Złoty robak/Opowiadanie Wereszczyńskiego

<<< Dane tekstu >>>
Autor Mieczysław Piotrowski
Tytuł Złoty robak
Wydawca Czytelnik
Data wyd. 1968
Druk Drukarnia Wydawnicza w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Opowiadanie Wereszczyńskiego

Czasy były jeszcze feudalne. Tak, tak, równocześnie wzrost industrializacji... brzmi to... Mnie tu widzicie, który widziałem trochę średniowiecza, a za oknami już secesję. Mylnie was uczą. Byłem nocnym dozorcą, na ulicy obraził mnie, sam nie wiedząc o tym, pewien młody, obcy i bogaty człowiek, załamałem się psychicznie, odszukałem go, poznałem osobiście, nadludzkim, muszę przyznać, wysiłkiem, dzięki wrodzonej inteligencji, która prosperuje niezależnie od czasów. I zakochałem się w nim. Honny soit qui mal y pense. Było to uczucie przerażenia samym sobą, i podziwu, w najszerszym, poetyckim znaczeniu, trudno wam to pojąć, rozumiem. Było w tym i pragnienie, aby z takim trudem zdobytego łajdaka, urzekającego łajdaka, mieć jak najbliżej siebie. Co było z nim robić? Co robić z głupstwem? Uwielbiałem jego lekkomyślność, równocześnie ceniłem mój wybitny rozum.
I złe serce. Zdeprawowane poniżeniem. Mierził mnie ten światek, którym zostałem oczarowany. Obiecał, dopilnowałem, więc zaprosił, miał w tym lekki, przewrotny cel, może mnie lubił, nie wiem, może nie doceniał zaślepiony samym sobą, zaprosił więc i wynajął, żebym w pewnym ekskluzywnym domu najwyższego stopnia, tak mi się wtedy wydawało, obraził towarzystwo, ujawniając poglądy, które, prosił mnie o to, sam sobie dowolnie wybiorę, za zgodą pana domu, kąśliwej pchły, która skacze po złocie. Był to przykład rozbestwienia i kosztownej perfidii, dzisiaj nie do wyobrażenia, i któż by dziś choćby wyłożył pieniądze na taką zabawę? Było w tym i lekceważenie mojej osoby, które jako „zakochany” zniosłem. Co więcej, przygotowałem się uczciwie, ze smakiem, korzystając z pomocy mojego znakomitego przyjaciela Hieronima, który zaznajomił mnie między innymi z teorią Bakunina. A sam, dodam nawiasem, knuł coś poważniejszego. Potem zresztą głowa jego została ścięta toporem. Proszę w ogóle wziąć sobie pod uwagę, że z nich wszystkich ja tylko zostałem.
I że miałem czas o sobie pomyśleć. Dziś za mojego Hieronima sam głowę oddałbym pod topór. A rozkoszniakom obliczam rok, dwa, trzy lata prosperity. Moje sprawy wtedy potoczyły się inaczej...
— Wiem do czego pan zdąża, i może, ja bym radził... — rzekł Paweł.
— Nie, nie! Proszę się nie obawiać, tak czy owak wyjdę w tym na durnia.
— Może dlatego właśnie.
