<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zaklęta księżniczka
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1885
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Nikomu w świecie pewnie na złej pensyi lepiej nie było, jak pannie Tekli Sierocińskiej. Starano się jak najmocniej o to, aby jej na niczem nie zbywało, pieszczono, dogadzano, karmiono wyjątkowo, dawano swobodę wyłączną — a wszystko to przez poszanowanie dla jej domniemanego pochodzenia i dostatków, któremi ją umocowany nieznanych rodziców otaczał.
Mrok i tajemnicę, która okrywała pochodzenie bohaterki, starano się wszelkiemi sposobami rozproszyć — ale nie było środka przeniknąć co się w głębi tych ciemności taiło. Już samo opłacanie się tak starannie mówiło wiele.
Professor Filipowicz rozumował, wnioskował z matematyczną ścisłością, gdyż w potrzebie był i matematykiem — obrachował, że tak się kryć nie mógł kto inny, tylko w społeczeństwie położone osoby, które usiłowały jakiś grzech młodości, oczom ludzi złośliwych nieodstępnym uczynić.
Było to tak bijącem, tak przekonywającem, tak oczywistem, wedle wyrażenia pana Filipowicza, iż niepodobna było nic innego nawet przypuścić.
To położenie wysokie tajemnicą okrywających się rodziców, dowodził zresztą dostatek, bogactwo jakie pannę Teklę otaczało.
Płacono za nią znacznie więcej niż za inne panny osobno pozwalano brać lekcye u najdroższych i najlepszych nauczycieli — uczono muzyki, śpiewu, rysunku... i dosyć jej było czegoś zapragnąć, aby po niejakim czasie, Borusławski został upoważniony do sprawienia czego żądała. Oprócz tego obsypywano ją najwykwintniejszemi niespodziankami... Nie dziw też, że na pensyi doznawała względów szczególnych, które się potem prezentami opłacały.
Pomimo tego dostatku i takiego starania o spełnianie wszelkich jej zachcianek, panna Tekla, o ile wnosić było można z jej humoru i usposobienia, wcale nie była szczęśliwą, dręczyła ją ta przedłużająca się tajemnica, to położenie dziwne i jakaś niepewna przyszłość, nieodgadniona.
Wśród myśli czarnych, któremi się karmiła — nie jaką rozrywkę stanowiły zabiegi pana Maksa Rabsztyńskiego, była to nowość pochlebiająca może miłości własnej. Dozwalała mu panna Tekla wzdychać i prawić sobie nader niezręczne słodycze uśmiechając się doń niekiedy, ale nie doznając żadnego bicia serca i uczucia niepokojącego. Pan Maks o czem mówić nie śmiała, przypominał jej lalkę z magazynu fryzyera, przedziwnie uczesaną, białą różową, i równie jak żywy kawaler mało mówiącą... Patrzała nań z ciekawością, szczególniej gdy on na nią nie patrzał, zadawając sobie pytanie, czy też wszyscy młodzi mężczyźni są równie mało znaczącemi lalkami, jak ta próbka.
Mając zupełną swobodę czytania co chciała, panna Sierocińska od lat ośmnastu karmiła się jak najfantastyczniej dobieraną strawą duchową. Była ciekawą, czytała wiele i bez wyboru... Umysł pojętny, osamotnienie zmuszające do pracowania nad sobą, wykształciły ją nad wiek.
Pani z Villamarinich miała jedną namiętność rujnującą, czytała ogromnie wiele i to samych romansów. Z czytania tego nie miała najmniejszej korzyści, bo zajmowała się niem, zupełnie tak jakby gryzła orzechy — ale poświęcała znaczną część dnia nałogowo tej lekturze, w której Paweł de Kock stał na równi z panią Sand, Chateaubriand z Mussetem, Lamartine z p. Berthet, pp. de Gondrecourt z Arturem Houssaye.
