Z domu ojców/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Z domu ojców
Pochodzenie Kuszenie Szatana
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów, E. Wende i Spółka
Druk Zakł. graf. Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
VII.

Boryniec, dnia 6. sierpnia.

Zdziwił cię ostatni mój list i pytasz, co go spowodowało, co mnie z równowagi wytrąciło, czy też do równowagi zwróciło, — gdyż sam nie wiem, jak mam nazwać swój stan obecny...
Głupstwo, drobnostka, rzecz nie warta wspomnienia, — chcesz jednak wiedzieć, to ci opowiem. Pamiętam wszystko, jak gdyby dziś to było.
Była to niedziela.
Noc całą spędziłem na czytaniu starych kronik rodzinnych. W nocy tej przeżyłem kilkaset lat, czułem za kilkudziesięciu ludzi.
Słońce stało już wysoko, gdy rzuciwszy wreszcie zapylone papiery, wyszedłem na świat. Głowa mi jeszcze ciążyła, myśl dziwne napełniały obrazy. Idąc przez korytarz, patrzyłem na przodków moich, jak na dobrych znajomych, zdawało mi się, żebym się był wcale nie zdziwił, gdyby który z nich z ram wystąpił i przemówił do mnie...
Wyszedłem do parku.
Świat był spokojniejszy jeszcze niż zazwyczaj; zdawało się, że cmentarz poza moim dworem wyszedł z ogrodzenia i rozsiadł się po całej okolicy.
Z kościoła rozlegał się głos dzwonów — zupełnie jak na cmentarzu, gdy umarłego chowają...
Siedząc w bibljotece, straciłem rachubę czasu. Było już blizko południa: — dzwoniono na sumę.
Gorąco było ogromne; błądziłem po parku bez myśli, bez czucia...
Dochodził mię dźwięk organów, przytłumiony, poważny, mieszający się czasem ze śpiewem wiernych, tam — w kościele.
Nagle organy urwały i ozwał się głos sygnaturki: było podniesienie. Nie wiem dlaczego, miałem ochotę uklęknąć.
Jakaś wizja stanęła przed memi oczyma. Zdawało mi się, że jestem rycerzem i mam wyjeżdżać na wojnę — a teraz w zbroi od stóp do głów zakuty klęczę przed kościołem, trzymając konia za cugle...
Gorąco jest ogromne, a czasem tylko wiatr powieje i wzrusza kitę mego hełmu, stojącego przede mną na ziemi, wzrusza pióra orle, tkwiące w żelaznej sztabie ponad memi barkami...
A tam w kościele modlą się: O, Panie!...
Organy tymczasem poczęły huczeć nizko, strasznie...
I znów mi się zdało, że siedzę na koniu, a koń w biegu szalonym kołysze mną; a tam — w dali, przede mną — odgłos walki.
Pędzę przez łany zbóż, kłosy falują przed koniem, dźwięczą cicho, rzewnie, uderzając o blachę na piersiach końskich, a za mną las kopji, szum skrzydeł, tentent rumaków...
Śniąc tak na jawie, począłem biec. Wybiegłem z parku i szedłem ścieżkami polnemi, wprost przed siebie.
Gorąco było ogromne... Przystawałem chwilami i brałem bezwiednie w rękę dojrzałe kłosy na ścieżkę się chylące, szepcąc bez myśli: aha, owies... lub: patrzcie, pszenica...
I znów mi się zdało, że jestem rycerzem. Konia ubito, a ja idę przygnieciony ciężarem własnej zbroi, palony promieniami słońca.
Idę — i nie wiem dokąd, nie wiem po co... Znużenie tylko czuję ogromne i ogień jakiś pod powiekami, ogień na skroniach i żar w spiekłem gardle.
Łany zbóż skończyły się; wyszedłem na szerszą wiejską drogę.
Przystanąłem, oparłszy się plecami o płot i jąłem patrzyć przed siebie.
Suma się już widocznie skończyła, ludzie wracali tłumnie z kościoła. A ja patrzyłem przed siebie i widziałem ich, ale za żadnym człowiekiem nie odwracałem głowy. Zjawiali się przed memi oczyma i nikli, a ja nie pytałem skąd idą, ani dokąd.
Starcy odkrywali przede mną siwe głowy, ojcowie rodzin chylili się do moich kolan, hoże dziewczęta całowały mą rękę, niedbale na płocie wspartą.
Ja nie odpowiadałem na ukłon, ani pozdrowienie, ręka moja nie drgnęła ani razu pod dotknięciem młodych wiśniowych ust.
Stałem tak i zdawało mi się, że stoję w kościele przy wielkim filarze, wykuty z marmuru, a podemną gniją jakieś prochy, co w żelazo zakute chodziły po świecie.
Tak... stoję przy filarze, sam kamienny, ręce mam skrzyżowane na piersiach, złotą obrączkę nad czołem...
Poczęło mi się mieszać w głowie; nie wiedziałem już, czy ja rycerz, czy może jakiś święty... Ludzie przychodzą i schylają się kornie do moich nóg, ale ja kamiennych rąk nie ruszam ani im błogosławię.
Słyszę jakiś szept — pewnie się modlą.
Wtem... wtem... śmiej się razem ze mną, śmiej się, bo to bardzo zabawne!
Wtem — usłyszałem głos całkiem wyraźnie — głos wieśniaka, który mówił: „Patrzcie, to młody dziedzic, ten, co go ze dworu wyrzucają“...
Zaśmiano się i ktoś rzekł znowu: „Żyd kupi, albo co?...“
Zwyczajne słowa, nic nie znaczące — nieprawdaż? a jednak jakby piorun uderzył we mnie! Wstrząsłem się na całem ciele: gdzie ja jestem? co ja robię? Ostatnie dnie błyskawicą mi przeleciały przez myśl i zdało mi się, że coś woła za mną czy we mnie: Tragikomedję odgrywasz?
Zapomniany człowiek nowy zbudził się we mnie i począł śmiać się szyderczo a dziko, okropnie, szalenie.
Co ci powiem więcej? jeżeli mnie rozumiesz, to ci wystarczy, jeżeli zaś nie, darmobym więcej mówił.

Twój
T. B.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.