<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1934
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVIII.

Przeżyłem moje dwadzieścia jeden dni karceru, ale odtąd nigdy zupełnie nie powróciłem do siebie. Aż po dzień dzisiejszy jestem jakby innym człowiekiem. Dozorców więzieńnych znienawidziłem z całej duszy. Czy nie mają innych sposobów ukarania więźnia prócz bicia go? Fizycznie także osłabłem. Posadzono mnie teraz na oddziele trzecim w celi Nr. 40. Więźniowie, pracujący tu nad kartoflami, przynosili mi ukradkiem pieczone kartofle, jak mówili, by mnie odreperować.
W celi narożnej mieściło się trzydziestu jeden więźniów, między którymi miałem kilku znajomych. Na kartofle pchano największych cwaniaków. Była to najgorsza praca więzienna, na którą posyłano za karę. Zawsze tu było mokro i zimno i więzień pracował tu niechętnie. Ale cwaniaki nic sobie z tego nie robiły, a nawet starały się trafić do kartoflarni. Wszystkie handle i szmugle przechodziły przez kartoflarnię, w skutek czego pracujące tu cwaniaki całą giełdę mokotowską trzymały w swojem ręku.
Na czele kartoflami stał Żyd, wcale nie cwaniak; umiał on jednak podchlebiać się administracji tak, że awansował na starszego kartoflarza. Nazywał się Fed..., pochodził z Galicji i miał dwadzieścia lat ciężkiego więzienia. Był to frajer, który umiał żyć w przyjaźni nawet z cwaniakami. W celi umiał się zachowywać jak prawdziwy złodziej, przez co, mimo, że był frajerem, złodzieje trzymali z nim sztamę. Był to szmugler i kombinator pierwszorzędny. Uchodził przed administracją za posłusznego i spokojnego więźnia. T o właśnie było przyczyną, że mógł kombinować, nie zwracając na siebie zupełnie uwagi.
Po mojem przybyciu do celi stał się odrazu moim przyjacielem. Było tu kilku takich, co mnie dobrze znali i wiedzieli, że nie jestem kapusiem; znalazłem się więc w swojem środowisku. Po tygodniu zrobiono mnie starszym celi, co jest uważane za wielki zaszczyt.
Fed... w chwilach wolnych od pracy lubił opowiadać o nieszczęściu, jakie go spotkało. Znając jego słabość, często wołałem do niego:
— No, Fed..., opowiedz, jak to tam było!
A Fed... po raz dziesiąty smutno opowiadał swoje dzieje. Zawsze rozpoczynał temi samemi słowami:
— Naser mater te pierońskie baby, och, żebym ja tak mógł, tobym wszystkie baby wymordował. — Wymachiwał przytem groźnie pięścią w powietrzu, twarz jego przybierała jakąś nieokreśloną barwę, a rosła postać pochylała się ku ziemi.
— Byłem sobie szklarzem we wsi, — rozpoczynał opowiadanie. — Zarabiało się nieźle. Jak czasami. W końcu osiemnastego roku ożeniłem się. Pracy było coraz mniej, a żona stawiała mi coraz inne wymagania. Kochałem ją, więc chciałem jej dogodzić. Starałem się dorobić trochę handlem po wsiach, aby tylko ona biedy nie zaznała. Pewnego wieczora przybył do nas stary Żyd, który handlował po wsiach i prosił o nocleg. Po zjedzeniu kolacji razem z nami, Żyd usiadł w kącie i począł liczyć pieniądze. Żona mówi do mnie: „Widzisz, taki stary Żyd i ma tyle pieniędzy, a tyś taki niedołęga, zdrowy jak byk, a cholerę masz“. Przytem rzucała dwuznaczne spojrzenia w moim kierunku. Zrozumiałem, co ma na myśli.
