Artur (Sue)/Tom IV/Rozdział drugi

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Artur
Wydawca B. Lessman
Data wyd. 1845
Druk J. Jaworski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Arthur
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział 2.
― OGRÓD TUILLERIES. ―

Czekałem z niewymowną, niecierpliwością chwili udania się do Tuilleries, aby tam napotkać Irenę.
Przywiązywałem tysiąc wyobrażeń miłości i wspaniałego poświęcenia się do obecności tego dziecięcia, które miało przybyć całe uwonione pocałunkami matki, i mającego mi zapewne przynieść tysiąc tajemnych życzeń.
Około pierwszéj, chociaż powietrze było nieco przyćmione mgłą jesienną, postrzegłem nadchodzącą Irenę ze swą guwernantką, kobiétą nieocenioną, która także wychowała panią de Fersen.
Zwykle, w Talonie, w Lugdunie, naprzykład, gdzieśmy się zatrzymywali przez kilka dni, jedna z kobiét Księżnéj, za którą szedł lokaj, prowadziła Irenę na przechadzkę.
Postrzegłem teraz z ukontentowaniem, że pani de Ferson powierzając tą razą Irenę guwernantce, któréj znała przywiązanie i uczciwość, pojęła potrzebę, aby schadzki nasze pozostały ukryte.
Łzy mi stanęły w oczach, widząc jak bardzo Irena była zmienioną... Prześliczna jéj twarzyczka była blada i cierpiącą, nie już zwyczajną jej bladością, delikatną i ożywioną lekkim rumieńcem, lecz bladością chorowitą; wielkie jej oczy były podsiniałe, a jej policzki, zwykle tak czerstwe i okrągłe, były już nieco wklęsłe.
Irena niepostrzegła mnie zrazu; szła obok guwernantki, ze swą piękną główką smutnie spuszczoną, z owisłemi rączkami, depcąc koniuszczkami swych małych nóżek zeschłe liście, zalegające aleje.
— Dzień dobry Ireno, — rzekłem do niéj.
Zaledwie posłyszała dźwięk mego głosu, krzyknęła przeraźliwie, rzuciła się w moje objęcie, zamknęła oczy i zemdlała.
Ławka była nieopodal, zaniosłem na nię Irenę, przy pomocy pani Paul jéj guwernantki.
— Obawiałam się tego wzruszenia, — rzekła, do mnie, — na szczęście wzięłam ze sobą trzeźwiących soli... Biedne dziecię, tak ma nerwy drażliwe!
— Patrz Pani, patrz... — rzekłem, — już rumieniec powraca na jéj policzki; rączki jéj już mniéj zimne; odzyskuje przytomność.
W istocie, Irena podniosła się, i skoro tylko usiadła, rzuciła mi się naszyję, płacząc w milczeniu wielkie mi łzami, które czułem jak spływały pałające po moich policzkach.
— Ireno, Ireno, drogie dziecię, nie płacz tak mocno... będę cię codziennie widywał.
I ściskałem jéj rączki, szukając jéj spojrzenia.
Podniosła się wtedy, i właściwém sobie poruszeniem głowy, pełném wdzięku i żywości, zarzuciła w tył wielkie pukle włosów, zasłaniające na wpół jéj oczki łzami zalane Potém wlepiając we mnie jedno z tych długich spojrzeń, przenikających i uważnych, rzekła:
— Wierzę ci, przyjdziesz tutaj widzieć się ze mną, kiedy niemożesz przychodzić do naszego domu?
— Tak jest, panno Ireno, — rzekła guwernantka, — Pan ten będzie przychodził codziennie widziéć się z tobą, lecz jeśli mu pierwéj przyrzeczesz że będziesz rozsądną... że niebędziesz płakać, i czynić to co doktór każe...
— Tak jest, moje dziecię, inaczéj niezobaczysz mnie już więcéj, — dodałem poważnie.
— Nigdy już Pana niezobaczysz, — powtórzyła pani Paul surowo.
— Lecz, moja Paul, — zawołała Irena uderzając o ziemię nóżką, z zachwycającém oburzeniem się, wiesz dobrze że teraz nie sama już płakać będę, i że niebędę już chorować, kiedy go będę widywała codziennie.
Dobra guwernantka spojrzała na mnie rozczulona. Uściskałem serdecznie Irenę, i rzekłem jej: — Ależ wytłumacz mi, moje dziecię, dla czego doznajesz tak wielkiéj przyjemności z widzenia mnie?...