Książek wiele pożyczała, ale kupowała ich też dużo... Trzymane były pod kluczem, w osiemnastym roku wszakże, że klucz ten oddano w ręce pannie Tekli, znajdując, że romanse stanowiły wcale nie złą propedeutykę życia, z którego niebezpieczeństwami zaznajamiały. Panna Tekla czerpała z tej biblioteki, na której dnie zakopane były niebezpieczne produkcye końca XVIII wieku, o których właścicielka zapomniała. Obznajomiła się więc młoda panienka nader wcześnie ze światem i rzeczywistym i kłamanym... a obojgiem tak znużyła, że uciekła się później do poważnych naukowych książek, które ją więcej zajmowały. Karmienie się tak różnorodnemi żywiołami, bez przewodnika i porady, stworzyło w jej umyśle dziwną mieszaninę, w której o własnej sile nie umiała zaprowadzić porządku; jednakże czuła przynajmniej potrzebę jakiejś nici przewodniej i szukała jej.
Mimo wieku był to umysł daleko już może dojrzalszy i dalej sięgający, niż to co ją otaczało. Czuła nicość tego co miała w koło siebie, nie okazując wcale wyższości swej i trzymając się w odosobnieniu. Nie otwierała się nikomu, bo wiedziała że nikt by jej tu nie zrozumiał, a ona nikogo nie nawróciła.
Umiała być dobrą i łagodną dla pani z Villamarinich i panny Eufrozyny, dla wszystkich zresztą — gdyż i oni byli dla niej dobremi, a serce miała skłonne do przywiązania się.
Zarzucano jej tylko brak otwartości i chłód, ale z tych wyjść nie umiała, nie czując w swem otoczeniu nic sympatycznego dla siebie...
Jedyną przyjaciółką serdeczną (czemu się wszyscy dziwili i po trosze krzywili na to), była rówieśnica już także dwudziestoletnia; przychodząca na pensye, której wychowanie było bardzo opóźnione panna Maryanna Rzepczakówna, córka ubogiego restauratora, powiedzmy otwarcie, szynkarza, którą rodzice ledwie nie ledwie potrafili umieścić na pensyi (długo jej przyjmować nie chciano) zapewniwszy się iż tajemnica stanu rodziców i pochodzenia panny zostanie najściślej zachowaną.
Do przyjęcia panny Rzepczakówny przyczyniły się okoliczności natury czysto administracyjnej. Ojciec którego córka zaklinała, aby się jej, jak mówiła, pozwolił uczyć „na guwernantkę“ gotów był dla dziecka na wszelkie ofiary. Opłacał więc tolerancyę pani z Villamarinich nietylko w pocie czoła wypracowanym groszem, ale kontrybucyami in natura. Czyniło to niby łaskę, ale tę sowicie kazano zawdzięczać. Piwo dla pensyi dostarczał prawie gratis, niekiedy po trosze wina, a Filipowiczowi oprócz tego pod połą przynoszone — likwory.
Panna Rzepczak, która teraz była jedną z najlepszych uczennic na pensyi, do lat czternastu — niestety — posługiwała przy ojcu w restauracyi — dojrzała więc bardzo zawczasu, napatrzyła się wielu a wielu spraw ludzkich, niedostępnych dla innych dziewic jej wieku... i przeszła przez ogień życia, nim zaczęła szkołę...
Nie zaszkodziło jej to wcale, ale owszem dziwnie rozwinęło.
Panna Eufrozyna mówiła o niej, że była nadto rozumną, bo w istocie spryt ognisty jej z oczów patrzał. Nie była wcale piękną, nie odznaczała się dystynkcyą żadną; młodość w pracy i biedzie spędzona zdjęła z niej zawcześnie świeżość, rumieniec, wyraz dzieciństwa i dziewictwa — pomimo to Marysia miała w oczach czarnych i całym twarzy wyrazie urok niebezpieczny, pociągający, któremu mężczyźni szczególniej oprzeć się nie mogli. Słusznego dosyć wzrostu, blada, gibka, zręczna, silna, ręce miała zapracowane, duże i brzydkie, płeć śniadą — ale taki wyraz odwagi, siły i pewnego rodzaju ubogiej dumy, że wśród najpiękniejszych odciągała oczy. Było to prawdziwe dziecię ludu... któremu natura intelligencyą zapłaciła za to, czego mu dać nie mogła.
