<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Za chińskim murem
Wydawca Feliks Gadomski
Data wyd. 1924
Druk Drukarnia Techniczna
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Nazajutrz, po przyjeździe do Szanchaju, Malecki o 10-ej rano zeszedł do sali restauracyjnej na poranny lunch. Odnalazł swój stolik i, czekając na kawę, siedział w głębokiej zadumie. Czuł, że wszystkie jego plany zostały zburzone. Wiedział, że na pierwsze skinienie tej kobiety, która w tak niezwykły sposób wdarła się w jego życie, pójdzie na koniec świata i nie zatrzyma się nawet przed zbrodnią. Jednocześnie zupełnie wyraźnie pamiętał, że, stając się jego kochanką, ani słowa nie powiedziała o miłości do niego, o takiej miłości, o jakiej marzył. Były zdawkowe słowa pieszczotliwe, jakie już nieraz słyszał od niej, z któremi zwracała się też i do swego „Jeksy boy‘a“. Był bardzo ciekaw spotkania się z hrabiną, ale czuł jakąś obelgę, pomimo wszystkiego, co zaszło, i był niespokojny i wzruszony.
Gdy już skończył śniadanie i miał wstać, do sali weszła hrabina i skierowała się do jego stolika. Przywitała się przyjaźnie i trochę drwiąco, jak to zresztą czyniła zawsze, i usiadła. Jadła, swobodnie opowiadając o mądrości „Jeksy“ i o naiwności służącej hotelowej, aż nareszcie spokojnym głosem poprosiła:
— Mam znowu do pana prośbę. „Kobe Maru“ odejdzie od Havre‘u jutro, nie chcę się jeszcze rozstawać z panem, — zawcześnie... będę się czuła nieszczęśliwą... Niech pan odprowadzi mnie do Pekinu. Pan przecież nie zna Chin, bo Szanchaj i Kanton — to nie Chiny? Trzeba zwiedzić Pekin, tam ja już będę guidem pana...
Malecki milczał, patrząc w okno i czując, że się skrada do niego niebezpieczeństwo.
— Cóż, pan nie odpowiada? — pytała, dotykając jego ręki.
— Pani wie, że jej życzenie jest dla mnie rozkazem, a, jeżeli to życzenie jest związane ze mną, jestem gotów życie oddać! — odparł z wybuchem rozpaczy.
— To życzenie najwyraźniej związane z osobą pana — zaśmiała się. — Ale co to za tragiczne tony brzmią w głosie pana?
Malecki nachmurzył czoło, przygotowując odpowiedź.
— No, proszę mówić! — szepnęła. — I nie bać się słów...
— To, co się stało, upoważnia mnie do myślenia, że kochasz mnie, Auro, tymczasem nazywasz mnie po dawnemu „panem“ i ani słówkiem nie wspomniałaś o minionej nocy.
— Nie mówi się w dzień o tem, co noc przykryła swoim płaszczem! — rzekła z figlarnym uśmiechem.
Malecki ze smutkiem podniósł na nią oczy i szepnął:
— Moje uczucie dla ciebie, moja miłość, mój zachwyt tobą nie boi się światła słońca i nie potrzebuje kryć się w nocy. Ja chcę światu krzyknąć, że kocham ciebie i że jesteś moją!...
Hrabina milczała, więc Malecki ciągnął dalej:
— Ja nie chcę i nie mogę być twoim kochankiem, brzydzę się rolą złodzieja i oszukańca.
— Będziesz, marzycielu, moim kochankiem, złodziejem i oszukańcem! Będziesz kochał mnie w chińskim domku, który sobie wynajmiesz przy ulicy Chien-Men, będziesz się zakradał do pałacu mego męża przez ogród, a w niedzielę grał z nim w bridge‘a, nie czując wyrzutów sumienia, że go okradasz. Wszyscy wy jesteście jednakowi, mój marzycielu.
Zapaliła papierosa i umilkła.
— Masz z pewnością dużą praktykę w tej dziedzinie — rzekł zgryźliwie i wydało mu się natychmiast, że słyszy, jak słowa jego spoliczkowały ją.
Wyprostowała się, zmierzyła go zimnym wzrokiem i odeszła.
— Auro! — zawołał. — Przebacz...
Nie zatrzymała się i nie odezwała ani jednem słówkiem.
Malecki był w rozpaczy. Długo siedział w sali. Przechodząc koło mieszkania hrabiny, zapukał. Nikt mu nie odpowiedział. Zatelefonował do portjera, ten powiedział mu, że hrabina dal Romagnoli pojechała na spacer i do znajomych z wizytami. Wie o tem, gdyż zamawiał dla niej auto w hotelowym garażu.
Powróciwszy do swego pokoju, zaczął rozmyślać i nagle się ucieszył, że tak wszystko dobrze się złożyło. Rzucił dumnej pani straszną obelgę, zemścił się za ubliżające go traktowanie i wyrył przepaść, która ich na zawsze rozdzieliła. Zatelefonował do agencji okrętowej, aby nazajutrz jaknajwcześniej przysłano po jego bagaże i odstawiono je na „Kobe Maru“. Uspokoił się i czuł się doskonale, gdyż nawet lęk przed atakiem febry opuścił go zupełnie.
— Ona była moją chorobą! Ona!!... — szeptał, myśląc o hrabinie.
Ubrał się i wyszedł na ulicę. Przeszedł przez Garden-Brige, minął park angielskiego konsulatu i wszedł do ogrodu na Bundzie. Tłumy dzieci europejskich i metysów różnych barw z tłustemi chińskiemi „ama“[1]; wyrostki, udający dorosłych snobów, podlotki z manierami zawodowych flirciarek, rzucały na siebie dwuznaczne, wyzywające spojrzenia; jakieś postrojone panie, siedzące w nieprzyzwoitych pozach, pozwalających dopatrzeć ich kształtów bardzo szczegółowo, uśmiechały się do Maleckiego w sposób ośmielający i zapraszający; orkiestra złożona z Filipińczyków: kilkunastu angielskich i francuskich marynarzy — wszystko to było takie znajome, powszednie dla człowieka, mieszkającego na wschodzie. Na jasnem i barwnem tle tego tłumu, jak chińskie cienie, sunęły ponure postacie w wyniszczonych ubraniach, wychudzone i wystraszone. Byli to uciekinierzy i uciekinierki z Rosji, którzy przybyli aż tu i ukryli się w wspaniałym, bogatym Szanchaju przed krwawym bolszewizmem. Te dziwne postacie zwróciły na siebie uwagę Maleckiego, więc usiadł na ławce i zaczął się im przyglądać. Wielka tragedja dziejowa, burząca do szczętu wspaniałe imperjum, odbiła się na twarzach emigrantów, w ich ruchach i głosie. Długo obserwował grupę Rosjan, czytających dzienniki i dzielących się swemi wrażeniami. Gdy odeszli, Malecki też się podniósł i skierował do wyjścia. Przeciął plac przed Palace-Hotel i poszedł na Nanking-Rood.