— Nie, nie, pani Felicja najbardziej lubi patałachów i nieszczęśliwych, osłów nazywa inteligentnymi. To bardzo inteligentna dziewczyna, choć w tym nie oryginalna. — Kwiknęła brylantowym śmieszkiem. — Dom, ten dom — podjął — dziś przedszkole, wtedy willa, apartamenty, służba, oczom nie wierzyć, oryginalny Schwind na ścianie w kuchni, ja w pożyczonym ubraniu, blady w ogniopiórze, nie służyła mi brzytwa, na wstępie popełniłem omyłkę. A popełnić jedną omyłkę wtedy, to znaczy mieć szansę się toczyć. Lecz od razu powiem, że nie o nią mi teraz idzie. Dzisiaj patrzę z uśmiechem. Już w drzwiach przy ceremonii zgubił mi się mój Filip. Zostałem sam, wszędzie plecy, raz czarne, raz gołe, puder i brylantyna, zacząłem go szukać, onieśmielony próbowałem tu i tam, wciąż niefortunnie, wszędzie, oczywiście, obce plecy, sine, obce twarze, pokoje, korytarze, korytarzyki, półpiętra, schody pod dywanami, przez omyłkę wszedłem do kuchni, którą wziąłem za jeden z salonów. Na wstępie ukłoniłem się, powiedziałem dobry wieczór, i orientując się już, na przekór zostałem. Na przekór i dlatego, żeby się gdzieś schować. Pewny byłem przy tym, że mnie wreszcie znajdzie. Mijał czas; mógł mnie nie gubić. Poza odruchem zdziwienia, nawet bez ironii, nikt ze służby o nic nie zapytał, zignorowano mnie, chociaż ustawicznie wyczuwano moją obecność, jak ziarnko pyłu w oku. Po chwili gapienia się na ten kołowrót tac, podawań, szykowań, syczenia wściekłych głosów pachołków i pacholic, i regulacji uśmiechów przed — Wyjściem na pokoje, czując, że przeszkadzam, zrezygnowany usiadłem w przejściu przy korytarzu. Służba w tych czasach było to państwo w jaśniepaństwie. Stałem od nich niżej, rzecz jasna, że przeszkadzałem, może się i gorszono, nikt nie śmiał, poznawano ubranie pana Filipa, może lekceważono, cierpiałem, miałem głupią minę, pożyczoną z jakiejś księżycowej niezależności cienia rzucanego wzdłuż kamiennej posadzki, udawałem, że chcę tam być, lecz ze wstydu i poczucia dwuznacznej sytuacji na nikogo nie patrzyłem, i uparcie patrząc w tragiczny deseń kotary snułem mój tekst, zamówionych, choć i bliskich mi poglądów, których szyk miałem już w małym palcu. I jeszcze mi się rozbudował, i raz jeszcze zaostrzył. Hasłem miała być dyskusja o zabójstwie z litości, tym bardziej że fakt podobny zdarzył się niedawno, wstrząsnął opinią i podzielił głosy. Zamierzałem tu umieścić inne tematy. Zaskoczyć samego Filipa. Głównym moim celem miało być to zaskoczenie. Miałem zamiar przeskoczyć na temat „zemsty losu”, obmyśliłem sobie, i odsłonić przed Filipem moje karty. Wykonać polecenie z nadmierną gorliwością, powiedzieć, co i o nim myślę, z „punktu widzenia Bakunina”, a potem z nim zerwać, znieważyć. Wyjść z trzaskiem raz na zawsze. Byłem w sytuacji tych, którzy przygotowują swe wielkie życiowe wystąpienie, gotują się już w środku, są w stanie wrzenia, lecz muszą uważać, aby na tym się nie skończyło, aby nie wykipieć przedwcześnie i aby cudzą ręką nie być zdjęty z ognia. Iluż to ludzi szykuje się do takiej niedoszłej rozprawy? Po jakimś czasie, gdym tak uparcie siedział, usłyszałem szepty. W chwilę potem delegowano do mnie najmłodszą pokojówkę. Kroczkiem jak do ołtarza, żeby złożyć kwiaty, podeszła. Pozwoliła sobie na uśmiech i głębokie nachylenie się ku mnie, głowa w głowę. Dygnęła dworsko przede mną. Z kieliszkiem alkoholu na tacy. Jakby nigdy nic i jakbym tutaj zamierzał spędzić cały czas przyjęcia. Popatrzyłem jej w oczy. Miała takie, co psa drażnią przez sztachety. Niedobre. Lecz podziękowałem i wypiłem. Zaczęło się to powtarzać, z całą powagą. Delegowano ją, słyszałem znów szepty, po raz drugi i trzeci. Za każdym wypijałem, żeby się wreszcie upić. Może mieli ten cel? Przy czwartej tacy pokojówka, głowa w głowę, powiedziała z zaświeconym uśmiechem: Pan Filip Małachowski