<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Za chińskim murem
Wydawca Feliks Gadomski
Data wyd. 1924
Druk Drukarnia Techniczna
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Malecki pozostał w Szanchaju. „Kobe-Maru“ odpłynął, sprzedawszy jego kajutę innemu pasażerowi, jadącemu do Kolombo.
W pokoju gościnnym Astor-House‘u hrabina pisała list. Malecki siedział obok w fotelu, czekał i myślał.
— Zginąłem! — szeptał bez dźwięku. — Teraz zginąłem. Jestem słaby człowiek, bez siły woli, bez miłości własnej, bez honoru.
— Skończyłam! — zawołała hrabina. — Czytaj, amico!
Podała mu list do męża. Zawiadamiała, że chce spędzić kilka dni w Szanchaju, gdzie ma załatwić sprawunki na zimowy sezon. Uspokajała męża, że ma dobrą opiekę w osobie bardzo dobrze wychowanego Polaka, którego przypadkowo spotkała na statku i który jest zmuszony mieszkać pewien czas w Szanchaju. Opisywała swoje wizyty do wspólnych znajomych i zapowiadała prędki przyjazd do Pekinu.
— Będę tu tyle czasu, ile potrzebuję czekać na następny okręt! — rzekła, zalotnie patrząc mu w oczy i zaklejając długą, z drogiego papieru kopertę hotelową. Nagle Malecki dojrzał drugą kopertę, wyglądającą z pod woreczka ze złocistej brokateli. Wzrok jego nie mógł się oderwać od tej koperty. Aura, opowiadając o swoich wycieczkach za miasto z rodziną znajomych Włochów, niedbałym ruchem zakleiła tę kopertę i podniosła się od biurka.
— Do kogo ten drugi list? — zapytał Malecki.
Hrabina z dziwnym błyskiem w oczach spojrzała na Maleckiego i swobodnym ruchem wyciągnęła do niego kopertę. Na niej ręką Aury było wypisane:
„Książę Anselmo Razza-Montana w Pekinie“.
Z dołu dwie litiery „P. R.“, co miało znaczyć „poste restante“.
— Kto jest ten pan? — zapytał Malecki, nie podnosząc od koperty wzroku.
— Jest sekretarzem mego męża, — odpowiedziała, zapalając papierosa.
— Dlaczego „poste restante“? — dopytywał się dalej.
— Nie chcę, aby mąż dowiedział się, że piszę do księcia, ponieważ proszę go, aby uspokoił męża, bo inaczej gotów będzie przyjechać tu na moje spotkanie.
— Dziwi mię, Auro, że list do męża dałaś mi do przeczytania, a ten drugi odrazu zakleiłaś! — rzekł ponurym głosem Malecki, podnosząc ramiona.
Hrabina cisnęła papieros do popielniczki, stojącej przy biurku.
— Czyż jestem obowiązana podlegać kontroli pana? — spytała z wyzywającym ruchem głowy.
— Nie! — odpowiedział, czując, że znowu coś zaszło, co czyni boleśnie naprężonym ich stosunek. — Przepraszam panią, — zapomniałem się. Nie mam żadnej pretensji...
— Niezmiernie mnie to cieszy! — szepnęła z dziwnym uśmiechem. — Chodź, mały Jaksy-boy! Chodź!!
Wyszła, nie obejrzawszy się nawet na Maleckiego. On nie poszedł za nią. Usiadł z powrotem i zaczął czytać gazetę. Spojrzał na pierwszą stronę i przekonał się, że była to jakaś stara gazeta.
— Dziś Daily-News przyjdzie! — przypomniał sobie nagle, spojrzawszy na zegarek i szybko wyszedł. Nie wchodząc do swego pokoju, kazał portjerowi przynieść laskę i kapelusz i, wziąwszy samochód, pojechał w stronę placu wyścigowego. Zbliżając się do miejsca, dojrzał znajomą. Stała z niewielką teką pod pachą. Spostrzegła Maleckiego, powitała go wesołym uśmiechem i zawołała:
— Nie zawiódł „Daily News!“ Przybył! Proszę!
Malecki wziął dziennik, zapłacił, lecz nie odchodził.
Artystka pytająco patrzyła na niego, a w jej oczach zjawił się niepokój. Malecki odrazu to spostrzegł i rzekł:
— Proszę pani, niech pani nie myśli nic złego! Zaraz wszystko wyjaśnię. Uczułem dla pani odrazu, jeszcze wczoraj po południu, wielką sympatję. Nie wiem dlaczego, ale to tak! Tymczasem nawet imię pani nie jest mi znane. W restauracji tak je wymówił i, widocznie, przekręcił mój przyjaciel, że nic nie zrozumiałem.