Jest to główna po Bundzie arterja. Największe firmy handlowe mają tu swoje wspaniałe sklepy, kilka banków, wielkich chińskich restauracyj, teatrów i hotelów mieści się przy tej ulicy. Gęsty tłum biało ubranych Chińczyków w europejskich kapeluszach, Anglików, Amerykanów, Francuzów, Hiszpanów, Brazylijczyków i Japończyków płynął korytem ulicy śród dzwonków tramwajowych, ryków samochodów i trzaskania biczów chińskich stangretów. Była pora obiadowa. Z biur wypadali zziajani, spoceni klerki, dyrektorzy, przepisywaczki na maszynach, stenografistki i pędzili na obiad, aby po godzinie tym samym pędem powrócić i gorączkowo pracować dalej do godziny 6-tej. Szanchaj europejski pracuje gorączkowo i uporczywie, gdyż tu w niezdrowym klimacie, w nieustannym wirze przeróżnych afer, wybujałych na tle wojny, obracano olbrzymiemi kapitałami. Wojna nie dotknęła tej oazy europejskiej, lecz dała nowe pole dla przedsiębiorczości „rekinów“ wszelkiego rodzaju. Tu robiono pieniądze, tu tworzono karjery, stanowiące o losie całego życia. Nic oprócz dolara lub funta nie uznaje Szanchaj, nikogo tu nie szanują oprócz bogaczy, o niczem tu nie marzą poza zrobieniem kapitału, poza używaniem, najdzikszem i najbardziej poziomem, gdyż tylko w tym celu przybywają tu młodzi i starzy ludzie z Anglji, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Hiszpanji, Jawy i ze wszystkich punktów kuli ziemskiej, przybywają, aby wypompowywać z Chin jedwab, herbatę, skóry, futra i napełniać drobne sklepiki chińskie tandetą europejską, amerykańską, japońską, używać i zbierać pieniądze.
Posuwając się z potokiem ludzi, Malecki doszedł do placu wyścigowego.
Była to już bardziej zaciszna dzielnica, gdyż tylko prywatne wille i większe „boarding-house‘y“ mieściły się od strony Sooczow-Creek‘u. Na lewo był mały bulwar, ocieniony kasztanami i klonami. Na ławkach siedziały „ama“ ze swemi ofiarami — dziećmi europejczyków; przekupnie dzienników i list wyścigowych wykrzykiwali niezrozumiałe nazwy pism, wymawiane z chińska; chłopacy, czyszczący obuwie, siedzieli w cieniu i czatowali na przechodniów. Malecki szedł bulwarem zamyślony i dążył bezwiednie naprzód.
— Może gentleman kupi jaki dziennik? Mam angielskie, francuskie, niemieckie, rosyjskie? — rozległ się obok Maleckiego cichy, proszący głos.
Podniósł głowę i spojrzał. Wiotka postać młodej dziewczyny natychmiast zbliżyła się do niego. Miała na sobie czarną lekką suknię i czarny kapelusz.
— Na taki upał, to — ? męka! — pomyślał Malecki.
Z pod rondo kapelusza patrzyły na niego duże niebieskie oczy z jakiemś niemem błaganiem. Mizerną, bladą twarz, o miękkich konturach bardzo pięknych ust i kształtnym nosie otaczała aureola ciemno złotych promyków jasnych włosów.
— Proszę dać mi Daily News! — na chybił-trafił powiedział Malecki.
— Nie przyszedł dziś — odpowiedziała kobieta. — Może jaki inny?
— Niech pani da mi inne angielskie pismo! — zgodził się.
— Times! — rzekła nieśmiałym głosem, wyciągając z pliki zeszyt Times‘a.
Malecki zapłacił, a gdy odchodził, usłyszał ciche słowa podzięki, a w akcencie mowy coś swojskiego, ale dawno zapomnianego. Obejrzał się za kobietą, chciał podejść i zapytać, czy nie jest rosyjską emigrantką, jakie obserwował w parku na Bundzie, lecz w tej chwili przemknął duży biały samochód, a w nim Malecki dojrzał hrabinę del Romagnoli w towarzystwie jakiejś starszej pani i dwóch panów. Zatrzymał się i śledził oddalający się samochód, zapomniawszy o wszystkiem. Odczuwał natłok myśli. Kochał i nienawidził, pożądał i bał się śmiertelnym lękiem tej kobiety. Nie wiedział, nie mógł sobie wyjaśnić, czy więcej ją kochał, czy więcej nienawidził. Wiedział tylko, że w najgęstszym tłumie, w największym zgiełku mógłby odczuć jej obecność tak samo, jak odczułby padające na niego promienie słońca. Rozumiał, że wpływ tej kobiety na niego jest nieograniczenie silny, że może rzucić go w otchłań najstraszniejszej nędzy. Burzyło się w nim wszystko przeciw niepojętej władzy tej kobiety, pozostającej dla niego nieznaną i obcą, ale gdy z oburzenia wykwitać zaczynało postanowienie, zjawiały się przed nim płonące oczy hrabiny del Romagnoli i obezwładniony szeptał zimnemi, kurczowo zaciśniętemi ustami:
— Auro... Auro...
Zebrał wszystkie swoje siły, aby nie zawrócić, i poszedł dalej. Doszedł do Bubbling Well i posuwał się naprzód, jak nieprzytomny. Nagle gwałtownym ruchem zawrócił i zaczął oglądać się za samochodem, czy dorożką. Nie znalazł jednak, więc szybko szedł ku Nanking-Rood. Lecz i tu nigdzie nie znalazł wolnego auta lub dorożki. Spiesząc się, doszedł do placu wyścigowego i na dawnem miejscu spotkał tę samą dziewczynę z dziennikami. Patrzyła na niego ze współczuciem, które pociągało go do niej. Zbliżył się, uchylił kapelusza i zapytał o najbliższy garaż, gdzie mógłby wynająć samochód. Dziewczyna wskazała mu wąskie przejście pomiędzy dwoma domami, zaułek, idący, jak szczelina w kamieniu, zygzagiem, a prowadzący na niewielki placyk, gdzie stał garaż. Podziękował i odszedł, nie oglądając się, lecz czując, że dziewczyna patrzy za nim i że w jej oczach pozostał wyraz współczucia. Słyszał nawet jej angielski frazes wypowiedziany z cudzoziemska, o dziwnem brzmieniu, budzącem jakieś dalekie wspomnienia. Po powrocie do hotelu dowiedział się, że hrabina del Romangoli przyjeżdżała na krótko, przebrała się i pojechała ze znajomymi za miasto. Widocznie portjer zrozumiał, że Malecki jest niespokojny o hrabinę, bo uśmiechnął się i powiedział:
— Cudzoziemcy zawsze o tej porze zwiedzają Loongwha Pagodę...
