Z życia ludów w Austrji

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józefa Dobieszewska
Tytuł Z życia ludów w Austrji
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Z ŻYCIA LUDÓW W AUSTRJI.

Józefa Dobieszewska.jpg


Proces historyczny, jaki się w Austrji przed oczami naszemi rozwija, jest jednym z najciekawszych. Siedmnaście narodowości, różniących się pochodzeniem, odmiennemi pojęciami praw i obowiązków, pogodzić i połączyć pod jednem berłem, trzymać w spójni jednakowemi dla wszystkich prawami, jednakową sprawiedliwością i jednością celów, jest to zadanie, jeżeli nie wykraczające z obrębu możliwości, to przynajmniej niesłychanie trudne.
Znana jest wszystkim współczesna historja monarchy austrjackiego. Wstąpienie na tron dzisiejszego cesarza dokonało się wśród krwawych bojów, jakie właśnie staczały z sobą ludy, mające żyć w braterstwie i zgodzie. Wszystkie ludy podniosły się przeciw jednemu i wszystkie zasady poszły do boju z jedną: z zasadą germanizacji, ale Niemcy zwyciężyli i przez lat 12 dzierżyli berło pierwszeństwa.
Kiedy wszyscy, będący u steru, wmawiali w siebie i w świat cały, że narodowości przez nich rządzone czują się szczęśliwemi, bo nareszcie zrozumiały, iż rząd powinien być niemiecki, nauka i cywilizacja niemiecka, administracja, armja, marynarka niemiecka, jeden tylko cesarz Franciszek Józef myślał inaczej, i następujące jedne po drugich klęski przekonały, że on jeden miał słuszność.
Po krwawej bitwie pod Solferino, której naocznym był świadkiem, szlachetny monarcha przekonał się, że otoczenie jego prowadzi monarchję do zguby i samej dynastji nieszczęśliwy los gotuje, postanowił więc zerwać całkowicie z przeszłością i przeciwko wszystkim wyrzekł, że federacja ocali Austrję.
Niemcy z arcyksiężną Zofią, matką cesarską, na czele, ustąpić musieli, ale gdzie było szukać ministrów, którzyby to szaleństwo, jak je ówczas nazywano, podjęli się przeprowadzić? Kto zrozumieć zdoła cesarza i przyjmie na się odpowiedzialność za cały nowo wytworzony systemat?... Mimo to wszystko ogłoszony został słynny Dyplom Październikowy (r. 1860), zapowiadający ustrój federacyjny monarchji, na którym pod podpisem cesarza jedno tylko nazwisko figuruje, nazwisko Agenora Gołuchowskiego.
Ale ten tryumf uciśnionych nie trwał długo, zawyli ze wściekłości nieprzyjaciele Słowian, Niemcy podali rękę Węgrom i uniemożliwili rządy Gołuchowskiego. Ten sam los spotkał w pięć lat później Belcredie’go. Niemcy zostali panami placu i po dawnemu z przyjaciółmi swymi Węgrami obezwładniali dobre zamiary cesarza. Niecnej tej polityce Opatrzność zgotowała zasłużoną nagrodę. W dniu 3 czerwca 1866 roku pod Sadową skończyło się wszechwładne panowanie Niemców w Austrji, a oddzielenie Węgrów od związku z ludami monarchję składającymi, utorowało drogę do niedoskonałego, co prawda, federalizmu, którego dzisiejszy rząd jest jakoby forpocztą.
Gdy po nastaniu nowej ery zadawano sobie ustawicznie pytania: czy ten zwrot w polityce jest szczery? czy pod rządami następcy nie gotują się groźne niespodzianki? młody Rudolf odczuwał te wszystkie wątpliwości, miotające umysłami i czy to z zamiarem dania odpowiedzi, czy też idąc za popędem natchnienia, odpowiedział, nie manifestem, nie proklamacją, bo do tego nie miał prawa, ale jako człowiek kochający wiedzę, dał poznać swoje przekonania dziełem naukowem. Nie domyślał się, że ono stanowić będzie jego testament polityczny, a jest wcieleniem programu politycznego całej dynastji.