O świcie Żyd ubrał się i podążył w kierunku lasu. Ja starałem się go wyprzedzić i bocznemi dróżkami zabiegiem mu drogę. Sam nie wiem, jak to się stało, że uderzyłem go kijem w łeb, poprawiłem po raz drugi i przystąpiłem do rabowania. Zanim odszedłem, kilkakrotnie z całych sił uderzyłem leżącego na ziemi. Po upewnieniu się, że nie daje żadnych znaków życia, pobiegłem do domu. Bez słowa oddałem żonie torebkę z pieniędzmi, a zakrwawiony kij rzuciłem jej do nóg. O na zachichotała szatańskim śmiechem i zawołała: „Coś ty, ośle, narobił! Ja wcale tak nie myślałam!“ i wybiegła z pokoju. Nie upłynęło pewnie pół godziny, jak przybyło dwu żandarmów, trzymając mojego nieboszczyka pod ręce. Posadzili go na ławce, umyli mu twarz wodą, a gdy przyszedł zupełnie do siebie, odrazu wskazał na mnie.
Skuto mnie w kajdany. Na śledztwie przypucowałem się do wszystkiego. Byłem przecież wtedy zabitym frajerem, bielić się nie umiałem. Słomiany bandzior był ze mnie, więc wyśpiewałem wszystko na „hyclowni“. Sam wskazałem, gdzie schowałem kilka sztuk „blitu“, były to jeszcze austrjackie dziesięciokoronówki. W skazałem też, gdzie zamelinowałem „binder“. Wiesz mimo, że do wszystkiego się przypucowałem, spuścili mi takie manto, że do dziś pamiętam. Jeden, taki mały, z „brodawką“ na plecach, bił mnie najwięcej. Jedną grabą zgniótłbym tę zarazę, ale co było robić, tych buldogów tam było pełno. Nie masz pojęcia, jaką cykorję miałem wtedy. Jeden hint uderzył mnie pięścią w cyferblat tak, że dwa gryzonie wypadły mi na podłogę, czuchy były zalane czerwoną. „Deka“ mi odbili, że jeszcze dziś mnie bolą. Po tem wszystkiem ledwie dokaraskałem się do celi, gdzie mi założono na graby branzoletki.
— Dzira moja codziennie przynosiła mi gary. Przepędzałem ją od siebie, wyrzucając jej, że wszystkiemu jest winna. Ona trajlowała mi dalej i ciągle płakała. Ja także bajcowałem w dzień i w nocy. Dziad pocieszał mnie, że niedługo pójdę na dyndawkę.
Po czternastu dniach był sąd i dostałem gimzy. Reszty już nie pamiętam: gdy usłyszałem, że zostałem skazany na szmelc, zemdlałem i reszty już nie słyszałem. Przyszedłem do siebie dopiero w celi. Koło mnie leżała otwarta książeczka do modlitwy. Wziąłem ją do ręki i krew zastygła we mnie. Wiesz, co tam było?
W tem miejscu opowiadania zawsze szturchał mnie dla lepszego pobudzenia efektu. Ja udawałem zawsze, jakbym to wszystko słyszał po raz pierwszy i wołałem ze wzruszeniem:
— Co tam było, opowiedz prędzej!
On nachylał się do mnie i mówił:
— „Widę, widę...“ To ona mi podsunęła. Chciała się mnie widać jak najprędzej pozbyć, nawet mi tales przyniosła.
Wtem miejscu zawsze ciężko wzdychał patrząc nabożnie w sufit, poczem ciągnął dalej swoje opowiadanie.
— Naprzekór mojej babie Marszałek Piłsudski ułaskawił mnie. Przenicowali mi gimzę na dwadzieścia wiosenek. — Zawsze to lepiej jak gimza. Może być amnestja, rewolucja. Mogę drapnąć, jak się uda. Gdy kasztan człowieka wywiezie, niema już żadnej nadziei, a tak jestem starszym kartoflarzem i żyję. Tu w więzieniu życie coprawda jest cholerę warte, ale zawsze się żyje...
