<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Zolojka
Druk Księgarnia św. Wojciecha.
Miejsce wyd. Poznań - Warszawa - Wilno -Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Pojednanie.

Po dwóch prawie miesiącach pobytu w szpitalu Józk wrócił do domu zmizerowany, ale zdrów.
Stary Paweł, który syna w szpitalu kilkakrotnie odwiedzał, i przy sposobności go wysondował, zabronił w domu wspominać przed Józkiem o ukradzionych węgorzach.
— Bojs zrobił głupstwo! — oświadczył wobec całej rodziny. — Chciał uciekać do Niemca i potrzebował na to pieniędzy. Nie kradł, wziął piętnaście centnarów, a z tego dziesięć centnarów to był jego part.
— A pięć centnarów? — spytał Bernard, w rachunkach zawsze bardzo dokładny.
— Głupi jesteś! — sarknął ojciec. — Gdyby był uciekł do Niemca, zostałby nam jego part w sejcach, wart więcej niż 5 centnarów.
— Ale przez niego mogło paść podejrzenie na kogo innego! — odezwała się Zolojka.
— Jo! Jak gdybym ja nie wiedział, że to on wangorze podbierał! — roześmiał się stary.
— A jak to? — zdziwił się Bernard.
— Doch gdyby to był cudzy, to albo wziąłby wszystkie wangorze, alboby je wypuścił, nie brałby lejpra ze sobą, żeby kistę na krzyżowy węzeł wiązać...
Tak więc ta sprawa została załatwiona i nikt Józkowi wymówek nie robił. Przyjęto go tak, jakśdyby wogóle nic się nie stało i nawet o Duszy nie wspomniano na skutek napomnień lekarza, który tyle Pawłowi nagadał o nerwach, że zdołał mu wreszcie wtłoczyć w głowę, iż na rekonwalescenta wadzić nie można.
— On ma z powodu Duszy wielki iwer! — tłumaczył stary rodzinie. — Doktór mi powiedział, że od tego iwru może dostać lichy rozum.
Istotnie — tak było.
Józk rzadko kiedy się odzywał, mało jadł, jęczał przez sen, nigdy się nawet nie uśmiechnął, wogóle wyglądał, jak człowiek, który stracił ochotę do życia.
— Co ci fela, synku? — pytała go tkliwie zafrasowana neńka.
Zbywał ją byle czem, a najczęściej uciekał z domu. Pracować jeszcze nie mógł.
— On jest przysądzony do smutku za skutki, które czynił — mówił stary. — Jemu to teraz wisi na sumieniu. Trzeba na niego afpasować, bo może się stać przez to nieomal głupi.
Matka wzdychała.
Wiedziała ona dobrze, co synkowi „fela” i wiedziała, że się to może źle skończyć. A cóż było z jej kuzynem Adolfem? Dobrze mu się powodziło, niczego mu nie brakowało, na twarzy wesoły był, ale coś go gryzło — i jednego razu, jak wrócił z Gdańska, a miał jednego wypite — zaczął głupstwa gadać, i tak już zostało — gadał głupstwa, aż go do zakładu zawieziono. A dostał tego od iwru, bo miał za dużo dziewcząt i z każdą czynił swoje, a potem — było źle.
Było wyjście z tego wszystkiego, było, i matka myślała o niem, ale trudno było coś mądrego wymyślić. Nie wiedziała, czy Józk zechciałby Duszę za żonę, czy Dusza zgodziłaby się za niego wyjść... Nie mogła go namawiać, bo dziewczyna też nie była w porządku...
— Świństwo wszetko! — oburzała się w duchu.
I Etta nieraz o tem sama myślała, ale też wyjścia z położenia nie widziała. Przedewszystkiem nie podobała się jej Dusza. — Św...! — myślała o niej. Powtóre — odrazę miała do samej myśli o ożenku brata. Była jeszcze do tego stopnia dziewicą, że sama myśl o jakichś poufałościach małżeńskich budziła w niej wstręt. Wiedziała, że małżeństwo jest koniecznością, ale dla żeniących się młodych ludzi miała wzgardę. Ożenek uważała za rzecz poniżającą, za upokarzające i głupie poddanie się silniejszego i rozumniejszego słabszemu i pozbawionemu rozumu — a wychowana wśród mężczyzn za takie istoty uważa dziewczęta. Dlatego każdy „naożeń” był w jej oczach śmieszny, a każdy żeńc — głupi. Przytem kochała Józka, bo dawniej był zawsze wesoły i dla wszystkich dobry. Letnicy tak go lubili, że kto tylko chciał jechać na wycieczkę żaglówką, zawsze jego szukał. I żeby on miał sobie brać tę Duszę?...