Dzieło to nie jest jeszcze należycie ocenione, a powinnoby sobie na to i u nas zasłużyć: toż sześć miljonów rodaków naszych żyje pod berłem Habsburgów. Tytuł jego jest następujący:
„Monarchja Austrjacko-Węgierska w słowie i obrazach“.
Chcąc mówić o tem wydawnictwie naukowo-literackiem, wypada przedewszystkiem wspomnieć jego twórcę. Arcyksiążę Rudolf, następca tronu austrjackiego, był od dzieciństwa wysoko kształcony, aby mógł kiedyś zająć godnie trudne stanowisko, jakie mu los przeznaczał. Wielkie zdolności umysłowe ułatwiały mu naukę. Przed laty kilkunastu opowiadał mi profesor Syrski, założyciel ogrodu zoologicznego w Tryeście, ten sam, który arcyksięciu wykładał nauki przyrodnicze, że ten cesarski jedynak był jednym z najpilniejszych i najmilszych uczniów. Niedługo też potem młody arcyksiążę zdobył sobie w świecie uczonym imię niepospolitego naturalisty. Skończywszy nauki, przechodził różne stopnie wojskowe, pracował, jako urzędnik w namiestnictwie, żeby się obeznać ze sprawami cywilnemi. W r. 1881 mającego zaledwie lat 23 ożeniono z belgijską królewną, Stefanją i młoda para po ślubie zamieszkała jakiś czas w Pradze, w królewskim zamku na Hradczynie. Wśród tego chwilowego od gwarów dworskich odosobnienia Rudolf czytał i rozmyślał dużo. Stare mury Hradczyna przemawiały doń wymownie całą Czech przeszłością. Z okien swoich widział tę drugą górę przedhistorycznej pamięci, Wyszehrad, gdzie we mgle wieków unoszą się poetyczne podania o królowej Lubuszy, a z dołu, zponad brzegów Wełtawy dochodziły jego uszu głosy czeskiego ludu, co potrafił wskrzesić prawie przepadający w zapomnieniu swój język, stworzyć literaturę i mimo prześladowań i trudności wcisnąć do każdej chaty elementarz i pióro, tę potężną broń nowszych czasów. Niewątpliwie wtedy jeszcze lepiej zrozumiał tę nową drogę liberalnego rozwoju, na jaką wstąpił jego ojciec, i odczuł, że tak dalej rozwijać się i postępować trzeba, aby państwo było, nie sztucznym różnych plemion zlepkiem, ale prawdziwie federalną monarchją. Chcąc stworzyć austrjacką ojczyznę, trzeba pierwej wszędzie uszanować tę prawdziwą, tę każdemu bliższą a ukochaną, co się zapisała na kartach historji.
Wśród takich i tym podobnych spostrzeżeń i rozmyślań powstał w umyśle Rudolfa projekt literackiego wydawnictwa niepospolitej wartości, które gorąco ukochał i z zapałem sobie właściwym prowadził aż do śmierci. We wstępie własnego pióra tak nam pobudki swoje objaśnia:
„Studjum nad ludami żyjącemi wewnątrz naszej monarchji nietylko jest wielkiej ważności polem działania dla uczonych, ale ma jeszcze praktyczną wartość z tego względu, że przeprowadzi do ukochania wspólnej wszystkim ojczyzny. Przez coraz głębsze wpatrywanie się w rysy i właściwości pojedynczych grup etnograficznych, w ich wzajemną materjalną od siebie zależność, będzie wzrastać i umacniać się to uczucie solidarności, które łączyć powinno wszystkie ludy naszej monarchji. Jeżeli zaś który z nich przez swój język, obyczaj i odmienny w części rozwój historyczny, czuje się niejako odosobnionym wśród innych części składowych, tego sam fakt uszanowania jego indywidualności i należnego jej uznania nakłoni do zgodnego pożycia. Będzie to dla niego pobudką do szukania odtąd w monarchji Austro-Węgierskiej jakiego duchowego punktu ciążenia“.