— Nazywam się Halina Orlicz... — przerwała mu artystka.
— Halina Orlicz? — zawołał. — Czy pani nie jest Polką?
— Tak! Jestem Polką! — rzekła spokojnym głosem.
— Boże wielki! Jakie szczęście! — zawołał już po polsku. — Pierwsza rodaczka od tylu lat! — porwał jej ręce i zaczął całować. Chińczycy, leżący pod płotem pałacu i pod drzewami, szczerzyli do nich zęby, wskazywali palcami i śmiali się głośno.
— Niechże pani o sobie opowiada, wszystko, wszystko! — naglił, prowadząc ją w stronę ławki w cieniu kasztanów.
Halina śmiała się i żartobliwie mówiła:
— Pan psuje mi cały handel. Zostanę bez swego procentu, który dostaję od właściciela kiosku.
— Niech się pani nie obawia! — mówił, zaglądając jej w oczy. — Kupują nowe, starawe i całkiem stare Times‘y, Daily News‘y, Morning Post‘y, Journal de Pekin, ale pani musi mi wszystko opowiedzieć.
Orlicz po krótkich słowach opowiedziała, że skończyła konserwatorjum w Moskwie, ale po wybuchu rewolucji bolszewickiej razem z matką posuwały się od miasta do miasta na wschód, aż dotarły do Szanchaju. Tu długo nie mogły znaleźć zarobku, aż nareszcie zaczęła sprzedawać dzienniki, a matka znalazła posadę ochmistrzyni w małym Boarding-Housie. Później przez jednego z lokatorów artystka dostała zaproszenie do Karltonu, lecz wynagrodzenie było tak liche, że nie mogła przerwać handlu dziennikami.
Opowiadała z prostotą i szczerością, za co Malecki odwdzięczył się jej opowiadaniem o sobie, nie wspominając jednak o hrabinie del Ramagnoli. W końcu prosił znajomej o pozwolenie odprowadzenia jej do domu i o przedstawienie się matce. Pani Orliczowa, sędziwa staruszka, spotkała go uprzejmie, lecz gdy Halina wyszła z pokoju, aby przyrządzić herbatę, zwróciła się do Maleckiego ze słowami:
— Różni ludzie bywają na świecie, mój kochany panie. Jedni przychodzą z czystem sercem, inni — z ukrytemi zamiarami. Jeżeli pan należy do tych drugich, niech pan nie traci czasu! Halina jest uczciwa, śmiała i szlachetna dziewczyna. Gdyby chciała zrobić karjerę, jak czynią to inne, dawnoby już to zrobiła. Nasze pragnienia są proste! Zarobić tyle, abyśmy mogli wyjechać do Polski. Tam lepiej żyć o głodzie, niż tu przy samochodach i bogactwie.
Malecki nic nie odpowiedział, pochylił się tylko do staruszki, zajrzał jej w oczy i ucałował rękę. Ona nie zdziwiła się i, jak syna, pogłaskała go po głowie.
— Jak tak, to dobrze! — szepnęła.
Malecki pozostał na obiedzie w Boarding Housie, wieczorem zaś odprowadził Halinę do Karltonu i czekał tam na nią. Odwiózł ją do domu i późno powrócił do hotelu, gdzie znalazł wetkniętą w klamkę kartkę. Pisała hrabina, że odchodzi od zmysłów z niepokoju, nie wiedząc, czy czasem nie zachorował i nie upadł gdzie na ulicy, że telefonowała do wszystkich szpitali i do policji, ale nigdzie nie wykryła jego śladu. W końcu prosiła, aby zapukał do niej, gdy powróci, nie zważając na spóźnioną nawet porę.
Malecki postanowił nie odpowiadać i nie dawać znaku życia, lecz nie zdążył jeszcze dopalić papierosa, gdy głos Aury rozległ się pode drzwiami.
— Wpuść, kochany, jedyny!
Otworzył. Wpadła, jak biały, wonny obłok. Śród pocałunków, łkań, skarg i wyrzutów, śmiała się nerwowo i szeptała:
— Teraz wiem, już wiem napewno, że kochasz... bo jesteś zazdrosny!
Porwała go nowa nawałnica pieszczot, miłości zmysłowej i palącej namiętności.
Śród pocałunków śmiała się i mówiła:
— Teraz ty będziesz panem i władcą, ty... Już zawsze będę dobra dla ciebie i uległa!
Malecki szalał, lecz czuł jak coś, jakgdyby pętla, ściskało mu gardło...
— Ginę... rozległ się zdaleka rozpaczliwy głos jego duszy, lecz Aura w tej chwili szepnęła:
— Całuj!! całuj! Jam twoja... tylko twoja...
Już nie słyszał innych głosów...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.