Zima pośród lodów/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Zima pośród lodów
Wydawca Ferdynand Hösick
Data wydania 1880
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Marek Rzętkowski
Tytuł orygin. Un hivernage dans les glaces
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.
Płomyk nadziei.

W téj porze roku pogoda była przyjazna i Nieustraszony mógł w krótkim stosunkowo czasie dotrzéć do miejsca wypadku.
Plan Jana Cornbutte był bardzo prosty. Zamierzał on zatrzymać się u wysp Feroë, gdzie wiatr północny mógł zapędzić rozbitków. Następnie, gdyby zebrane tam wiadomości nie dały mu żadnych co do ich losu wskazówek, miał zamiar popłynąć daléj na morze Północne, zwiédzić wszystkie porty zachodnie Norwegii, aż do Bodoë, która to miejscowość leży na najbardziéj północnym punkcie tego kraju, i jeszcze wyżéj, jeżeli tego okaże się potrzeba.
Andrzéj Vasling był tego zdania, w sprzeczności z zamiarami kapitana, że należy przedewszystkiém przeszukać okolice Islandyi, ale Penellan uczynił słuszną uwagę, że w chwili wypadku burza szła od strony zachodu, że zatém, jeżeli rozbitkowie nie zginęli w otchłaniach Maëlstromu, to musieli być zapędzeni w stronę Norwegii. Wnosił więc, że brzegi tego kraju najpiérw przepatrzéć należy, bo tam tylko najprawdopodobniéj można będzie odszukać ślady rozbitków. Nazajutrz po wyjeździe, Jan Cornbutte, siedząc na pokładzie z głową pochyloną nad ogromną kartą morza Północnego, zatopiony w dumaniu, uczuł dotknięcie drobnej ręki na ramieniu i usłyszał słodki głos:
— Odwagi, mój wujciu!
Odwrócił szybko głowę i, o dziwy, ujrzał przed sobą Maryą.
— Co to znaczy? Ty tutaj! — zawołał
— Kobiéta wszędzie winna iść za swoim mężem, a wolno jéj to uczynić równie słusznie, jak ojcu, który szuka swojego dziécięcia!
— Ależ Maryo, jakże ty zniesiesz te wszystkie trudy, których na żaden sposób uniknąć niepodobna. A zresztą czyliż nie zastanowiłaś się nad tém, że twoja obecność może nam być przeszkodą w poszukiwaniach?...
— Nie, drogi wujaszku, tak źle nie będzie, jestem na to zasilną!
— Któż wié, gdzie nas wiatry i burze zapędzą, moje dziécię. Spójrz na tę kartę! Zmierzamy ku tym okolicom, niebezpiecznym dla takich nawet żeglarzy, którzy w rzemiośle swojém wyrośli i zahartowali się na wszelkie utrapienia. A cóż ty... słaba dziewczyno!
— Ależ, mój wuju, jestem dzieckiem rodziny marynarzy. Czyliż nie wychowałam się wśród burz i walk z żywiołami?... A zresztą, jestem przy was, przy tobie, mój jedyny opiekunie, i mam tu Penellana, który strzedz mnie będzie.
— Aha!... Penellan!... Hej, Penellan, chodź-no tutaj!... — zawołał kapitan. — To on cię tu sprowadził, stary hultaj!
— Tak, mój wuju, ale to tylko dlatego, iż widział że przyszłabym tu i bez jego pomocy.
— Penellan!...
Bretończyk przybiegł.
— Słuchaj-no — rzekł doń surowo Cerubutte — czynię cię odpowiedzialnym za wszystko złe, które się przytrafić może Maryi.
— Bądź spokojny, kapitanie. Dziewczyna jest silna, odważna i będzie dla nas sama aniołem opiekuńczym. Wszak wiécie, co ja zawsze powtarzam: „niéma tego złego, coby na dobre nie wyszło.“
Od téj chwili pomieszczono Maryą w oddzielnéj kajucie, którą dla niéj marynarze urządzili naprędce z możliwemi wygodami.
Po upływie ośmiu dni, Nieustraszony zatrzymał się u jednéj z Wysp Feroë, ale najszegółowsze poszukiwania były tam bezowocne. Ani jednego rozbitka, ani szczątka rozbitego okrętu od dawna tam nie widziano. Nawet wiadomość o rozbiciu była tam zupełną nowością. Po dziesięciu zatém dniach przystanku, 10 czerwca, statek popłynął w dalszą drogę. Stan morza był pomyślny, wiatr przyjazny i silny. Nieustraszony mknął hyżo po falach w stronę Norwegii, któréj brzegi przetrząśnięto również bez skutku.
Jan Cornbutte skierował się wówczas ku Bodoë. Bardzo być może, że tam dowié się o imieniu rozbitéj goeletty, na ratunek której pośpieszył syn jego z dwoma towarzyszami.
W d. 30 czerwca statek w porcie Bodoë zarzucił kotwicę. Władze tamtejsze pokazały Cornbutte’owi butelkę, znalezioną na brzegu morskim, w któréj zawiérała się karta z następującemi słowy:
„W d. 26 kwietnia, na pokładzie statku Froöern, któremu z pomocą pośpieszyła szalupa z francuzkiego okrętu Nieustraszony, zostaliśmy zapędzeni przez wichry i burze w okolice lodów. Oby Bóg zlitował się nad losem naszym!“
Po odczytaniu tych słów, Jan Cornbutte wzniósł do nieba dłonie śród gorącéj, dziękczynnéj modlitwy. Był więc na śladzie swojego syna! Froöern więc była nazwa owéj goeletty; burze zagnały ją w okolice północne, między wieczyste lody... To było już pewném, ale po za tą wiadomością ani słówka więcéj.
Nie należało tracić ani jednego dnia. Nieustraszony natychmiast począł się zaopatrywać w to wszystko, co miéć należało, aby stawić czoło niebezpieczeństwom morza Lodowatego. Cieśla Misonne obejrzał bardzo troskliwie ściany i wiązania okrętowe i oświadczył, że są one aż nadto silne, aby się oprzéć naciskowi lodów.
Za staraniem Penellana, który już nieraz polował na wieloryby w tych lodowych stronach, zniesiono na statek stosy płótna, odzieży futrzanéj, obuwia i spodni ze skór foki, a wreszcie i drzewa, potrzebnego, między innemi, do zbudowania sań, bez których na płaszczyznach lodowych obejść się niepodobna. Zaopatrzono się téż w ogromną ilość spirytusu i węgli kamiennych, ponieważ było do przewidzenia, iż zimowanie śród lodowisk okaże się konieczném. Zakupiono także wielki ładunek cytryn, których sok jest wybornym środkiem przeciwko szkorbutowi, chorobie właściwéj tamtym stronom. Potrojono téż zapasy mięsiwa, sucharów i gorzałki i trzeba to było złożyć na najniższym pomoście, bo składy statku nie pomieściłyby tak wielkich zapasów. Nie zapomniano téż o konserwach mięsnych, które w małéj stosunkowo objętości zawiérają wielką ilość soków pożywnych.
Z rozkazu Jana Cornbutte, zniesiono także do okrętu sporo siekiér, oskardów i drągów, które posłużyć miały do torowania drogi pośród lodów; mogły się one przydać i wówczas, gdy potrzeba będzie opędzać się górom lodowym, płynącym wśród morza. Kapitan oświadczył także, że z okolic Grenlandyi wypadnie im zabrać kilka psów tamtejszych, które wybornie chodzą w zaprzęgu przy saniach.

