego ucha brzmiała jak pierwszy śpiew kosa na wiosnę, i wywołała w mym umyśle cały nawał wspomnień, już to dobrych, już to złych czasów, wspomnień obecnie tylko słabych i rzewnych.
— Żadnych więcej pytań przed obiadem — rzekła Klara; mówiąc to, ujęła mnie za rękę tak, jakby to uczyniło dziecko, i wyprowadziła z pokoju na frontowy podwórzec muzealny pozwalając obydwom Hammondom iść za nami, jak się im podobało.
Weszliśmy na plac rynkowy, na którym już byłem uprzednio, a razem z nami sunął wązki strumień elegancko[1] ubranych ludzi. Weszliśmy do podcieni a potem do korytarza bogato rzeźbami zdobionego. Gdzie bardzo ładne ciemnowłose dziewczę wręczyło każdemu z nas po pięknym bukiecie kwiatów letnich, poczem znaleźliśmy się w hali o wiele większej i piękniejszej od sali Gościnnego Domu w Hammersmith, posiadającej bogatszą architekturę. Trudno mi było oderwać oczy od malowideł ściennych, ponieważ uważałem za zły obyczaj wpatrywać się nieustannie w Klarę, jakkolwiek zupełnie na to zasługiwała. Od pierwszego rzutu oka spostrzegłem, że przedmioty tych malowideł były wzięte z dziwacznych mitów starego świata, oraz wyobrażeń, o których w starym świecie zaledwie garstka ludzi wiedziała cokolwiekbądź; a kiedy obaj Hammondowie siedli naprzeciwko nas, rzekłem do staruszka ukazując fryz:
— Jak to dziwnie widzieć tutaj takie przedmioty.
— Dlaczego? — spytał. — Nie rozumiem dlaczego jesteś pan zdziwiony; każdy zna te historye, stanowiące bardzo wdzięczne i miłe przedmioty, a nie zbyt tragiczne dla miejsca, gdzie ludzie przeważnie jedzą, piją i bawią się, a jednakże pełne treści.
Uśmiechnąłem się na to i rzekłem:
— Nie spodziewałem się ujrzeć wspomnienia Siedmiu Łabędzi, króla złotej góry, Wiernego Henryka i tym podobnych ciekawych a miłych wytworów wyobraźni, które Jakób Grimm zapożyczył od dziecinnych lat świata, a które za jego nawet czasów ledwie były znane i sądziłem, że obecnie zapomnieliście już o takiem dzieciństwie.
Staruszek uśmiechnął się i nie rzekł nic; ale Dick zarumienił się i wybuchnął:
— Co ty sobie właściwie myślisz, gościu? Uważam je za bardzo piękne, to znaczy, nie tylko same obrazy, ale historye; jako dzieci wyobraziliśmy sobie, że odgrywają się w każdym zakątku lasu i w zatokach każdego strumienia i każdy dom w polu był dla nas zaczarowaną ziemią królewską. Czy nieprawda, Klaro?
— Zapewne — odparła; — zdawało mi się, jak gdyby w tej chwili lekka chmura prześliznęła się po jej uroczej twarzy. Chciałem mówić coś do niej o tym przedmiocie, gdy piękna kelnerka podeszła ku nam z uśmiechem i szczebiocząc słodko jak mieszkańcy sitowia nad brzegiem rzeki, zaczęła podawać nam obiad. Co do tego ostatniego, to podobnie jak przy śniadaniu wszystko było ugotowane i podane z subtelnością, która dowodziła, że ci, co potrawy przygotowywali byli niemi istotnie zainteresowani; ale nie spostrzegłem nadmiaru ani ilości ani smakoszostwa; wszystko bowiem było proste, jakkolwiek w swoim rodzaju znakomite, a jednak nie była to wcale uczta, lecz zwyczajny obiad. Szkło, porcelana i talerze były bardzo piękne w moich oczach, przywykłych do studyowania sztuki średniowiecznej; ale zwykły gość klubowy dziewiętnastego wieku byłby je uważał za rzeczy surowe i pozbawione wykończenia; porcelana bowiem była to glazurowana, choć pięknie ozdobiona glina; jedyną prawdziwą porcelanę stanowiły tu i ówdzie rozrzucone kawałki wschodnie. Szkło jakkolwiek eleganckie i dziwaczne, oraz bardzo rozmaitych kształtów, posiadało nieco baniek i było nieco twardsze w utkaniu niżeli komercyalne przedmioty dziewiętnastego wieku. Meble i ogólne urządzenie hali stanowiły jedność ze zastawą stołową, pięknych kształtów i wysoce ornamentacyjne, ale bez komercyalnego „wykończenia“ stolarzy i meblarzy naszych czasów. Zresztą nie było zgoła tego, co dziewiętnasty wiek nazywa „komfortem“ — to znaczy niewygody, tak że nawet niezależne od rozkosznego wzruszenia całego dnia nigdy przedtem nie spożywałem swego obiadu z taką przyjemnością.