Malecki nic nie odpowiedział i poszedł do siebie.
Rozebrał się, położył i postanowił myśleć o wszystkiem — tylko nie o Aurze. Jednakże myśl jego ciągle powracała do niej. Walczył z samym sobą i to znużyło go. Na tle jego wrażeń przemknęło też wspomnienie o jasnowłosej dziewczynie w czarnej sukni, o emigrantach rosyjskich, o ubranych w biały lub żółty jedwab Chińczykach, o spoconych klerkach, wypadających z oszalałemi od cyfr i telefonów oczami ze swoich office‘ów; później znowu przemknęła postać Aury, w białem auto i obłok dymu i kurzu, pędzący za niem... Potem powróciły niebieskie oczy z wyrazem współczucia.
Usnął... Obudził się dziwnie rześki, jakim się oddawna nie czuł. Szybko się ubrał i wyszedł na korytarz. Zapukał do drzwi hrabiny. Nikt się nie odezwał.
— tem lepiej! — szepnął prawie radośnie i wyszedł na ulicę.
Poszedł Bundem w stronę komory celnej i stacji morskiej, gdy naraz ktoś głośno wykrzyknął jego nazwisko. Zaczął się oglądać i w tłumie dojrzał młodego sekretarza amerykańskiego konsulatu, który zajmował przed kilku laty posadę w konsulacie w Tokio i znał go. Po powitaniu Amerykanin zaprosił Maleckiego na dancing do Kariton-café i ten, ku własnemu swemu zdziwieniu, zgodził się odrazu.
— Ale jechać tam zawcześnie, najpierw pojedziemy na spacer do Loongwha Pagody! — zaproponował Amerykanin.
Wzięli samochód, wpadli po dwóch przyjaciół Amerykanina i pojechali za miasto. Przy świątyni stało kilka samochodów. Publiczność oglądała stary budynek. Amerykanie chcieli koniecznie wejść na szczyt wieży. Malecki poszedł z nimi. Po długiem i uciążliwem wspinaniu się po schodach, znaleźli się nareszcie na górnem piętrze. Ostatnie promienie zachodzącego słońca rzucały pożegnalne blaski na szczyt wieży i na wierzchołki drzew. Na dole już pełznął mrok. Nagle Malecki zaczął się niespokojnie oglądać i zauważył niewielką grupę cudzoziemców, zwiedzających Loongwha w towarzystwie guide‘a z agencji Coock‘a. Towarzystwo głośno się śmiało i dowcipkowało. Mówiono po włosku i francusku.
— Hrabinie ślicznie w męskim stroju! — dosłyszał Malecki urwany francuski frazes.
— Europejskiej kobiecie niezupełnie bezpiecznie zapuszczać się do chińskiej dzielnicy — objaśniał guide.
Malecki zaczął się przyglądać i, chociaż zmrok już zapadał i zmieniał rysy twarzy i kształty, poznał Aurę. Była w sportowym, piaskowego koloru ubraniu męskiem, w żółtych bucikach, getrach i rękawiczkach. Męski biały kapelusz o szerokiem rondo skrywał uczesanie Aury. Spojrzenia ich spotkały się. Spokojnym ruchem zapaliła papierosa i zwróciła się z pytaniem do guide‘a. Po chwili towarzystwo opuściło świątynię i Malecki pozostał z Amerykanami. Słuchał ich rubasznych dowcipów, śmiał się i sam opowiadał anekdotki. Czuł się bardzo dobrze.
— Jestem wyleczony, zupełnie wyleczony od niej! — od czasu do czasu błyskała mu myśl. Był rad, że pójdzie do Karltonu, gdzie ujrzy rozbawiony, używający tłum wesołych, po swojemu szczęśliwych ludzi.
Amerykanie, dokonawszy nareszcie całego rytuału rozrywki i wesołości, zabrali się do odjazdu. Malecki razem z innymi zeszedł na dół i tu przed pagodą raz jeszcze ujrzał hrabinę. Zanosiła się od śmiechu, przyglądając się walce dwóch Chińczyków, zaangażowanych przez jej towarzyszy. Chińczycy łatwo wpadają w gniew i są najhazardowniejszym narodem pod słońcem. Pierwsze ciosy, zadawane sobie wzajemnie za zielone szanchajskie dolary, pobudziły ich, i zawiązała się bardzo oryginalna walka ze wściekłemi wykrzyknikami, zwykłemi dla Chińczyków skokami i rzutami teatralnemi. Towarzystwo hrabiny del Romagnoli bawiło się wybornie. Malecki rzucił na hrabinę obojętnym okiem i nawet sam się zdziwił, że nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Spojrzał raz i więcej nie chciał, gdyż nic go nie obchodziła, nic po sobie nie zostawiła, ani w sercu, ani we wspomnieniach. Nie rozumiał, jak mógł jeszcze dziś rano mówić do niej wzburzonym głosem, czuć niepokój i rozpacz, gdy odchodziła od niego.
Powrócili do miasta i wpadli do Astor-House‘u. Malecki szybko przebrał się w letni biały smoking, jaki noszą na wschodzie, i wybiegł do swych przyjaciół, oczekujących na niego w hall‘u hotelowym. Pomknęli przez miasto i wkrótce wjeżdżali już na obsadzony drzewami krużganek przed Karltonem, połyskujący latarniami i rzęsiście oświetlonemi oknami.
Wszystkie sale były natłoczone publicznością. Przy stolikach siedziały wystrojone, bardzo wydekoltowane panie i panny, pijąc szampan, likiery i czarną kawę, lub też ochładzając się lodami. Rozbawieni panowie we frakach, lub smokingach otaczali je kołem. Orkiestra jazz-band, złożona z idealnie czarnych o połyskującej skórze, zębach i oczach murzynów w czerwonych frakach, miała chwilową przerwę. Pośrodku sali zostawała wolna, mocno wyfroterowana przestrzeń, gdzie uprawiano taneczny sport, cieszący się największem powodzeniem na wschodzie, w europejskich dzielnicach — tych miejscach złota, nudów i rozpusty. Malecki z Amerykanami z trudem zdobyli w dalszym kącie wolny stolik i zażądali zimnego Chablis, wzbudzając odrazu poszanowanie dla siebie w oczach Francuza — maitre d‘hotelu. Czekając na wino, rozglądali się po sali. Amerykanie dawali Maleckiemu wyjaśnienia.