Arcyksiążę zwierzał się w poufnych kółkach z wypiastowanego przez siebie planu dzieła, które, ja k mówił, będzie nietylko obrazowem przedstawieniem składowych części monarchji, ale i wykazaniem stanowiska jej w politycznym ustroju świata, oraz jej misji cywilizacyjnej. „Badania te — dodawał — będą zarazem wielkiego wpływu na moje wykształcenie, rozszerzając widnokrąg moich pojęć“.
Do redakcji powołał arcyksiążę Maurycego Jokaja i radcę Hailena. Miano rozpocząć od Wiednia i Austrji Niższej, ale jednocześnie rozpoczęto i od Węgier, żeby uczynić zadość dualizmowi. Stu przeszło uczonych i literatów, stu siedmdziesięciu kilku artystów stanęło do tej pracy obok arcyksięcia. Każdy mu szczegółowo wykładał swe plany, a każdego porywał on i zachwycał. „Niech też wiedzą za granicą — mówił — jakie to wielkie zasoby są w naszych krajach koronnych“. I zaprawdę, dla utalentowanego pióra i ołówka materjał nie lada znajduje się w tem państwie obszernem, gdzie winnice stykają się z gleczerami, gdzie północne wiatry wstrząsają czarnemi borami jodeł i świerków na Górach Kruszcowych, w których tyle skarbów zaklętych, a od południa południowy klimat najświetniejszą roztacza roślinność. Tu rosną niebotyczne sosny, dęby, buki, tam cyprysy i palmy. Tu równiny, wzorowo uprawne, złocistemi kłosami zbóż falują, dalej Wieliczka swą kryształową sól wydaje, a Tryest wabi cudzoziemców do swego portu i, ożywiając handel, podnieca przemysł. Od wschodu tworzą jakoby mur graniczny Siedmiogrodzkich Alp szczyty, a w ich wnętrzu i sól, i złoto; w ich lasach dziewiczych trudny do wytropienia niedźwiedź się ukrywa. Wśród szczytów Alp Styryjskich i Tyrolskich wzlatują orły i sokoły, dalej na północy dzika koza skacze po urwiskach karpackich.
Wielki miłośnik nauk przyrodniczych, arcyksiążę brał na siebie opisy niektórych miejscowości, ich fauny i flory. W miarę, jak który kraj koronny miał być opisywany, zamierzono przybierać z łona jego literatów i artystów, ażeby każdy naród organami, z łona swego wybranemi, mógł malować swoją przeszłość i swoje pragnienia, swój stan dzisiejszy, swój klimat, obrządki, zwyczaje i stroju swego narodowego podał pochodzenie. Cześć, zaprawdę, należy tu wyrazić, tej bezstronności programu.
Otrzymanie pierwszego rękopismu i pierwszego rysunku do ilustracji nieopisaną radością napełniło arcyksięcia. Dnia 1-go grudnia 1885 roku poszedł w świat pierwszy zeszyt pięknie ilustrowany i dwa razy na miesiąc punktualnie wychodziły następne zeszyty, aż do 77go. Wydawnictwo zostało tak sympatycznie przyjęte, że wkrótce pokryły się wielkie koszta i zaczął się zbierać kapitał rezerwowy.
Na ostatniej sesji w początkach 1889 roku arcyksiążę wypowiedział redakcyi, jakie prace wykonać zamierza w ciągu lata tegoż roku i obiecał dla zeszytu z dnia 1go kwietnia opis południowej Dalmacji, gdy wtem dnia 30 stycznia rozeszła się z błyskawiczną szybkością przerażająca wieść: Rudolf nie żyje!...