Raz dostawszy się na pensyę, gdy ją posadzono w kątku, zaczęła się uczyć wściekle — nauczycielki niecierpliwiła swoją roztropnością, pamięcią, a często zapytaniami na które odpowiedzieć nie umiały. Zwano ją z przekąsem — pomywaczką.... ale wcale się za to nawet nie gniewała, śmiała się z przezwiska... Wiedząc iż inaczej jak zupełnem poddaniem się i pokorą na pensyi nie utrzyma — Marysia milcząc spełniała co jej kazano, znosiła ucisk, i niesprawiedliwości, a tymczasem uczyła się i uczyła z chciwością wygłodniałej istoty, przed którą pokarm postawiono.
Nie dająca się przytłumić i zakryć wyższość ta biednej Rzepczakównej, nieprzyjemna dla innych towarzyszek, byłaby od dawna spowodowała wygnanie jej z pensyi — gdyby nie — jakeśmy rzekli — okoliczności natury administracyjnej. Piwo i likwory ojca mówiły za nią.
Wszyscy niemal znęcali się nad pomywaczką, może to było powodem zimnej pannie Tekli do zbliżenia się ku niej. Marysia dostąpiwszy tego szczęścia, że się do niej zbliżyła księżniczka, oddała się jej z duszą i ciałem. Serca i umysły ich jakoś się prędko porozumiały. Marysia winna była temu szczęśliwemu wypadkowi, iż — jako przyjaciółka wybranej istoty — trochę względniej była traktowaną.
Śmiano się i dziwowano tej osobliwej przyjaźni, ale pani z Villamarinich — nie chciała się w niczem księżniczce sprzeciwiać. Dozwolono Marysi być przyjaciółką panny Sierocińskiej.
W wolnych chwilach Tekla zabierała ją do swojego pokoiku, dozwalała grać na fortepianie, sama nawet dawała lekcye, i — gdy się raz zbliżyły nie miały dla siebie tajemnic. W godzinach gdy dobrze wiedziały, że ich nikt podsłuchiwać nie będzie, siadały w kątku i opowiadały sobie wszystkie tajemnice swojego życia.
Marysi wspomnienia młodości były mocno zabarwione rzeczywistością; ale to w nich właśnie najzabawniejszem były dla Tekli. Godzinami całemi zapomniawszy o wszystkiem paplały bez końca. Pomimo roztropności swej księżniczka nie bardzo była biegła w odczytywaniu ludzi i ich charakterów, w tem znowu Marysia była dla niej nieoszacowanym przewodnikiem. Co ona przepowiedziała, wszystko się sprawdzało. Panna Rzepczak widziała jasno cały mechanizm i sprężyny pensyę poruszające — przez jej bystre oczy jaśniej też przejrzała panna Tekla.
Właśnie tego dnia po południu była rekracya; panna Rzepczakówna nie siadająca do stołu, przyniosła z sobą bułkę, z kawałkiem szynki i jedząc ją czekała na przyjaciółkę, z którą czas po obiedzie spędzić miała. Dla niej wyrzekła się domowego obiadu. Tymczasem, zostawszy tu sama, przewracała książki, patrzała oknem w dziedziniec i zabawiała się jak mogła.
Ktoby ją tu był zobaczył wesoło z bułką w ręku podskakującą po pokoju, śmiejącą się sobie samej w zwierciadle, biorącej zuchowato pod boki, a pomimo rubasznych ruchów, pełną jakiegoś rodzimego wdzięku dzikiego, odgadłby w niej może dziecko ulicy, które pierwsze swe zabawki płukało w rynsztoku. Wyglądała Marynia starszą niż była, zatem zupełnie rozwiniętą i dojrzałą... a mimo to była jeszcze prawie dziecinną, nauki jej zbliżały się do końca, spodziewała się zdać egzamina, dostać patent i ruszyć w świat — którego niebezpieczeństwa nie były dla niej tajemnicą. Może z tego powodu właśnie się ich lękała tak bardzo.
Wiedziała, że zawód nauczycielski był drogą najeżoną kolcami — ale zawsze lepszym niż posługiwanie w restauracyi przy ojcu — od którego teraz wychowanie nowe niezmiernie ją oddaliło.
Szanowała tego tatusia — kochała go, ale jakże codzień bardziej biednym się jej wydawał. Rumieniła się czasem myśląc o nim... a można sobie wystawić uczucie jakiego doznawała, gdy powracając do domu znajdowała go napiłym, lub ze świeżej bójki okrytym sińcami i ranami...