przysyła panu palone migdałki. Rzeczywiście na tacy był porcelanowy talerzyk z migdałami. Struchlałem. Więc to było tak! Więc tak; wiedział, że tu jestem! Więc drwił, lekceważył, zdradzał, zapomniał o mnie, bawił moją osobą innych! Ejże! Miałem go dosyć! I dosyć!!! I jeszcze raz dosyć! Znacie państwo to uczucie przepełnienia zdrady. Jest w gruncie rzeczy piękne. Jeśli ludziom przysługiwałyby skrzydła, to tylko na ten moment; czarne. I znacie też państwo kolor krwawego śmieszku spod tych skrzydeł? Ejże! — pomyślałem nakłuty nożami, aż mnie wyprostowało. Dziś uśmiecham się na myśl o tej mojej dziecinnej zapalczywości. Na myśl o rozgoryczeniu, którego przecież mogłem się spodziewać, znając Filipa, jego niestałość, uprzejmość od ręki i zamieć w głowie. Na domiar pokojówka, mówiąc mi ten komunikat, widocznie również tak jak jej nakazano, pochyliła się zanadto i rękę jakby niechcący położyła na moim kolanie. Kiedyś? Boże! Teraz? Było mi tego dosyć! Kiedy indziej bym się jej oświadczył. Teraz? Precz! Gdy pomyślałem: tyle ładunku serca, szlachetnych uczuć, inteligentnych słów, pan Filip mógłby już, a on mi tu przysyła, pomyślałem, lakierowaną dziwkę. Z gorzkimi migdałami, kucyka w diademie krochmalonych koronek. Ręce jej, zauważyłem to, sine, z folwarku, i fałszywy uśmiech nauczonej dworskiej papugi... Doprawdy zabrakło mi słów. I jeszcze w tym coś więcej; była podobna do Filigranowej. Także więc, oświeciła mnie przykra myśl, musiał być w tym perfidny, obelżywy numer. A może w uniesieniu... Wszystko było mi już jedno. Zerwałem się z krzesła. Pięknie! — powiedziałem!
I podbiłem z jej rąk tacę z migdałami. Wszyscy zamarli. Otóż macie numer! Brzęknęło srebro o posadzkę, szkło, porcelana i jak grad migdały. Niechże teraz proszą pana Filipa! Cisza. Myślałem, że brutalny mój gest wywoła straszne skutki. Lecz nic; świat służby i urzędników jest nieugięty w swej racji stanu. To, co przewidywałem, stało się w chwilę później. Na razie podszedł do mnie stary lokaj, jeszcze w milczeniu. Panie drogi... — rzekłem na początek. Aby go przeprosić. Lecz to już, właśnie to wystarczyło. To właśnie — panie drogi — było punktem obrazy. Nie jestem dla pana panem drogim... — wymamrotał łajdacką szczęką. Gębę miał suchą, opanowaną i wściekłą. Nagle sytuacja stała się podła i groźna — skracam: — w jednej chwili łagodząc ton zaproponował mi, że powóz jest do mojej dyspozycji, radzi mi, po prostu mi radzi, i nic więcej, jeżeli chcę, ktoś nawet odwiezie mnie do domu. Zostałem więc, tak należało rozumieć, wyrzucony za drzwi, z kuchni. Mogłem, tak rozumiałem, pójść sobie albo do domu, albo do salonów. Niesłychane! Podziękowałem za powóz, mówiąc z krwawym uśmiechem — dziś patrzę na to z pobłażaniem — że mam własne nogi. Lecz nie pojęto ironii. Ja też jej pożałowałem; wszyscy nagle, a było tej gawiedzi multum, stali się bardzo serio. Tak jakby tylko czekali na moje chamstwo. „Tegośmy się spodziewali” — widziałem w ich oczach. W które zresztą specjalnie nie patrzyłem. Nagle kazałem sobie, ryzykując do końca, nalać szklankę koniaku. Niespodziewanie wykonano to bez oporu. Ten sam stary, który był tu królem, napełnił szkło aż po brzegi. Wypiłem duszkiem prosto w jego siwe oczy, furmańskim zwyczajem strzepnąłem kroplę o posadzkę, chuchnąłem, powiedziałem: dziękuję, do widzenia państwu, i kuchennymi schodkami, chwiejnym krokiem, wyszedłem do ogrodu. I mogło to być już wszystko. Lecz teraz dopiero. Nie o tej bowiem omyłce chciałem powiedzieć. Ani o tym, że w tamtej chwili jeszcze raz się pomyliłem i tę partię ogrodu wziąłem za kuchenną, a postaci w mroku za służbę, która się tu chyłkiem wymknęła.
Słyszałem odjeżdżające auta, przypomniałem sobie, że dla starszych przewidziane było w programie polowanie, słyszałem i powozy, które podjeżdżały z narożnego placyku.