Gdyśmy się załatwili z jedzeniem i siedzieli jeszcze maleńką chwilę z butelką bardzo dobrego wina Bordeaux, Klara wróciła do treści obrazów, jak gdyby ją coś niepokoiło.
Spojrzała na nie i rzekła:
— Jakim sposobem dzieje się że jakkolwiek po największej części jesteśmy obecnem swem życiem zajęci, to jednak, gdy ludzie zabierają się do pisania poematów lub malowania obrazów to rzadko biorą za temat nasze obecne życie, albo jeżeli biorą, to starają się uczynić swe poematy i obrazy nie podobnymi do tego życia? Czyż nie jesteśmy dostatecznie dobrzy na to, aby malować siebie samych? Jakim porządkiem dzieje się, że straszna przeszłość jest dla nas tak zajmująca — w obrazach i poezyi?
Stary Hammond zaśmiał się.
— Zawsze tak było i bodaj zawsze tak będzie — odparł; — bez względu na objaśnienie faktu. Prawda, że w dziewiętnastym wieku, który posiadał tak mało sztuki, a tak wiele o niej mówił, istniała teorya, że sztuka i literatura piękna powinny zajmować się życiem współczesnem; ale wówczas nigdy tak nie czyniono; bo ile razy ono występowało to autor zawsze starał się, jak to Klara właśnie zauważyła, ukryć je, przesadzić, lub wyidealizować, albo w jakikolwiek inny sposób uczynić je obcem; tak że mimo całe podobieństwo, mógł tak samo dobrze traktować czasy Faraonów.
— Wszakże — odezwał się Dick — jest rzeczą naturalną lubieć rzeczy obce; gdyśmy byli dziećmi, tośmy, jak już powiedziałem, udawali, żeśmy byli tym a tym człowiekiem, w tem a tem miejscu. To samo właśnie czynią te obrazy i te poematy, bo i dlaczegożby nie miały?
— Trafiłeś w samo sedno, Dick — rzekł stary Hammond; właśnie dziecku podobna część naszej natury tworzy dzieła wyobraźni. Gdyśmy dziećmi, dni mijają tak wolno, iż się nam zdaje jakbyśmy mieli czas na wszystko.
Westchnął, potem uśmiechnął się i rzekł:
— Cieszmy się, żeśmy znowu odzyskali nasze dzieciństwo. Piję na zdrowie obecnych dni!
— Drugie dzieciństwo — rzekłem nizkim głosem, a potem zarumieniłem się z powodu swej podwójnej ordynarności i miałem nadzieję, że może nikt nie usłyszał moich słów. Lecz Hammond je usłyszał i zwracając się do mnie z uśmiechem, rzekł:
— Tak, bo i dlaczegożby nie? Co do mnie, ufam, że potrwa długo; że następny światowy okres rozumnego i nieszczęśliwego wieku męskiego, jeżeli ten ma nastąpić, poprowadzi nas szybko do trzeciego dzieciństwa: jeżeli ten właśnie wiek nie jest trzecim. Tymczasem, mój przyjacielu, powinieneś wiedzieć, że jesteśmy zbyt szczęśliwi, zarówno każdy z osobna, jak i wszyscy razem, aby martwić się tem, co ma nastąpić.
— Co do mnie — rzekła Klara — życzę sobie, abyśmy byli na tyle interesujący, aby kiedyś o nas pisano i malowano nas.

Dick odpowiedział na to słowami kochanka, których niepodobna w piśmie powtórzyć i potem znowu siedzieliśmy czas jakiś spokojnie.




Przypisy

  1. „Elegancki“ rozumiem tak, jak jest eleganckim perski wzór, a nie jak bogata elegancka dama, która się wybrała na ranną wizytę.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Morris i tłumacza: Wojciech Szukiewicz.