Obiad się skończył, panny wysypały z jadalni do sali rekreacyjnej i po innych pracowniach swoich — i Tekla też wbiegła do swojego pokoiku, rzucając na szyję przyjaciółce... Przynosiła jej umiejętnie zachowany kawałek francuzkiego ciasta, który Marysia dziwnie po swej szynce zajadać zaczęła, śmiejąc się i dziękując.
Siadły obok siebie, Tekla spojrzała na wesołą, śniadą twarzyczkę swojego kopciuszka. Tak ją czasem nazywała.
— Znudziłaś się czekając na mnie? zapytała.
— Trochę — ale, wszakże miałam zajęcie — jadłam moją bułkę, patrzałam w twoje zwierciadło, przewracałam książki, z okna, przyglądałam się chłopcom swawolącym na ulicy, co mi moją własną łobuzowatą młodość mile przypominało.... Niepowrotne lata...
— Żałujeszże ich?
— Troszkę — czasem... ale doprawdy sama nie wiem czemu... Dziś jestem w daleko świetniejszem położeniu, trzewiki całe, pończochy... koszula... zbytek wszelaki!! a jednak tęskno za owym chłodem i głodem. Musiałam już zestarzeć.
Rozśmiała się i mówiła dalej:
— Patrzałam w zwierciadło, co mi się rzadko trafia, bo na to nie mam czasu i dosyć jestem brzydka... Reszta młodości się świeci... ale mi z tem dobrze... gdy zostanę guwernantką uwolni mnie to od atencyi, które nieochybnie wszystkie moje towarzyszki spotykają... Już ty na mojem miejscu — ho! ho! Naprzód, że dla twej pięknej buzi, niktby cię i nie wziął, chyba wdowiec...
— A wiesz że mój opiekun, pan mecenas Borusławski, ciągle mi się każe na nauczycielkę przygotowywać.
— Po co ci to? Bałamuci — odparła Marysia.. Jesteś bogata! Mówią umyślnie tak, abyś się uczyła... Tymczasem masz już pretendenta...
Tekla trąciła ją ręką nic nie mówiąc i obie się rozśmiały.
Marysia poczęła szeptać cicho.
— Villamarina radaby cię wyswatać za niego, bo jest w przyjaźni wielkiej z ciocią, panna Eufrozyna, bo ją Maks w ręce całuje.. Filipowicz, bo go poi, a ty? cóż ty? przyznaj mi się...
— Czyż nie wiesz?
— Ale tak — szczerze... serdecznie?
Tekla obejrzała się i strzepnęła pięknemi rączkami.
— Daj mi pokój, ja ani jego, ani żadnego nie chcę, póki nie będę wiedziała kto jestem... i co mnie czeka.
— Dla tego tylko go nie chcesz? — badała Marysia.
— I dla tego i że — że...
— Jemu z oczów głupio patrzy — naiwnie odezwała się Marysia.
— To prawda...
— Słyszałam nieraz — ciągnęła dalej Rzepczakówna, że to ma być bardzo wygodna rzecz pójść za człowieka głupiego... Może to być — ale zarazem bardzo smutna... Wolałabym kłócić się z rozumnym, niż kochać z... O! ty jesteś bardzo wytrawna i rozumna — ciągnęła po chwili — że nie dajesz poznać po sobie, co o nim myślisz... Co ci to szkodzi, że koło ciebie będą tańcować...
— Dosyć to nudne — szepnęła Tekla — czasem aż niecierpliwiące — ale ja mam dosyć mocy nad sobą, by nie zdradzić się... ziewam wewnątrz... a uśmiecham się.
Marysia się głośno rozśmiała.
— Przecież się to kiedyś skończy — dodała panna Tekla. — Przyznam ci się, moja Marysiu, że tej chwili co o mojej przyszłości zawyrokuje, oczekuję z najżywszą niecierpliwością. Okropna to rzecz tak od dzieciństwa chodzić w ciemnościach.
— Jeżeli się wie, że z nich wnijdzie się do sali balowej, toć znośniej niż chodzić po jasnej ulicy, nie mając gdzie wejść i przytulić głowy.