— Niech pan patrzy nalewo! Widzi pan te dwie wysokie, wspaniałe blondynki? — mówił jeden z Amerykanów, noszący nazwisko Sparrow. — To są córki bankiera Ellisa Boystowne‘a. Każda ma w posagu willę na wybrzeżu Soochow-Creek i miljon dolarów w gotówce; są piękne, wykształcone.
Malecki uśmiechnął się i dorzucił:
— Ale już podstarzałe i nikt ich nie chce, prawda?
— Tak! — kiwnął głową Sparrow, — a wie pan dlaczego?
— Ciekaw jestem! — odparł Malecki.
— Są nieobojętne dla czarnoskórych... — szepnął z uśmiechem. — Skandal po skandalu! Teraz kokietują tę hebanową małpę, która gra pierwsze skrzypce i przewraca oczami jak walcami w motorze Durwila.
Blondynki istotnie uporczywie, wyzywająco przyglądały się wysokiemu murzynowi o atletycznej piersi i szerokich barkach. Ten stroił skrzypce i przy tej okazji zapamiętale błyskał białkami olbrzymich oczu o połysku, przypominającym czarny ogładzony agat, powleczony grubą warstwą tłuszczu.
— I cóż — zapytał Malecki. — Dzielą się?
— Zawsze mają jednego wspólnego kochanka! — odparł, zanosząc się od śmiechu, Sparrow.
— Zgodne rodzeństwo! — rzucił Malecki, a słowom jego zawtórował głośny śmiech Amerykanów.
Rozglądali się po sali. W półzakrytych lożach uprawiano flirt. Pochylone ku sobie głowy kobiet i mężczyzn, rozchylone usta, błyszczące oczy i nerwowy śmiech świadczyły o podniecającej, drażniącej zmysły rozmowie. Osobno przy stolikach siedziały kobiety, do których w przerwach między tańcami nikt się nie zbliżał. Ubrane w jaskrawe, nader śmiałe stroje, wydekoltowane do ostatnich granic przyzwoitości, obwieszone prawdziwemi i imitowanemi klejnotami, o twarzach powleczonych warstwą różu i bielidła, z podczernionemi brwiami i podcienionemi oczyma, piły z małych wysokich kieliszków likier i obojętnym wzrokiem oglądały salę. Były to przeważnie żydówki, Rosjanki, Hiszpanki i Rumunki, przez różne życia okoliczności zarzucone na brzegi Pacyfiku, do międzynarodowego Szanchaju, tego kotła, gdzie walka o byt wyciągała z ludzi wszystkie soki i siły, aż nareszcie zmusiła te kobiety do przeniesienia się na Soochow-Road, do wspaniałych domów pomiędzy ulicą Kiangse a Ching-Juen-Li. W tej części wybrzeża kanału, łączącego Szanchaj ze starym Suczou, można dostrzec cały szereg dużych domów o dyskretnie zapuszczonych roletach i drewnianych „jalousies“. Na drzwiach wchodowych błyszczą mosiężne tablice z napisami: „Madame Rose, „Miss Marguarett“ i t. p. Nie są to domy, gdzie w niedawne czasy wieczorami zapalano czerwone latarnie, jako emblemat upadku i niebezpieczeństwa społecznego, lecz być może są to jaskinie jeszcze większej zbrodni. Wszystkie te M-me „Rose“, Marguarett i inne wyszukiwały w tłumie cudzoziemskiej kolonji przystojne, czasem piękne kobiety, które przybyły do Szanchaju na poszukiwanie szczęścia w postaci uczciwej pracy lub małżeństwa, albo też Rosjanki, które zostały wygnane z ojczyzny przez rewolucję, zapraszały je do siebie, do swoich z przepychem urządzonych apartamentów, dawały przytułek, ubierały, okazywały współczucie, pewnego zaś wieczoru żądały zwrotu kosztów lub sprzedania się panom, przybywającym tu po teatrze, ruletce i dancingach na butelkę szampana, na filiżankę kawy z nieodstępnym Cherry-Brandy, lub włoską Strega... Kobiety nie miały wyjścia, i tajemnicze domy na Sooehow Road robiły nowe cenne nabytki w postaci pięknych, a nieszczęśliwych cudzoziemek, chciwych a namiętnych żydówek. Przed domy o przysłoniętych zawsze oknach zajeżdżały w dzień i w nocy bogate samochody. Z nich wychodziły szczelnie owinięte w płaszcze i szale strojne panie i panowie z przejętemi i tajemniczemi twarzami. Te pary nie wchodziły na salę i do intymnych buduarów, lecz podnosiły się na wyższe piętra, gdzie milczący w białych ubraniach Chińczycy otwierali im drzwi sekretnych apartamentów, skąd nie mogły się wyrwać odgłosy rozmów i okrzyków, lub echo pocałunków. Gdyby do tych apartamentów zajrzała kiedykolwiek zbyt dyskretna policja cudzoziemska, wtedy pełna hypokryzji kolonja zadrżałaby w swoich posadach i zaczęłyby się rozpadać małżeństwa, a nawet potężne firmy, osnute na wzajemnem poszanowaniu rodzin; rozpoczęłaby się paniczna emigracja cudzoziemców z Szanchaju, — jednych od skandalu i niesławy, drugich od wstrętu przed moralnym upadkiem białych ludzi, wzbudzających coraz większą ku sobie pogardę i nienawiść ludzi żółtych, gospodarzy tej splondrowanej i zbezczeszczonej przez europejczyków ziemi.
Pogarda zaś i nienawiść Chińczyków wzmaga się z dnia na dzień. Nocami tłumy najbiedniejszych kulisów i drobnych przekupniów, czyścicieli kanałów i zlewów miejskich włóczą się ulicami „Paryża Dalekiego Wschodu“, suną bez szumu, jak szczury lub skradająca się w gęstej trawie krwiożercza kuna.
Te tłumy pełne nienawiści i oczekiwania nocami przyglądały się mknącym z zasuniętemi roletami w oknach, lub otwartym samochodom, gdzie europejskie kobiety w strojach balowych bezwstydnie mdlały w objęciach wyfraczonych dżentelmenów, o oczach pijanych od wina i podbudzenia; zatrzymywały się przed tajemniczemi domami na Soochow Road i, zaciskając pięści, przez zęby rzucały słowa, budzące złośliwe śmiechy, lub ryk nienawiści.
— Przyjdzie czas... przyjdzie!
Mieszkanki apartamentów madame Rose lub miss Marguarett siedziały osobno przy stolikach i obojętnie oglądały salę. Wiedziały, że i dla nich przyjdzie czas. Istotnie przyszedł.