— Ładna brutka! — myśli dziewczyna z gniewem.
I jeszcze wesele trzeba wyprawić, a potem Józk ze swym partem do innych pójdzie!
Ale co zrobić? Sama przecie przez nikogo nie proszona, zaczęła... Gdyby nic nie mówiła... Ale sama chciała sprawiedliwości i przez nią dostał Józk ten iwer o Duszę, przez nią kradł wangorze, chciał uciekać do Niemca — a teraz co?
Stary też myślał, aż wymyślił.
— Chciałeś iść na sztimr — rzekł raz do chłopca.
— Jo! — potwierdził Józk.
— Dlaczego mi nie powiedziałeś? Ja też byłem okrętnikiem, a raz to musiałem nawet uciekać na okręt... To było tak... Byłem w lesie... Nie był już nasz, ale chlonst wolno było zbierać... Miałem całą furę chlonstu, aż tu przyszedł leśny i kazał mi furę wysypać, żeby zobaczyć czy siekiery pod chlonstem nie ukryłem. Tego ja nie uczynio! — mówio. — Bo już się robi noc, w nocy w lesie z wozem być nie wolno, a ty mnie do kary zapiszesz. Zaczęliśmy na siebie krzyczeć i on mnie złapał za żakirt, a wtedy ja jego za gardło i nieomal udusiłem... Wtedy uciekłem i trzy lata mnie w domu nie było... Nieraz tak bywało, że jak kto miał wielki iwer, szedł na okręt... A na okręcie dobrze się żyje...
— Jo!
— Dawniej było bardzo ciężko, po rajach biegać, nieraz, jak był sztorm, przez pięć dni i nocy... Ale dziś służba jest lekka... Na sztimrze tylko dek myjesz i klamki pucujesz... I płacą dobrze... Mógłbyś dwie trzecie zarobku mnie odsyłać, a resztę pozostawić sobie. Dość na brek, jak wyjdziesz na ląd... I przeszmuglować coś można... tabakę, jo tabakę... Przedwczoraj mi opowiadał jeden, że w kanale kilońskim kupują tabakę od Niemca, a przewożą ją do Anglika w bębnie... Jak na sztimr przyjdzie rewizja, muzyka przez cały czas na deku gra — dla uciechy! a Anglik nawet nie wie, że w bębnie jest tabaka... Tobyś mógł iść na sztimr, a tu wzięlibyśmy wspólnika... I tak rybołówstwo jest liche. Na sztimrze ty jeden zarobiłbyś na miesiąc więcej niż my wszyscy razem...
— Jo!
— Ale ty nie potrzebujesz doch iść do Niemca! Mamy teraz polskie statki, na których służą nasi. Ty już nie potrzebujesz służyć pod niemiecką banderą. Możesz służyć matce Polsce. U Niemca ty będziesz zawsze lichszy, a na polskim sztimrze nie, bo ty masz rybacką krew...
— Jo!
— Byłoby dobrze od ciebie, żebyś pojechał do Gdyni... Tam weselej... Tam zawsze robotę można znaleźć... A człowiek jak ma robotę, ma czyste sumie...
— Jo!
— W Gdyni jest życie! A co ty tu masz? Nawet bretlingów niema. Polska tam robi wielki port. Nie będzie już Gduńska, będzie Gdyńsk! Tam możesz zapisać się na okręt. Ale od tego iwru ty jesteś teraz, powiemy, nieomal głupi, tobie się nic nie chce... Taki się z ciebie niedomarus zrobil...
— Co ja za to mogę, tatku?
— Ja pojadę do Gdyni, poszukam... Mnie doch znają. Ja jeszcze za Nieemca jeździłem po morzu z polską chorągiewką, a kiedy mi chcieli dać karo za polskiego orła, to ja im powiedziałem, że ja nie jestem Polak, le Kaszeba, i to nie jest polski orzeł, le kaszebski gryf! Panowie wiedzą, że ja mam za matkę Polskę wycierpiane, bo ja musiałem temu żandarmowi, co mnie z chorągiewką złapał, od świni dać worszta i słoniny, mnie za to potem gazetowy musiał fotografować z Hallerem na łodzi, panowie mi tę sztelę dla ciebie na sztimrze wyzorgują...
— Jo!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.