Był już zmrok, szarówka, półmrok, cienie, czerń nocy, gwiazdy, zapalono lampiony, wyczuwało się bardzo dużo ludzi, dolatywał gwar rozmów, ruszyłem przed siebie. Stanąłem na uboczu. Teraz proszę o chwilę uwagi, zbliża się moja omyłka. Przyznam się, że idąc, najpierw oddaliłem się w czerń krzaków, aby posegregować wrażenia: ochłonąć. Zostałem tak dłuższą chwilę. Stojąc na głodno, przemarzłem, wypatrywałem oczy za Filipem, migały mi różne sylwetki, światło było mdłe, powietrze raźne, zamiast w porę stąd uciec, chociażby przez parkan, postanowiłem ruszyć swobodnie przed siebie i nawiązać kontakt z kimś, kto prawdopodobnie był w sytuacji zbliżonej do mojej. Miałem w pamięci cenę, jaką zapłaciłem. W głowie obłok zemsty. Niejasny, wiem, że w takiej chwili rozjaśnia wszystko jedna błyskawica. Przyznaję się do tego, że myślałem o zemście, i miałem do niej prawo. Od dłuższej chwili obserwowałem samotną, jeśli dobrze odczytałem w mroku, posępną dziewczynę. Dolatywał gwar rozmów, snuły się pary, szeleściła trawa, dolatywały śmiechy jak wyładowania elektryczności przed burzą. Podszedłem bliżej i znów się zatrzymałem. Stała teraz niedaleko ode mnie, ubrana była skromnie, prawie biednie, w ręce trzymała chusteczkę, wyglądała na pannę służącą, która się zakradła i której oczywiście nikt nie poprosi do tańca. Byłem człowiekiem z natury naiwnym, z konieczności też musiałem liczyć na ludzi lżejszego kalibru — jakby to powiedzieć — z moralnie krótszą nogą. Oszukany tym wszystkim, wiedziony, rzekłbym, szlachetną intencją, iż ludzie przecież stworzeni są dla siebie — odważyłem się i chrząkając nieznacznie, aby nie przestraszyć, wyłoniłem się z gęstwiny. W scenerii tej’ mogłem sprawić wrażenie zaskakujące — ale ona także, od dłuższej chwili tkwiąc w cieniu naiwnego krzaczka, nie wyglądała na Dianę. Stojąc nieruchomo, wyłamywała nerwowo palce, szkliły się jej łzawe oczy, włosy miała płowe, rysy topił mrok, jak kawa roztapia cukier. Ubrana była rzeczywiście skromnie. Lecz jeśli kiedyś poeci porównywali rosę do brylantów, ja wtedy brylanty wziąłem za rosę — rozterkę za osamotnienie, gniew za smutek — wszystko pomyliłem, generalnie pomyliłem. Co więcej, raz powziąwszy decyzję — nagle ogarnięty paniką — szedłem, i gdy już byłem obok, zorientowałem się, że wziąłem ją za kogoś całkiem innego rodzaju. To nie była ta, która być powinna. Każda następna sekunda była decydująca w moim życiu. Dlatego wielokrotnie tę scenę powtarzam sobie, dziś także, jeśli łaska. Zrobiłem wtedy jeszcze jeden krok. I znalazłem się w samym środku zdarzeń. Pokierowałem nimi. Nie będę opisywał zdarzeń, powiem tylko o przebiegu mojej tragicznej omyłki. Byłem osamotniony, za wszelką cenę chciałem czegoś dokonać. Znaleźć bratnią duszę. Byłem już o pół kroku. Noc się przesilała, nagle wszystko mogło się skończyć. Kto kieruje człowiekiem niezgrabnym — nie wiem — jeśli Stwórca — źle się bawi — podchodząc więc nie pamiętam, od czego zacząłem, lecz musiało to być kilka słów takich, jakby kto powiedział dzisiaj: „hallo, baby!” i jednocześnie uderzyłem ją lekko w plecy. Sam nie wiem, jak to się stało? Nie byłem prostakiem, byłem nawet grzeczniejszy od dobrze wychowanych — z konieczności. Wykonała pół obrotu w moją stronę, nic nie powiedziała, tak jakbym tego niepojętego gestu nie wykonał. Można by pomyśleć, że wcale nie dotknąłem jej ręką. Miała jasne spojrzenie, poczciwy nos, zielone oczy, zdatne do nawlekania nitki przez ucho igielne. Odwróciła się do mnie całkowicie, z pewną energią i szorstkim koleżeństwem. Wzięła mnie za rękę. Pociągnęła ku sobie: „Niech pan patrzy” — rzekła. Odetchnąłem z głęboką wdzięcznością. Było to kilka sekund przedtem. Przed tym straszliwym krzykiem i zapaleniem świateł.