Przewracający oczami czarny skrzypek wstał, wyprężył swoją atletyczną pierś i wysoko podniósł smyczek. Orkiestra skwapliwie porwała za instrumenty. Rozległy się dźwięki two-stepa, przerywane dzikiem beczeniem dziwacznych trąb, trzaskiem jakichś drewnianych przyrządów, brzękiem talerzy mosiężnych i warkotem bębenków. Chaos, gmatwanina dźwięków! Maleckiemu się wydawało, że na tle muzyki, złożonej z fortepianu, skrzypiec, wiolonczelli i fletu rozlegają się głosy byków, owiec i kóz, szczekanie brytanów, pasących stada, klaskanie długiego bata, dzikie okrzyki poganiaczy, rżenie koni. Tak grała orkiestra jazz-band, a złożona z murzynów tchnęła nienawiścią. O, nienawiść rozumiało każde serce czarnego człowieka, bijące pod białym gorsem sztywnej koszuli! W dźwiękach obłędnego jazz-bandu była historja i tragedja dziejowa... Historja zaborczej białej rasy i tragedja tubylców o kolorowej skórze. Sławni, pełni hartu ciała i bezwzględności przodkowie obecnych białych władców Ameryki i Azji pędzą swoje stada byków i owiec przez stepy Ameryki lub Mongolji. Ryczą groźnie i ponuro długorogie byki, beczą owce i barany... Skwar... niema wody... Upadają od znużenia zwierzęta, lecz ze świstem przecina powietrze twardy rzemień bicza i wpija się w ciało bydła... Ryczy, beczy, lecz idzie dalej... Poganiacz wie, że gdy słońce zacznie zapadać za granatowy łańcuch górski, dojdzie ze stadem do małego wartkiego potoku; wie, że stąd dalej pędzić będzie swoje stado, aż ujrzy przez obłok kurzu szary kwadrat rzeźni chikagoskiej, lub mury Kałgańskie. Tu po raz ostatni przy rozpaczliwych rykach byków klaskać będzie długi bat, wyleje się do ostatniej kropli krew białych, znękanych długą drogą baranów i byków długorogich, w kieszeniach skórzanych spodni cow-boya zabrzęczą dolary, zaszeleszczą banknoty; poganiacz wstanie wtedy w szerokich meksykańskich strzemionach, krzyknie, gwizdnie radośnie, koń odpowie wesołem, dzikiem rżeniem i popędzi do miasta, gdzie się mieszczą wesołe szynki, baterje butelek, stoliki z kartami i kośćmi i barwnie ubrane rubaszne, a pieszczotliwe dziewczyny o obnażonych do ramion rękach...
Dalej gra jazz-band, a tańczące eleganckie pary, przyciskając się do siebie, szepcąc sobie do ucha słowa błagań i obietnic, niezdrowych, jak powietrze przesycone zapachem perfum i cygar buduarów, nie wyczuwają złowrogiej treści chaotycznej, bezczelnej muzyki. Pełna znaczenia jest ta muzyka czarnych ludzi, błaznujących na estradzie orkiestrowej. Szumi wiatr wśród krzaków bawełny. Biali plantatorzy — praojcowie szanchajskich bogaczy, śpieszą ze zbiorem. Z długich baraków wypędzają z wymyślaniem i przekleństwami czarnych niewolników. Sypią się głuche razy kijów i batów, czasem nawet strzał padnie. Jęki, wycie, błagalne krzyki wtórują rozkazom białych katów... Kipi praca, szybko migają nad krzakami czarne ręce, zrywając plon, biegną schyleni pod ciężarem koszów niewolnicy; ujadają brytany, ścigające i szarpiące zbiegów.... szemrze potok łez i bezczelnie dzwoni wezbrana rzeka złota. Zgrzyty i hałas pełen dysonansów wydaje orkiestra. To zrywa się burza nienawiści i zemsty murzynów-przodków, tysiącami umierających pod batami białych plantatorów i potomków, pogardzanych przez dumnych wnuków, i murzynów-potomków, pogardzanych przez dumnych wnuków dawnych katów, a czasem kupowanych wprost z estrady i areny przez ich wyniosłe wnuczki.
Błaznują czarni muzykanci, szczerzą zęby w zawodowym uśmiechu, przewracają oczami i zamaszyście grają, z nienawiścią przyglądając się tańczącym w rozpustnem spojeniu ciał, w migotliwych błyskach zamglonych oczu...
W tym tłumie zmieszały się wszystkie stany, poglądy i ideały. Obok kokoty z domu miss Marguerett, zapraszającej na kolację bogatego bankiera, tańczy cudzoziemski konsul z córką najpotężniejszego fabrykanta; dalej młody, przystojny klerk z jakiegoś nowego office‘u — z przestarzałą wdową po giełdowym kompradorze, kupującą go, jak się kupuje pokojowego psa lub konia wyścigowego; odpowiedzialny dyplomata — z artystką „Variété“; międzynarodowy aferzysta — z córką pastora; sędzia — z damą, pełniącą funkcje szpiegowskie dla bandy oszustów i szantażystów. Cały korowód, pomieszanie typów, wieża Babel! Wszystko to porusza się konwulsyjnie, nerwowo pod batutą czarnego dyrygenta, kierującego jazz-bandem, tą mieszaniną okruszyn muzyki z rykiem bydła, trzaskaniem biczy, krzykami plantatorów, poganiaczy i katów, jękami i łkaniem niewolników — zgrzytów i dysonansów, tonących w powodzi pogardliwych, szydzących z dobrego smaku i zdrowego rozsądku a nienawiści pełnych dźwięków.
Amerykanie — towarzysze Maleckiego zawzięcie tańczyli, Malecki przyglądał się tłumowi a w jego mózgu płynęły myśli obudzone muzyką i przelotnemi, znikomemi wrażeniami. Wdzierały się one do świadomości jak potężne, olśniewające, a gasnące z zawrotną szybkością błyskawice, zostawiając po sobie ślad głęboki, niespodziewany i całkiem odrębny od wszystkiego, co się działo dokoła. Nareszcie czarny skrzypek przeraźliwym akordem zakończył melodję, orkiestra umilkła, jakgdyby sparaliżowana nagle. Nastała przerwa w tańcach... Tancerze i tancerki powracali do swoich stolików, lodów, flirtu, do kupujących i sprzedających się towarzyszy i towarzyszek.
Coraz większy tłok był na sali i coraz większe gorąco...
Czarni muzykanci opuścili estradę, natomiast dwóch służących wysunęło naprzód fortepian. Zgasło rzęsiste światło i pozostały tylko fioletowe lampki, tworzące tajemniczy nastrój. Umilkły głośne rozmowy i śmiech. Na estradę wyszła wiotka, zgrabna dziewczyna w czarnej sukni. Tęsknemi, jasnemi oczami spojrzała na salę, poprawiła bujne, złociste włosy i usiadła przy fortepianie.