— Wiesz ty co, — tu znów szturchnął mnie ręką, — żeby choć raz na pół roku kobietę dali, toby jeszcze uszło.
Drugi więzień, Stasiek, który zawsze kpił z niego, zaraz podchwycił:
— Piecież ty szpary nie lubisz. Narzekasz zawsze, że przez szparę tu wpadłeś, a jednak stale mówisz o nich.
— O, Fed... Zrobiłeś się całym fetniakiem. Flejeny na paczkarni się nawcinasz, to o babach marzysz.
Fed... próbował się tłumaczyć, ale Stasiek nie dał mu przyjść do słowa i kpił dalej:
— Teraz, jakby cię puścili, nie poszedłbyś z patyczkiem na stój na biednego chałaciarza. Maszyny do graby i do banku na stój, co?
— Ja tam wogóle nie myślę więcej o przestępstwie. Gdyby Bóg dał, abym się stąd wydostał, byłbym mądrzejszy i takiego głupstwa jużbym nie popełnił w życiu. Raz tylko człowiek dostaje ptaka. Ja więzienia więcej nie zobaczę, — zapewniał zawsze tonem stanowczym.
— Co ty tam trajlujesz. Gdy wyjdziesz na wolność, zapomnisz o tem. Nabrałeś tu teraz oleju do makowy i tak prędko nie wpadniesz. Zresztą kto ci da pracę, jak cię znają, żeś miał dwie dychy więzienia. Będziesz m usiał kraść, choćbyś i nie chciał. Ja tak samo pierwszy raz zupełnie niewinnie wpadłem na sześć miesięcy do mamra. Tak samo mówiłem, jak ty teraz mówisz. Dopiero przez te sześć miesięcy nauczyłem się złodziejstwa. Dziś siedzę już piętnasty rok w więzieniu. Wszystkiego mam sześćdziesiąt sześć lat życia, a trzydzieści dwa lata przesiedziałem już po różnych więzieniach. Zresztą hinty, jak raz zwąchają człowieka, depczą mu tak długo na odciski, że lepiej już kraść, niż być niewinnie prześladowanym przez nich. Ja sam z natury jestem bardzo litościwy, gdy na wolności spotykam biednego, płaczę nad jego losem.
Fed... zaciekawiony zapytał:
— A dlaczego płaczesz?
— Bo nie mam mu co ukraść.
Wszyscy zawsze w celi śmieli się z jego wywodów i nieraz dopraw dy umiał on rozweselić nas swemi dowcipami. Jednakże człowiek myślący w jego dowcipach wyczuć mógł wiele jadu i goryczy. Miał on jak sam mówił 66 lat, a wyglądał na osiemdziesięcioletniego starca.
Razu pewnego zapytałem go, czy próbował na wolności życia uczciwego człowieka.
— Próbowałem nieraz, — odpowiedział, — i doszedłem do przekonania, że nie warto.
— Dlaczego nie warto? — zapytałem zdziwiony.
— Dlatego, mój synu, — odparł, — że w życiu grunt to nie uczciwość, tylko forsa. Kto ma forsę, ten jest sprawiedliwy i uczciwy i uważają go za mędrca. Zajdziesz do sklepu i powiesz: Jestem najuczciwszym człowiekiem na świecie, tylko nie mam pieniędzy, proszę mi dać pudełko zapałek. Zaręczam ci, że go nie dostaniesz. Ale możesz za to zajść do najprzyzwoitszego lokalu publicznego i powiedzieć bez obawy: Jestem największym zbrodniarzem na świecie, proszę mi podać to lub owo, ja płacę. Zaręczam ci, że kelnerzy i lokaje będą przed tobą skakać i kłaniać się do samej ziemi. Więc na cholerę komu potrzebna jest uczciwość? Gdy człowiek jest uczciwy, ludzie określają to głupotą, a gdy zrobisz dobrą „robótkę“, ludzie mówią: ten musiał być sprytny i mądry.