— Ach, bardzo panią przepraszam — rzekłem płasko — i bardzo dziękuję. Nie wiedziałem, za co dziękuję.
Nic nie odpowiedziała, patrzyła przed siebie.
— Jak pani ma na imię? — zapytałem ujęty jej prostotą. I usłyszałem niewłaściwość tego pytania, które już padło.
— Angelika — odpowiedziała, znów po prostu.
— Czym pani jest taka przejęta?
— Niech pan patrzy — powtórzyła, niespodziewanie popychając mnie do przodu. Lecz się oparłem. Bo zrobiła to „grubiańsko”. Patrzyłem na nią. Widziałem tylko zarys twarzy w cieniu. Odwracała moją uwagę od siebie, widocznie czuła, że jestem pijany.
Angelika. Bardzo piękne imię. Bardzo. Trochę pretensjonalne. Lecz bardzo piękne. Mogę mieć powóz — rzekłem nagle — do dyspozycji. Wyjedziemy stąd. Pani jest zdenerwowana tym, co się dzieje. Chociaż nie wiem, co się dzieje. Czy wyjedziemy?
Do takiego imienia konie powinny się nazywać Castor i Pollux. Bardzo pretensjonalne imię.
Wtedy, nie odrywając wzroku od tego, na co patrzyła, zerknęła na mnie kątem zaokrąglonego oka. Była pobłażliwie zgorszona, lecz bez konsekwencji.
Oczywiście już przedtem patrzyłem na to, co ona obserwowała. Było to widowisko wręcz idiotyczne. Grupka tak zwanej znudzonej młodzieży siedziała na ścieżce i bawiła się w „kolonie”. Wszyscy wypili, to było słychać po głosach. Błyskały noże w powietrzu. Patrzyłem na Angelikę i równocześnie widziałem oświetlony jaskrawo skrawek alejki, piasek, buciki, kieliszki odstawione na ziemi, z języczkami elektrycznego światła, i niemal każdy perłowy kamyk, który grał tu rolę. Kilka par usiadło na ziemi z wyciągniętymi nogami do siebie, tak aby jedwab i skóra wybrudziły się bez litości w mokrej trawie. Grano z beznadziejnym przejęciem graczy i kupców. Gdy ja patrzyłem tam i tutaj, tam błyskały noże. Krojono ziemię w tej idiotycznej zabawie, której przewodził Kreol. Poznałem go; i nagle w cieniu dostrzegłem Filipa. Był, nie widział mnie, stał nieruchomo, jakby skamieniały, widziałem jego twarz godną zazdrości, którą teraz najwidoczniej przeżywał, on, on właśnie, tak jak go znałem, był w jakiejś ciężkiej sytuacji, nigdym go w takim stanie nie widział. Wszyscy już grę przerwali, grała tylko Filigranowa z Kreolem, i było w tym coś, musiało być, bo wszyscy się skupili. Patrząc z cienia, tym lepiej widziałem wyraz jej twarzy, patrzyła z dołu w oczy partnera i już się prawie położyła na ziemi, trzymała głowę blisko tego miejsca, gdzie zaraz powinien paść nóż Kreola, ktoś ją próbował odciągnąć, ugryzła w rękę, była więc poirytowana, zawsze była poirytowana, Kreol miał dobrą passę i ciął szczególnie z wysoka, nóż błysnął w powietrzu i utkwił w dłoni Filigranowej. Rękojeść prawie zawyrczała nad przeszytą na wylot dłonią i wtedy rozległ się ten przeraźliwy krzyk. Filigranowa padła twarzą w piasek... Ze wszystkich stron rzucono się na ratunek. Filip stał nieporuszony. Zobaczyłem znajomego rotmistrza z Piantą, nadbiegli... — Z jaką Piantą? — zapytał Paweł. Dając dowód, że jednak słucha. — Z Piantą — odpowiedział Wereszczyński. — Przerwał mi pan łaskawie wątek. Masochistką z pejczem. Którym ćwiczyła rotmistrza. Gdy po ćwiczeniach wolny mieli czas... — zaśpiewał falsetem. — Zacząłem — podjął — rozumieć. Przypomniałem sobie list, który kiedyś półlegalnie