Malecki nie zauważył pianistki, gdyż był zajęty rozmową ze swymi towarzyszami. Podniósł głowę i rzucił okiem na estradę dopiero wtedy, gdy po kilku wstępnych frazesach muzycznych pianistka zaczęła grać humoreskę Debussy. Malecki rozumiał muzykę i kochał ją, odrazu więc poznał prawdziwą artystkę. Gdy przyjrzał się bladej twarzy, pochylonej nad klawiaturą w tajemniczym fioletowym zmroku, zmarszczył czoło i przymrużył oczy. Jakieś wspomnienia zaczęły go niepokoić. Wydała mu się znajomą ta twarz blada, skupiona i te oczy jasne, a surowe zarazem.
Odegrała dwie rzeczy i przy oklaskach publiczności schyliła się w niskim ukłonie.
Zabłysło światło, Malecki podniósł się, aby lepiej przyjrzeć się artystce, lecz ona już zeszła z estrady. Rozglądał się i po chwili dojrzał ją w loży wraz z dwoma panami. Jeden z nich siedział obok pianistki, pochylony nad stołem i zaglądał jej w oczy, coś do niej mówiąc z ożywieniem. Odpowiadała ze smutnym uśmiechem; czarna skromna suknia uwydatniała jeszcze bardziej bladość jej cery. Nagłe podniosła twarz, i Malecki natychmiast dojrzał błagalny wyraz oczu. Odrazu przypomniał sobie cały obraz. Idzie bulwarem obok placu wyścigowego, słyszy cichy, z cudzoziemska brzmiący głos kobiecy, proponujący mu dzienniki. Widzi wiotką kobietę z jasnemi włosami i niebieskiemi oczyma z zastygłym w nich wyrazem błagania.
— Czyżby? — pomyślał Malecki. — Czyżby to ona była?
Zamyślił się i po chwili, zwracając się do swoich przyjaciół, zapytał:
— Czy który z panów nie zna dżentlemenów z tamtej loży?
Jeden z Amerykanów, szef prasy handlowej, chodzące biuro adresowo-informacyjne, zawołał:
— Ten, który tak się zaleca do artystki? Jest to John Templestrow, pracuje w głównej dyrekcji ubezpieczeniowej. Dobry chłopak! Słyszałem, że zakochał się w niej, ponieważ uważa siebie za muzyka, chociaż umie grać tylko jednego cake-walka.
— Mister Grantheim, mam do pana prośbę! — rzekł Malecki. — Niech pan minie przedstawi tej pani, co grała.
— Z przyjemnością! Chodźmy zaraz! — odparł.
Weszli do loży. Amerykanin przedstawił Templestrawowi Maleckiego, a młody, barczysty Templestraw — artystce, wymawiając jej i Maleckiego nazwiska w taki sposób, że nic od nich nie pozostało. Nawiązała się rozmowa na tematy muzyczne, przyczem Amerykanin ilustrował muzykę ruchem palców, ruchy zaś te przypominały różne „pas“ z szimmy, onestepu i tango.
Nareszcie Malecki, zwracając się do swoich nowych znajomych, rzekł, patrząc na artystkę.
— Rozmawiamy na poważny i piękny temat o muzyce. Na sali gwar, zgiełk, poziomy nastrój i duszno. Możebyśmy przeszli do gabinetu na werendzie? Tam lepsze powietrze, jest fortepian i, jeśli pani pozwoli urządzimy mały koncert dla siebie! Pani zechce zagrać, ja będę improwizował prozą. Bardzo proszę! Jutro na zawsze odjeżdżam z Azji. Niech mi pozostaną o niej piękne wspomnienia!
Wszyscy się zgodzili na propozycję i wkrótce znaleźli się w obszernym gabinecie. Malecki bardzo prędko zapanował nad rozmową, i poprowadził ją takim torem, jakim z pewnością nigdy się nie toczyła żadna rozmowa w Karltonie. Amerykanie, — jedyni śród cywilizowanych ludzi, hołdujący zupełnie szczerze ideałom i moralnie czyści, byli porwani takiem nieoczekiwanem zakończeniem wieczoru. Artystka wkrótce usiadła do fortepianu i odegrała kilka rzeczy muzycznych, przeważnie z repertuaru rosyjskiego. Gdy wykonywała „Arlekina“ Rachmaninowa, Malecki dosłyszał te same nuty nienawiści i pogardy, jakie tak nieoczekiwanie słyszał przed godziną w chaotycznej muzyce jazz-bandu. Myśl jego szukała wyjaśnienia dla takiej interpretacji muzycznego utworu. Przed oczami jego zjawiła się szara grupa ludzi, obserwowanych dziś zrana w parku na Bundzie. Widział jeszcze niezagasły lęk na ich twarzach, w oczach obłęd rozpaczy, zimnej i nienawidzącej, a w ruchach, szybkich i nagle się przerywających, czujność prawie zwierzęcą i niepewność. Był przekonany, że ta wiotka kobieta w skromnej czarnej sukni, z koroną pysznych, złocistych włosów, przepasanych gładką, czarną wstążką, o oczach, wyrażających nieme błaganie, była Rosjanką. Wyobraźnia, wybujała na wschodzie, rysowała przed nim straszliwe obrazy jej życia w Rosji, gdzie burzył się ocean zrewoltowanej tłuszczy, dzikiej, ciemnej i mściwej, ale jednocześnie nie zapominał, że spotkał ją dziś popołudniu z pliką dzienników sprzedającą je przechodniom na Nanking Road.
Artystka takiej miary i kolporterka gazet! — Czyż to możliwie?
Nie śmiał jednak zapytać wprost, obawiając się sprawić jej przykrość lub zakłopotanie. Zresztą nie był ostatecznie pewny, czy się nie mylił.
Długo i chętnie grała artystka. Malecki coraz więcej przekonywał się, że ma przed sobą pianistkę o pięknej szkole i wspaniałych zaletach artystycznych. W miarę tego, jak się zmieniał nastrój towarzystwa, zmieniała się twarz i zachowanie dziewczyny. Spadła z niej powłoka ponurej ostrożności i obawy, a w jasnych niebieskich oczach znikł wyraz błagalny. Twarz się ożywiła i płonęła natchnieniem, usta nabrały koloru i rozchyliły się w uśmiechu pięknego uniesienia, oczy pałały.
Po skończonej grze, wstała i przeszła do towarzystwa, już ufająca tym nieznajomym, strojnym panom, pewna siebie i wesoła. Wesołość tryskała z każdego jej słowa, uśmiechu, z dołków na policzkach i z błysków oczu. Dowcipkowała i dokazywała.
Zdziwiony Tamplestraw nie wytrzymał i zawołał:
— Nigdy pani takiej nie widziałem!