Cała osada okrętu szczérze się zajęła temi przygotowaniami i zakrzątnęła się żywo. Aupic, Gervique i Gradlin, idąc za radą Penellana, przyodziali się zaraz w ubrania wełniane. Jest to koniecznością w tych stronach, gdzie, z powodu blizkiego sąsiedztwa z biegunem północnym, temperatura jest bardzo nizka i zimno przejmujące.
Vasling usiłuje sobie zjednać względy Maryi.

Penellan, nie zwierzając się z tego przed nikim, pilnie uważał na każdy krok Vaslinga. Człowiek ten, Holender z pochodzenia, przybyły Bóg wié zkąd, dobry zresztą żeglarz, odbył dopiéro dwie podróże na pokładzie Nieustraszonego. Penellan nie mógł mu wprawdzie nic zarzucić, ale mu nie ufał, szczególniéj od chwili w któréj spostrzegł, że Vasling usiłuje sobie zjednać względy Maryi.
Dzięki energii i ruchliwości osady, statek był gotowy do drogi w d. 16 lipca, to jest w piętnaście dni po wylądowaniu w Bodoë. Była to pora bardzo odpowiednia do wyprawy na morza podbiegunowe. Odwilż trwała od dwóch miesięcy i poszukiwania mogły trwać jeszcze przez czas jakiś. Dlatego téż Nieustraszony puścił się natychmiast w drogę i skierował się ku przylądkowi Brewster, położonemu na wschodnim brzegu Grenlandyi, pod siedemdziesiątym stopniem szérokości.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Stanisław Marek Rzętkowski.