przeczytałem. Zaczęła mi się składać całość. Są ludzie, którzy z jednego faktu znają oddzielnie po jednej połowie. Ja, dzięki mojej pamięci, znałem dwie, które, nagle złożone, dawały inną całość niż jedna i druga znane oddzielnie. Pamięć jest moją skarbnicą, to jedno, pamiętam też rozmowę z Filipem na zboczu góry za miastem. Mój plan, aby ratować Filipa, w treści nie rysował się jeszcze dość jasno i wymagał z mojej strony dużego intelektualnego wysiłku, ba! — uczuciowego spięcia. Gdy tak myślałem, rozgrywał się koniec skandalicznego incydentu. Skandal był likwidowany. Rotmistrz robił porządek, niesiono Filigranową, Kreol wziął ją na ręce, doskoczył Filip, zaczęła się szarpanina, wtedy rotmistrz postanowił zrobić ostateczny porządek, lecz począł sobie jakoś za ostro i Filip go odtrącił, obrażając mundur; nagle w obronie munduru uczepiła się Filipa Pianta, chwytając go za rękaw, więc Filip wziął ją na ręce i posadził na trawie, obrażając tym i suknię, i mundur. Zapaliły się latarnie nad tarasem, ogród błysnął w świetle, wybiegł ojciec dziewczyny, mały człowieczek, oszalały z przerażenia, lecz pełen godności i zimnej krwi. Nic się nie stało — rzekł, i wciąż to powtarzał, wciąż widząc, że Filip ma twarz umazaną krwią byłej narzeczonej i że śmieje się w jakimś histerycznym ataku głupio, na całe gardło. Był lekarz wśród gości. Wykonano szereg światowych zabiegów, odizolowano poszkodowanych, zabawa miała się toczyć dalej. Lekarz uspokoił ojca, Filip i cała jego grupa zniknęła, wszystko ucichło. W alejce jakby nigdy nic toczyła się zapowiedziana dyskusja. Kilku starych panów w żakietach chodziło parami w kółko i prowadziło rozmowę o zabójstwie z litości. Przystawali, robili stacyjki, „punkt widzenia” rysował się w geście rąk wymkniętych z białych mankietów. Ktoś im temat podłożył. A jednak ktoś im podłożył i dotrzymał słowa.
Przez cały czas Angelika dotykała mojego ramienia:
— Przepraszam — powiedziała.
Teraz dopiero to nastąpiło. Spojrzałem na nią. Było już światło.
To, co zobaczyłem — przeszło — i równocześnie zaprzeczyło moim oczekiwaniom. W te kilka sekund zostałem zrujnowany. Doprowadzony do stanu rozpaczy.
I nigdy już nie miałem dość siły charakteru, żeby się od tej rozpaczy uwolnić. Powiada Biblia o oglądaniu Boga twarzą w twarz, o groźnej i perfidnej, a nawet kłopotliwej sytuacji człowieka zbawionego wiecznie. Znalazłem się w takiej sytuacji.
Stojąc obok, głowa przy głowie, zobaczyłem ją rzeczywistą, w gradacji nagłych rozjaśnień, Bóg wie, co się wtedy wydaje? Prysnęła jej poczciwość, zgubione w cieniach rysy twarzy przebiegły i wstąpiły na swe miejsce. Nie była to już biedna, poczciwa dziewczyna. Ukazała się jasna, pełna — wyraz twarzy szlachetny, surowy, daleki. Ubrana była i skromnie, i bogato, powiedziałbym, złośliwie i kosztownie. Rosa okazała się brylantami, prawdopodobnie. Teraz widziałem, że gest, którym przed chwilą wzięła mnie za rękę, był gestem niedbalstwa i nieliczenia się z gestami. A wtedy, gdy kazała patrzeć, równie dobrze mogłaby kazać natychmiast odejść. A gdy tego nie powiedziała, znaczyło to samo. Cofnąłem się o jeden krok:
— Bardzo panią przepraszam.
— Dlaczego? — wyraziła zdziwienie.
— To jakieś nieporozumienie...
— A tak, tak — powiedziała od rzeczy.
