Zbrodnia (Liciński, 1917)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Stanisław Liciński
Tytuł Zbrodnia
Pochodzenie Halucynacje
Wydawca Księgarnia K. Wojnara
Data wyd. 1917
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Kochał Sztukę i wyklętego oczyma zaglądał w jej demoniczne moce. Słuchał, jak rodzą się i obalają światy, i sam je budować zapragnął. Wyciągał utęsknione dłonie do twórczości, ale nie umiał być twórcą.
Zrywała się w nim często głucha rozpacz i rozpalały się pożary buntu. Powstawał wtedy przeciw własnej naturze i chciał się wydać bogiem. Wszystko mu jedno było: dobrym, czy złym — byle uchodzić za boga — byle stanąć ponad ludzkie.
Wszedł raz do mego mieszkania cicho, jak myśl. Był zmieszany. Oczy niespokojnie biegały po pokoju, jakby czegoś szukając.
Zastanowił mnie.
Podchodził do mnie na palcach i, nie witając, spytał szeptem:
— Niema tu nikogo?
— Widzisz przecie — odparłem.
— Cyt!...
Ustami i dłonią błagał mnie o milczenie.
Zdziwienie moje rosło.
Rozejrzawszy się jeszcze kilka razy po pokoju, postąpił znowu na palcach ku drzwiom i zamknął je na klucz.
— Co się stało? — spytałem.
— Na litość Boską! cicho!... — szeptał trwożnie.
Blady był i nie mógł opanować drżenia, które wykręcało mu twarz.
— Spocznij — rzekłem.
Lecz on przycupnął z nieopisanym lękiem na podłodze i wskazując palcem na otwarte okno szeptał:
— Zamknij, bo usłyszą, zobaczą.
Wykonałem jego prośbę.
Usiadł ciężko na kanapie i głowę rękami ściskając, powtarzał:
— Ogień, ogień, ogień!
Usiadłem naprzeciw niego na krześle, ręce oparłem na stole i wczytałem się w jego oczy.
Były popielate prawie od wzruszenia.
— Co ci jest? — spytałem.
Drgnął jakby pod ukłuciem. Rękę wyciągnął do mojej dłoni i, cisnąc ją do bólu, mówił tajemniczym rozglądającym się w moich oczach szeptem:
— Popełniłem zbrodnię.
Pod skórą głowy uczułem zimno.
Męczące, trwogi pełne pytanie stanęło w mych oczach.
— Zabiłem ojczyma — wyszeptał znowu.
Z twarzy jego wywinęło się w chwili tego odkrycia piętno zbrodni. Czuło się ją bardzo blizko. Popełnił ją niedawno, przed godziną może.
— Za co! — spytałem głucho.
Zatrząsł się... Twarz mu zmąciła ostra zawziętość.
— Nic nie wiesz? Bił, katował, gdym był dzieckiem, wypędzał z domu.
— A teraz?
— Wydarł mi złudzenie świętości mojej matki. Jestem synem mego ojczyma. Mój ojczym jest moim ojcem.
— Straszne!
— Przychodzę właśnie byś mi pomógł. Uciec, uciec. Australja, Afryka... gdziekolwiek.
— I kiedyś go zabił? — spytałem.
— Wczoraj...
Powstała naraz we mnie błyskawiczna idea. Jednocześnie ochłonąłem ze wzruszenia. Zacząłem spokojnie myśleć.
— Zastrzeliłeś? — pytałem.
— Nie! I to najwstrętniejsze. Odpiłowałem mu głowę. Ot tak... powolutku, z premedytacjami.
Ręką naśladował ruchy tego „piłowania“, i zdało się, że mu to rozkosz sprawia.
Podparłem głowę na dłoni i okiem obserwatora śledziłem jego ruchy. Od czasu do czasu rzucałem tylko krótkie pytania.
— I czym? Nożem?
— Nie, tasakiem kuchennym. Był trochę tępy.
— Ostrzyłeś?
— Nie! poco? Nie przyszło mi to nawet do głowy. Przygniotłem mu piersi kolanami i rżnąłem.
— A rękami nie bronił się?
— Z początku. Chwyciłem w tej chwili prześcieradło i skrępowałem mu je. Zdaje się, że nawet wyłamałem jedną rękę. Słyszałem najwyraźniej jakieś pęknięcie, do trzasku rozpalonych drzew podobne... Pewnie łokieć.
— A nie krzyczał?
— Och! nie miał czasu. Zwinąłem w kłębek jakąś starą koszulę i wpakowałem mu ją w pysk, aż po samo gardło. Ślepia mu tylko na wierzch wyskoczyły. Była w nich ta sama nienawiść, którą mnie karmił całe życie.
— Zdaje się, że ta zbrodnia na Nowym Świecie także była tasakiem popełniona?
Wylękłe oczy jego zatrzymały się na mojej twarzy. Wykrzywił się.
— Uch, jakiś ty zimny, zaschnięty — mówił z wyrzutem.
— I cóż zrobiłeś z uciętą głową? — spytałem spokojnie.
Zaczął się śmiać nerwowo.
— Co? haha... widzisz, tu cała podłość. Owinąłem ją w chustkę i zakopałem w piwnicy.
— A policja nie wie jeszcze?
— Muszą wiedzieć. Szukają. Tylko łba nie znajdą. Łeb na pamiątkę dla szczurów. Przysypałem go zresztą piaseczkiem, by nie mrugał oczkami.
— A wiesz, że ta zbrodnia na Nowym Świecie zupełnie w ten sam sposób była popełniona.
Zadrżał.
Spojrzał na mnie wyzywająco i cofnął oczy.
Głowę znowu rękami oplótł i zaczął biegać po pokoju.
— O, to straszne! to okrutne! to piekielne!
Stanął przedemną i z jakimś dziwnym przerażeniem jęknął:
— Słuchaj! przecie ty nie wierzysz.
Patrzyłem nań ze współczuciem, ale nic nie odparłem.
Był tak blady, jak papier, a bladość jego jeszcze bladła i jeszcze bielała.
Pięściami w czoło się uderzał. Znowu biegał po pokoju.
— Nie wierzył Wszystko przecie zmyślone. Zełgane głupio i niedołężnie. Nie było morderstwa. Nic nie było. Nie umiałbym, nie dokonałbym.
Naraz upadł na kanapę i, chowając głowę, zaszlochał jak skrzywdzone dziecię.
— Nic, nic!... Do niczego nie jestem zdolny. Nawet do podłości.
Ramiona jego podnosiły się i opadały, jak u człowieka, który stanął na rozdrożu między życiem a śmiercią.
Beznadziejne szlochanie jego wydawało się już jednak bliższym tych granic, za któremi stoi głucha, milcząca zagłada. Czuło się, że jeżeli teraz nie obudzi się w nim twórca, to musi umrzeć na całą wieczność.
Był to najlepszy towarzysz, najzdolniejszy do poświęceń przyjaciel.
Siadłem przy nim i, sam czując łzę pod powieką, pocałowałem go w czoło.
I popełniłem największą zbrodnię, bowiem pocałunek mój dobijał w nim resztki twórcy.

∗             ∗
Lecz ty nie całuj, o publiczności! Nie zabijaj i nie całuj, bo zaiste! ani twój pocałunek uśmiechu, ani uśmiech pocałunku nie zabije.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Stanisław Liciński.