— Ale któż ci powiedział, że mnie czeka sala balowa? — zapytała bystro Tekla... — W tem wszystkiem, co się ze mną dzieje są nierozwikłane zagadki — moja droga Maryś — mówiła po cichu smutnie — oni sobie tworzą co chcą na mój rachunek... ale mogą się mylić bardzo. Ja sobie przypominam dzieciństwo... wychowywała mnie dobra, uboga kobieta, bardzo skromnie, nie było dostatków... nikt się nigdy nie dowiadywał o mnie ani do mnie, choć na wsi, bardzo mógł i przybyć i widzieć ktoby był chciał nie będąc postrzeżony. Chodziłam boso... pamiętam... jadłam chleb razowy... w domku było biednie, perkalowa sukienka na święto... Zmieniło się to dopiero na pensyi i to stopniowo, powoli...
Mnie czasem strach ogarnia.. gdy się te wrota zamknięte otworzą, co ja tam zobaczę za niemi? Pustkę może.... dwa trupy.... albo! któż to odgadnie?
Mam lat dwadzieścia... wszakżeby to się skończyć powinno...
— A! moja droga... skończy się aż nadto rychło... nie wyzywaj — poczęła Marysia... otworzy ci się świat szeroki — i woskowane posadzki... po których chodzić tak ślisko... A tego ci nie zazdroszczę. Ja swobodna jak ptaszek polecę, a ty — biedna...
To mówiąc uściskała ją ze łzą w oku i rozśmiała się zaraz.
— A dajmy bo pokój temu. Po co sobie łamać głowę... Co przyjdzie, to przyjdzie.
— Słuchaj, do mojego ojca przychodzi na obiady ubogi, stary, poczciwy kancelarzysta... Ojciec go bardzo szanuje, bo to człowiek zacny i prawy... Zwykle gdy się ukaże w progu, ze swym nieodstępnym parasolem pod pachą, ojciec spieszy razem mu parasol odebrać i szepnąć co będzie na obiad!... Stary mu usta zamyka. Ależ proszesz mi nic nie mówić, panie Rzepczak... tyle przyjemności w życiu co człowiek nie wie co go spotka — sztuka mięsa biała lub flaki!! I ma słuszność.
Tekla się uśmiechnęła smutnie.
— Przynajmniej ja — mówiła Marysia — nic się nie troszczę o przyszłość, póki ręce zdrowe i głowa na karku. Dam sobie jakoś radę. Gdybyśmy życie od razu przeczytali całe, nikomu by się żyć nie chciało.
— Ale bo nikt nie ma jak ja wiszącego nad głową miecza — odezwała się Tekla.
— Zawsze ty sobie wyobrażasz te miecze...
— Mam jakieś przeczucie straszne? Przyznaj sama, tybyś się na mój los nie pomieniała?
Marysia zamyśliła się poważnie.
— Nie wiem, rzekła — nie jestem ja w najświetniejszem położeniu, ale...
— A ja... mieniałabym się na cokolwiek bądź byle było jasne i czyste, mówiła Tekla... Te ciemności, te ciemności! szepnęła na dłoni opierając rękę.
— Ja ci dam sposób by je rozproszyć — rzekła chustkę w ręku mnąc Marysia — pozwól się sobie oświadczyć panu Maksowi, przyjm go... a jak przyjdzie do ślubu... wszystko się odkryć musi...
— To by było trochę za drogo... rozśmiała się Tekla.
— Mogła byś potem zaraz tę lalkę porzucić...
— A! nie mam ochoty bawić się lalkami...
I śmiały się smutnie.
— Ja sama niezmiernie jestem ciekawą — poczęła Rzepczakówna, jak to się z tobą skończy, bo jużcić tak wiecznie na pensyi siedzieć nie możesz, zwłaszcza teraz gdy się pan Maks tu wkręcił i opiekunowie twoi wiedzą o tem... Filipowiczowie oddali ci przysługę... bo pewnie w ten sposób przyśpieszą rozwiązanie zagadki.
To prawda — przerwała Tekla — na myśl mi to nie przyszło... to mnie pociesza... a! byłoby też dobrze być wyzwoloną.