Zaśmiała się wesoło i serdecznie i odparła:
— Co prawda, widział mnie pan zaledwie trzy razy, ale rzeczywiście nigdy od chwili, gdy tu przyjechałam, nie byłam tak wesoła. Teraz to — inna rzecz! Po raz pierwszy czuję się dobrze i wiem, że nic mi nie grozi, żadna przykrość, żadne rozczarowanie...
— Dziękuję pani! — rzekł Malecki. — Dla nas, jako dżentlemenów, jest to prawdziwy komplement!
Podniósł się z fotelu i ucałował jej rękę. Amerykanie, idąc za jego przykładem, też podeszli z podziękowaniem, lecz, nie uznając zwyczaju całowania ręki, zamaszyście ściskali i wstrząsali dłoń młodej kobiety.
— Pani jest Rosjanką — zapytał cichym głosem Malecki.
— Nie, panie! — odparła i zaczęła odpowiadać na jakieś pytanie Grantheima.
Przyszła nareszcie chwila popisu Maleckiego. Usiadł przy fortepianie i zaczął, przygrywając sobie, improwizację.

„Rozpalone skwarem i płynnem złotem słońca niebo Szanchaju, skuta w kamień i asfalt ziemia, znękana upałem. Mknące powozy, zgiełk tłumu ulicznego i zimne, obojętne serca tych, co po złoto tu przybyli.
Ciężko i obco na tej ziemi tym, co z dalekiej ojczyzny serca przywieźli gorące i myśl pałającą....

Tak myślałem, idąc dziś przez miasto, gdy zgiełk dochodził do szczytu i gdym ujrzał młodą kobietę o włosach jasnych i o oczach, błagalnie patrzących.....
Z innej tu przybyła ziemi, inną była i inne myśli żyły pod koroną jasnych warkoczy.
Była blada i smutna, może głodna, może rozpacz już chwytała ją za serce...
Sprzedawała dzienniki... Mówiła głosem cichym, a w oczach było błaganie...
Co się stanie z tobą, nieznana, sunąca jak cień nieuchwytny, kobieto?
Do czego dążysz? Jakie myśli przygnały cię tutaj i rzuciły na bruk uliczny z pliką nudnych dzienników?
Czy wytrwasz i przebrniesz drogę w tłumie dla siebie?
Czy upadniesz i zdepcze cię tłum, niebaczny, obojętny na śmierć i upadek w zgiełku życia?
Patrzyłem długo za nią i chciałbym wiedzieć, dokąd zdąża, gdzie jest kres ostateczny jej drogi?...
Chciałbym być tam, gdzie nad przepaścią pójdzie jej droga życiowa, chciałbym rękę do niej wyciągnąć, podtrzymać, dopomóc, doradzić!..

Zmieszała się z tłumem po chwili i znikła w nim, jak kropla w morzu, rozpłynęła się bez śladu, jak obłok złocisty na niebie skwarnem, przejrzysto obojętnem...

— Poetyczne wrażenia uliczne? — zapytał sekretarz amerykańskiego konsulatu.
— Fantazja! — rzekł wesoło Malecki, patrząc na artystkę.
Ona wstała i podeszła do fortepianu. Schyliła główkę i rzekła półgłosem:
— Wcale nie pan patrzał za mną, tylko ja za panem! Przepraszam, że nie miałam „Daily News“, ale, doprawdy, nie przyszedł! Jutro z pewnością będę miała...
Malecki zdumiał się, ona wesoło śmiać się zaczęła.
— Dlaczego pan się dziwi? — zapytała. — Wywalczam sobie drogę w tłumie, jak mogę i umiem. W dzień — inaczej, wieczorami — inaczej! Czyż to źle?
— Dobrze! — odparł.
Spędzili jeszcze około godziny w Karltonie, nareszcie postanowiono wyjeżdżać. Przed pożegnaniem Malecki zbliżył się do Templestraw, odprowadził go na stronę i rzekł:
— Panie! Pan sam jest muzykiem i rozumie, że mamy w swojem towarzystwie artystkę. Pan zna ją bliżej i zapewne odwiezie do domu, aby żadna przykrość po drodze jej nie spotkała, o co tak łatwo w Szanchaju, gdzie tylu mamy źle wychowanych i brutalnych mężczyzn.
— Ależ naturalnie, panie! — zawołał Amerykanin. — Do dzisiejszego wieczoru myślałem, że jest to zwykła kobieta, szukająca zarobku na naszym terenie. Teraz zmieniłem zdanie, gdyż widzę przed sobą artystkę i damę z towarzystwa.
— Dziękuję panu! — wyrwało się Maleckiemu.
Amerykanin ze zdumieniem spojrzał na niego, lecz nic nie powiedział.
Malecki powracał do domu na piechotę. Chciał się przejść, odetchnąć świeżem powietrzem i uporządkować wrażenia. Był w wybornym humorze. Wcale nie myślał o hrabinie, czuł tylko, że jutro będzie wolny, że zrzuci z siebie zmorę, gnębiącą go od kilku miesięcy. Widzial już siebie na pokładzie „Kobe-Maru“, samotnego, wolnego od hrabiny i febry. Będzie mógł nareszcie pozostać ze swemi myślami i zrobić plany na przyszłe życie w Polsce, chociaż miał o niej słabe wyobrażenie.
Ulicami sunęły samochody z powracającą z restauracyj i dalekich wycieczek publicznością europejską. Za niemi sunęły olbrzymie, wspaniałe samochody chińskich bogaczy, pędzących podobne do europejczyków, również niezdrowe i niemoralne życie. Ubrani w długie, białe jedwabne chałaty, Chińczycy obejmowali wystrojone chińskie kobiety gładko uczesane, z brylantami w uszach i na palcach, zakończonych potwornie długiemi paznokciami. Były one w jasnych szarawarach, haftowanych pantofelkach i barwnych, bogato wyszywanych jedwabiem i złotem „turmach“. Pijane wykrzykniki, pisk kobiet, głośny śmiech mieszały się z jękiem syren i rykiem rogów samochodowych. Chodnikami przechadzały się tłumy chińskich kulisów, i tych, którzy, jak ptaki, żyli z dnia na dzień, kryjąc się na czółnach, uwiązanych do palów na Suczouskim kanale, lub w jaskiniach za miastem. Olbrzymiego wzrostu policjanci-Hindusi, Annamici lub Chińczycy doglądali porządku. Jasno było od latarni, jak w słoneczne południe. Żeby przedłużyć sobie drogę, Malecki z Nanking Road skręcił w boczną ulicę Fokien i wyszedł na Kanitoński prospekt, kierując się w stronę Bundu. Na Canton Road było już mniej latarni i na niektórych rogach ulic panował mrok. Tu zbierały się jakieś ciemne postacie. Wynędzniali Chińczycy rozmawiali o różnych sprawach: o drobnym handlu, który uprawiali w dzień, o nowinach ze swoich wsi, o napadach „czerwonobrodych“, czyli chunchuzów-bandytów, i o kobietach, jako o szczycie marzeń każdego Chińczyka. Kobiety spotykały się w najciemniejszych miejscach ulicy. Były to drobne istoty, prawie dzieci. Ubrane w jaskrawe „kurmy“, były pozawieszane świecidełkami, paliły papierosy, wykrzykiwały coś ochrypłemi, gardłowemi głosami i oglądały przechodniów uporczywym wzrokiem dużych skośnych oczu. Od czasu do czasu podchodziły do Chińczyków, stojących samotnie przy murach domów, zamieniały z nimi kilka słów i znikały razem w jakiejś czarnej szczelinie pomiędzy domami, gdzie były ukryte nocne przytułki rozpusty, nędzy i chorób. Europejskie prawo, moralność i medycyna nigdy tu nie zaglądały, chociaż zaledwie jakieś pół kilometra dzieliło to miejsce nędzy od wspaniałych gmachów banków, katedr wszelkich wyznań, muzeów, bibljotek i hotelów, gdzie przebywali wszechwładni potentaci handlu azjatyckiego.