W miesiąc, czy więcej po tym, pełnym grozy, dniu w Peszcie, na posiedzeniu węgierskiej akademji umiejętności opowiadał M. Jokaj, redaktor węgierski, że kiedy w r. 1888 z powodu pomnika, postawionego w Buda-Peszcie dla Stefana Szechenego, przedstawiono arcyksięciu próbę rysunku, wyobrażającego samobójstwo Szechenyego, arcyksiążę powiedział: „Rysunek piękny, ale go przyjąć nie możemy, gdyż samobójstwo jest rzeczą niegodną człowieka; pozostawia zawsze na nim plamę i nie trzeba, żeby kto pomyślał, że przedstawiamy to, jako wzór czynu bohaterskiego.
Jeżeli to prawda, że ten, z którego ust wyszły te słowa, sam sobie życie odebrał, co myśleć o tem wszystkiem? Człowiek byłżeby tylko rozbitkiem na falach losu, wytrącającego mu ciągle z ręku ster i busolę?... Ale któż zna dziś całą prawdę z tego dramatu w Meyerlingu? Jedni zapewniają, że było tu samobójstwo, drudzy przeczą zupełnie; kiedyś najniespodziewaniej może ta ciemna zasłona się odchyli; teraz my widzieliśmy tylko jakiś zamęt w obyczajowym i społecznym porządku, straszny tuman namiętności przeleciał i po nim, jak po burzy, spadł nieszczęścia piorun. Jeden grób przybył w podziemiach Kapucyńskiego kościoła w Wiedniu, a w monarszych pałacach, w których, jak się to często patrzącym z dołu wydaje, ma gościć radość i szczęście, zostało nieświadome dziecko, napróżno dopytujące się o swego rodzica, młoda żona ze złamanem życiem, matka zrozpaczona aż do wpadania w obłęd, ojciec boleścią przybity, napróżno ukrywający łzy, jako niegodne mężczyzny i monarchy.
I poważni mężowie obu redakcji załamywali ręce w smutku głębokim: „Niema naszej gwiazdy, co dalej robić?...
Wiedziała co robić owdowiała arcyksiężna Stefanja i poprosiła cesarza, aby jej pozwolił poświęcić swoje usiłowania dalszemu prowadzeniu ukochanej przez męża pracy, być protektorką wydawnictwa, złączyć się ze wszystkiemi kolejami jego dalszego istnienia.
Cesarz najżyczliwiej do tego żądania się przychylił, mówiąc, że trwalszym od marmuru i kruszców pomnikiem dla Rudolfa jest to jego dzieło.
Idzie tedy wydawnictwo dalej, wziąwszy za dewizę słowa, wyrzeczone przez cesarza, a powtórzone przez arcyksiężnę Stefanję do mężów, co przy niej do rady stanęli: „Dzieło będzie prowadzone dalej według ducha i myśli Rudolfa“.
Teraz właśnie z krajów Przedlitawji drukuje się Karyntja i Kraina, których ludność słowiańska dostarcza ilustratorom ślicznych obrazków malowniczym swym strojem narodowym. W tym szeregu Galicja ma nastąpić szesnasta z kolei. Oczekujemy z żywem zajęciem, kto z Polaków będzie powołany z tej prowincji dla odtworzenia jej życia historycznego i umysłowego. Może nam wytłómaczy lepiej i dobitniej, niż objaśniano dotąd, dlaczego ta piękna prowincja, największa w całej Przedlitawji (ma 78.497 kilometrów kwadratowych, kiedy największe po niej — Czechy — mają tylko 31.956 kilometrów kwadratowych), posiadająca wielkie kopalne bogactwa, z małym wyjątkiem grunta urodzajne, obejmująca w sobie tę sławną Ruś Czerwoną, gdzie niegdyś każdy przybysz znajdował obfity chleb dla siebie, jest dziś tak mało pod względem przemysłu rozwiniętą, tak biedną wobec innych części monarchji.
Byłoby bardzo pożądane, aby obraz tego stanu zwrócił uwagę tych, do których to należy i dał hasło do ogólnych usiłowań poprawy, ulepszeń i postępu.

Marienbad.Józefa ze Śmigielskich Dobieszewska.



Upominek - ozdobnik str. 96.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józefa Dobieszewska.