Patrzyłem na nią. Nikomu bym nie życzył takiego porażenia. Męki odczytywania wyrazu twarzy. Jest to chyba pierwsza śmierć, jakiej się doznaje. W czym tkwi tajemnica wyrazu czyjejś twarzy? Nikt tego nie odkrył. Mówię głupstwa, lecz powtarzam, nikt tego nie odkrył. Czy tlen występuje na planecie Wenus? Myślę, że jednak występuje. Proszę mi za to odpowiedzieć na moje tak proste pytanie.
Jakby sobie na złość, nie byłem w stanie odejść, chwyciłem się ulubionego tematu, zacząłem mówić, w parę słów oczywiście zacząłem o Filipie. Nie słuchała, udawała, że słucha, potem, że nie słucha, zapytała:
— Pan zna?
Tego tylko czekałem: zezwolenia, zacząłem mówić o nim na zapytanie.
Tak dużo, jakbym mówił o samym sobie. Nie mogłem mówić o sobie.
Powiedziałem, że jest wielki, że jest w gruncie rzeczy dobry i wspaniały, że zupełnie inny, i że ja to wiem, który doznaje od niego samych przykrości, a jednak...
Rodził się we mnie mój plan, naiwny, z tym, że nie boję się naiwności. Skoro najbliższa jest prawdy. Przeistoczyłem się, wewnętrznie przebrałem się za Filipa i postanowiłem wystąpić w jego sprawie. Stać mnie na to, każdemu wolno się przeistoczyć — poczwarce w motyla — głupie to, ale przecież — motyl występuje w cudzej sprawie — z przejęcia, stojąc w tej alejce na trawie, a może w kwiatach — zacząłem głupieć — motyl działa w interesie kwiatów... działalność motyla... Czego już nie mówiłem? Co mi się już nie kłębiło? A wszystko w pośpiechu.
— Uwielbiam Małachowskiego — rzekłem. — Proszę się nie dziwić temu określeniu. Należę do tych, którzy naprawdę potrafią podziwiać bezinteresownie. Chciałbym nim być. Filipem.
Było to wyznanie, szkic wyznania, pod jej adresem, w kopercie adresowanej na nazwisko Małachowskiego. Co ona powie?
— Chciałby pan nim być? — uśmiechnęła się. — Po co? Wspomniał pan, że ma powóz.
— Skądże!
— Szkoda. Nie lubię widoku krwi. Chcę wyjść stąd. Prędko stąd wyjść. Nie mogę patrzeć.
— Nie mam powozu. Skądże. Mówię czasem głupstwa. I bardzo żałuję. Ale może ktoś. Bym zapytał. Czy tak?
— A dlaczego pan mówi głupstwa? — zapytała pusto, z lekką złością. Nie patrzyła na mnie. Wciąż staliśmy pod krzaczkiem.
— Nie trzeba.
— Powozu? Głupstw? Bo jestem zakochany. Nie wiem, dlaczego mówię. Jestem.
— W Filipie? — spojrzała z nie ukrywaną odrazą. Nie uwierzyła.
Odsunęła się ode mnie.
Zaczęła iść, ja za nią, krew na trawie i kwiatach już raz w życiu widziałem. Ta była tym obrzydliwsza.
Widziała, że osłaniałem ją od tego widoku.
— Filipie? — powtórzyła. — A to obrzydliwe.
Niech pani nie mówi — pomyślałem — że obrzydliwe. Niech nikt nic zawczasu nie mówi. Bóg panią skarze. Albo ja. Po co ta duma z piekła rodem?
— Proszę posłuchać — zatrzymałem ją. Znów zacząłem mówić.
Słowa moje dostawały skrzydeł, byłem chyba porywający, mówiłem w zastępstwie — o nim — moimi słowami — musiała być zaskoczona, musiała dziwić ją szczerość, zapał, prawdziwość. Mówiłem prawdę o nim, najlepszą. Tym samym oświadczałem mu swoją przyjaźń, a jej pośrednio moje oczarowanie.
Nagle błysnęła jej jakaś myśl.
— Czy przysłał pana?
— Błagał, żeby tego nie mówić.
Skłamałem.
Przypomniał mi się ten list. Była porzucona. W tragicznej sytuacji. Mogłem ją teraz zwrócić ku Filipowi. I tym samym utrzymać na moim widoku.




Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.