Malecki wchłaniał w siebie te wrażenia, a myśl jego pracowała, jak zawsze. Nagle coś ścisnęło mu serce. Jakieś przykre zimno zakradać się zaczęło do mózgu.
— Co się stało? — spytał sam siebie Malecki i zaczął przetrząsać w myśli wrażenia z ubiegłego dnia. Długo nie mógł wynaleźć nic, co mogłoby wzbudzić w nim to niezrozumiałe uczucie zimna. Nagle rozległ się okrzyk jakiegoś spóźnionego handlarza dzienników:
— Gazety! Gazety wieczorne!
Przed oczami odrazu mignęła mu blada twarz artystki z błagającemi oczami i zadźwięczał jej słodki głosik...
— Czyżby i ona miała wyjść kiedyś na Canton Road i znaleźć przytułek w cuchnących, czarnych szczelinach pomiędzy brudnemi kamienicami?
Po chwili zobaczył ją w natchnionej pozie, schyloną nad fortepianem, posłyszał ją mówiącą wesołem, pewnym siebie głosem, z pałającemi oczami, dołkami na policzkach i białem pogodnem czołem.
— Szkoda, że wyjeżdżam! — pomyślał. — Mógłbym jej dopomóc, a tak... może zginąć, jak tyle innych.
Podniósł ramiona a odpowiedział na tę myśl szeptem:
— Niema rady! Muszę jechać... muszę się ratować... O jedną więcej, o jedną mniej...
Wyszedł na Bund. Paliły się latarnie, rzucające światło na gmachy banków, na bulwar, na mętny prąd Wangpu i białe statki, stojące przy samym brzegu. Była późna godzina i ruch na ulicy ustał. Czerniały się tu i owdzie nieruchome sylwetki policjantów, szybko powracali do domu urzędnicy z telegrafu i komory celnej, przy Palace Hotelu świeciły żółtemi ślepiami auto do wynajęcia, drzemali na koźle zmęczeni dorożkarze chińscy i zrzadka z warkotem kół przebiegał tramwaj elektryczny. Od strony rzeki zalatywały cienkie gwizdki statków i gardłowe dźwięki pieśni rybaków. Dalej na Bundzie, na przeciwko budującego się gmachu znanej na wschodzie angielskiej firmy Jardine and Matheson, Malecki dojrzał długi szereg robotników. Pracowali w nocy przy świetle latarni elektrycznych i lamp acetylenowych. Szli jeden po drugim, jak mrówki, niosąc na długich drągach kosze z ziemią lub cegłą, popychając taczki z kamieniami lub cementem. Nad tym tłumem pracujących unosiła się monotonna nuta, brzmiąca skargą, czy rozpaczą.
— Oj-je! — wisiało w powietrzu i długo płynęło w uśpionem nocnem powietrzu. — Oj-je!
Malecki dawno już minął pracujących Chińczyków, a to rozpaczliwe, do jęku bolesnego podobne „oj-je“ płynęło za nim i drażniło go.
Przeszedł Garden Bridge i wkrótce stanął w hallu Astor-House‘u. Zbliżył się do drzwi swego pokoju i zdziwił się, spostrzegłszy zapalone lampy. Spróbował otworzyć drzwi bez klucza. Były niezamknięte. W pierwszym pokoju nikogo nie było. Ostrożnie stąpając, wszedł do sypialni i zatrzymał się jak wryty. Cały pokój był zastawiony bukietami i koszami kwiatów. Na szerokiej sofie leżała hrabina, przykryta narzuconą na piersi lekką flanelową mantyllą. Mały „Jeksy-boy“ wysunął złośliwy pyszczek z fałdów szlafroka i, zobaczywszy Maleckiego, uspokojony, parsknął i zaczął na nowo się układać.
Z jasnej poduszki sofy, jak czarny potok, spływały rozpuszczone włosy Aury. Śniada, o oliwkowej cerze, twarz była spokojna i piękna nad wyraz. Mocno zabarwione usta złożyły się w uśmiech rozkoszny i ponętny zarazem, czarne długie rzęsy sięgały policzków. Była zlekka zaróżowiona i spała mocno. Malecki uczuł falę gorącej krwi, uderzającej mu do głowy, zachwiał się na nogach i zamknął oczy.
— Uciekać! Uciekać! — wołał w jego świadomości jakiś głos ostrzegawczy. — Wziąć łódź i płynąć na „Kobe-Maru“, jutro posłać po rzeczy stewarda okrętowego i wszystko uratowane! Prędzej!
Zawrócił się i, usiłując nie robić żadnego szmeru, skierował się ku wyjściu. Jaksy-boy, zaniepokojony, znowu podniósł głowę i, widząc skradającego się Maleckiego, zaczął ujadać przeraźliwym histerycznym głosem.
Hrabina podniosła głowę i otworzyła oczy. Odrazu spostrzegłszy odchodzącego, usiadła na sofie i zawołała:
— Chodź tu, niedobry, niegrzeczny chłopaku!
W jej głosie były nieznane Maleckiemu nuty serdeczności i rzewności, zatrzymał się i czekał.
Posłyszał szmer jedwabiu, lekkie kroki... Ujrzał przy swojej twarzy jej oczy zamglone, usta gorące, rzucające urwane słowa skarg i wyrzutów. Jak białe węże, wychylające się z kielichów kwiatów, wynurzyły się nagie, gorące ramiona, oplotły go, przycisnęły do falującej piersi, krzyk jego protestu zagłuszył namiętny pocałunek.
W kilka minut później w pokojach Maleckiego światło zgaszono. Samotny Jaksy-boy, wzdychając żałośnie, błąkał się po kobiercach.





  1. Pielęgniarki, bony.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.