— Od wąchania pomady, którą się ten Maks smaruje... dodała Marysia... któregoś dnia spotkałam się przypadkiem z jego kapeluszem leżącym na krzesełku... a! okropność!!
— Pomada — to jeszcze nic — ale chustka perfumowana, która serca chce podbijać... ale wszystkie te wonie, które z nim wchodzą do salonu... a!
I śmiały się znowu...
— Ty, moja Tekluniu — mówiła Marysia — powinnaś nawykać do woni i perfum... Ja bym tego nie potrafiła... Mnie każda zalatująca woń ta sztuczna, przeraża myślą iż pokrywa szatański zapach jakiś... Ja wolę już co szczerze śmierdzi! Prawda żem się przy kuchni wychowała i tłusty czad czasem mi się głodnej przyjemnym musiał wydawać...
To mówiąc brzydkie swe, choć czyste ręce wyciągnęła ku Tekli i położyła je przy jej białych, pieszczonych paluszkach.
— Patrz Tekluniu — odezwała się, te ręce nasze to jakby dwie historye życia i dwie przyszłości przepowiednie... Jak się to one zeszły, spotkały i uścisnąć mogły... i pokochać! A ja dziś jeszcze tego szczęścia nie pojmuję...
To mówiąc chciała ją w te białe ręce pocałować, ale Tekla wzięła ją za głowę i na czole pocałunek wycisnęła, a obok niego spadły dwie łzy gorące.
Śmiech zmienił się natychmiast w płacz — obie się rozłzawiły... Milczały, gdy u drzwi dał się słyszeć szelest. Marysia zerwała się i usiadła porywając książkę, Tekla otarła oczy prędko i na drzwi spojrzała. Wchodziła właśnie pani z Villamarinich... obie panienki wstały.
Okiem surowem zmierzywszy Rzepczakównę, poważna pani z czułością wielką zbliżyła się do Tekli i odciągnęła ją na bok nieco.
— Moja droga — kochana Tekluniu — szepnęła do niej, przyjdziesz do mnie na herbatę... Może kto będzie (dodała z przyciskiem) rozerwiesz się trochę. Proszę cię. Trochę się ubierz... W czarnej swej sukni jedwabnej nadzwyczaj ci ładnie.
To mówiąc z lekka usta przyłożyła do jej czoła...
— Główka taka gorąca, czy nie boli.
— O nie.
— Rozmawiałyście pewnie zbyt żywo.
Nie otrzymawszy na to odpowiedzi, pani z Villamarinich przeszła się po pokoiku i, nawet nie patrząc na Marysię, uśmiechnąwszy się tylko do Tekli, wysunęła się z pokoju.
W tej chwili prawie, figlarnie uśmiechnięta dziewczyna służąca, wpadła z bukietem fijołków w ręku... i podała go pannie Tekli.
— Cóż to ma znaczyć?
— A, już to, proszę panienki — panienka się domyśli co ma znaczyć?
I usta sobie dłonią zakrywszy, śmiać się zaczęła, zanosząc prawie, tak jej było wesoło...
— Ja się nie domyślam.
— Et! co to takie rzeczy mówić ludziom, niby panna nie wie od kogo... Jakby tu kto inny z bukietem przyszedł, dopieroby były historye. Ale! toż tylko jeden jest co mu wolno z bukietyma chodzić... to się wie...
I machnąwszy ręką służąca chciała wyjść, gdy Marysia zawołała za nią.
— Panno Doroto!
— Alboż co?
— Przyznaj się — pocałował pannę oddając bukiet?
Dorota krzyknęła zakrywając sobie oczy. Obie panienki śmiać się zaczęły.
— Wszak prawda? dodała Marysia.
— A choćby tam bez grzeczność i cmoknął — to co zawołała panna Dorota.
— Zapewne że to nie grzech — dokończyła Marysia — ale na kawalera co bukiety nosi... to nie ładnie...
Dorotka nagle zpoważniała, podeszła na palcach do panien i załamując ręce — rzekła...
— Co prawda że mnie za każdym razem całować chce... a no — to nic — przecie mi się nie stanie przez to nic — ale (tu zniżyła głos) jak Boga mojego kocham (obejrzała się) pannę Eufrozynę...
Wyszepnąwszy to usta sobie zatuliła i uciekła.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.