— Dobrze, masz rację, — odpowiedziałem, — ale jednak policz, że więcej niż połowę życia spędziłeś za kratami i niczego nie użyłeś. Mojem zdaniem już lepiej być uczciwym na wolności.
— Głupi jesteś, mój kochany, — odparł.
— Czego złodziejowi dawniej za kacapa brakowało w więzieniu? Dobry złodziej był na najlepszej funkcji. Jeszcze forsę wynosił z więzienia. Klawisze byli blatni, nie jak dziś za Polski; i dziś ich nie brak, ale są lesery. Za wszystko każą sobie płacić więcej, niż warta jest przysługa. Dawniej za kacapa było inaczej. Menty za kieliszek wódki wszędzie szedł. Ot, naprzykład, ja za kacapa zawsze byłem starszym kucharzem w więzieniu, jak nie w Arsenale, to na Pawiaku. Naczelniki więzienia i menty znały mnie już, że nie jestem grebserem i umiem język trzymać. Za każdym razem wynosiłem trzysta albo czterysta rubli na wolność. Cały handel szedł przez kuchnię, a ja trzymałem wszystkich klawiszów w grabach. Za bramą już ferajna i ślaje na mnie czekały. Rżnęło się w sztosa do upadłego. Hulało z kobietkami, póki człowiek nie był goły. Potem się znów szło na robótki. Nie obawiałem się, że wpadnę. Wiedziałem, że odrazu idę na kuchnię. Nieraz nawet tęskniłem do więzienia.
— Widzisz, brachu, — ciągnął dalej, rozpromieniony wspomnieniami dawnych czasów. — Żywot porządnego człowieka jest paskudny. Zawsze miewa różne przykrości, jakieś głupie obowiązki, na które porządny złodziej gwiżdże. Wszędzie, gdzie się ruszysz, — tego nie można, to nie wypada, to jest zabronione przez policję. Za wszystko płać. Złodziej kpi z tego, robi, co mu się podoba. Ściągnie, co zechce, jedzenie ma dobre i gazu nigdy mu nie zabraknie. Uczciwy frajer będzie wcinał suche gajdaki, albo się rzuci pod tramwaj i chodzi w podartych nachach. Złodziej sobie zawsze poradzi. Więc powiedz sam, na co być głupim uczciwcem i świętoszkiem, kiedy ludzie na tem i tak się nie znają...
Słuchając jego poglądów na świat i ludzi, w duchu nie przyznawałem mu racji. Ja zawsze pragnąłem i dążyłem do tego podczas pobytu w murach więziennych, by zostać uczciwym człowiekiem. Niestety, gdy opuszczałem progi żywych grobowców, nigdy urzeczywistnić tego nie mogłem.
Zapytałem go też pewnego razu, czy był żonaty. Ten niespodziewanie podskoczył, jakby go żmija ukąsiła i zawołał:
— O, gdyby moja żona świętej pamięci żyła, nie byłbym dziś w więzieniu. W rok po ślubie umarła i z żalu poszedłem na k.....mać. Wpadłem w otchłań występku i do grobu się już nie wydostanę.
Po tych wynurzeniach starzec zamilkł, a jego zgasłe oczy przybrały kolor oczu trupa. Widząc, jaki ból sprawiłem mu tem pytaniem, i rozumiejąc, że niechętnie mówi o żonie, dałem spokój i więcej już o to nie pytałem.
Tak, tak... Kobiety potrafią zepchnąć człowieka do śmietnika ludzkiego. Gdy zechcą, mogą też pchnąć człowieka do zbrodni i do wszystkiego, co jest najohydniejsze na świecie. Potrafią też tak samo podnieść człowieka z bagna do bohaterstwa i genjuszu. Gdy tego chcą, umieją dać człowiekowi cel w życiu...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.