— Sama tego nie wiem, — odpowiedziała wznosząc ramiona i wstrząsając swą piękną główką, z wyrazem naiwnéj niewiadomości. — kiedy na mię patrzysz, nie mogę się wstrzymać aby nieposkoczyć ku tobie,.. Twoje oczy mnie przyciągają... a kiedy na mnie przestaniesz patrzeć, to czuję że imnie tu cóś boli. — I kładła rączkę na sercu. — A w nocy, widzę cię przez sen, wraz ze mną i aniołami, tam, wysoko... — I podniosła mały swój paluszek i wielkie swe oczy ku niebu z uroczystością... Potém, dodała z westchnieniem: — Prócz tego jesteś tak dobry jak Iwan...
Niemogłem się wstrzymać od wzdrygnięcia...
Pani Paul, zapewne uwiadomiona o téj tajemniczéj awanturze, zawołała: — Mościa Panno, proszę pamiętać na to, co Pannie Mama powiedziała.
Lecz, pogrążona w swych myślach, i zdając się niesłyszeć uwagi uczynionéj przez guwernantkę, Irena mówiła daléj:
— Tylko, kiedy mi się śniło o Iwanie i o aniołach... niewidziałam nigdy mojéj matki... tam, wysoko; lecz teraz, kiedy śnię o tobie... matka moja zawsze jest z nami... i powiedziałam też to mojéj matce! — dodała poważnie Irena.
Pani Paul spojrzała znowu na mnie, zalała się łzami, i zawołała: — Ach! Panie! najbardziéj się tego lękam że to dziecię żyć nie będzie... Jéj piękność, powaga, podobnie jak jéj myśli i charakter, są nad jéj wiek... nienależą do tego świata. Czy uwierzysz, że prócz do Księżny Pani, do Pana i do mnie, do nikogo o tém niemówi, co nam teraz powiedziała?... Księżna Pani zaleciła aby nikomu niepowiadała że Pana tutaj widzieć będzie, i jestem aż nadto pewna że nigdy tego niepowie... Ach! Panie, codziennie błagam nieba aby nam zachowało tę dziecinę.
— I zachowa ją, wierz temu! dzieci milczące i myślące są zwykle marzącemi i nieco egzaltowanemi; niema w tém nic dziwnego... uspokój się... No, bądź zdrowa, Ireno; a Pani Paul niechaj będzie tak grzeczna i upewni Księżnę de Fersen o mojem dla niéj uszanowaniu, niechaj jéj powie, jak bardzo jéj jestem wdzięczny za obietnicę którą mi uczyniła przysyłania tutaj codziennie mojéj małéj przyjaciółki.
— Do jutra więc, Ireno, — i uściskałem ją najczuléj.
— Do jutra, rzekła do mnie dziecina, cała uśmiéchająca się szczęściem poważném i tęskném.
Potém guwernantka obwinęła ją w futri, i Irena odeszła, ale się jeszcze pierwéj odwróciła kilka razy i jeszcze mi przesłała rączką pożegnanie....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tak przesądny jak jestem, usposobiony do uczuć tkliwych i egzaltowanych moją miłością ku Katarzynie, rozmowa ta obudziła we mnie uczucia jak najsprzeczniejsze, uczucia zarazem posępne i promieniejące, okrutne i zachwycające.
Byłem szczęśliwy... gdyż dziwne przepowiednie tego dziecięcia, które powtarzała matce, powinny były, jeśli mnie Katarzyna kochała, przypominać mnie codziennie jéj sercu... a głos to jéj dziecięcia najukochańszego, powtarzał jéj bezustannie moje imię!
Prócz tego jeszcze, to zbliżenie fatalne, dziwne, pomiędzy śmiercią Iwana i losem który mógł mnie spotkać, nie miałoż mocno działać na wyobraźnię pani de Fersen, i zwiększać jéj zajęcie ku mnie? Zresztą, jeśli mnie widywała tak rzadko, czyż niewiedziała że ta powściągliwość z méj strony była okrutną ofiarą, którą sam na siebie dla niéj wkładałem? Lecz niekiedy także, przyznać się muszę do téj słabości, wytrwałość Ireny w przepowiadaniu mi mego losu, uderzała mnie pomimowolnie.
Doznawałem pewnego rodzaju odurzenia, straszliwego uroku, dość podobnego do uroku, który zniewala pomimowolnie patrzeć w głąb przepaści, po nad brzegiem któréj idziemy....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Skoro tylko czas nie był ani zbyt zimny, ani zbyt dżdżysty, guwernantka Ireny przyprowadzała mi ją codziennie.
Niezadługo odzyskała najzupełniéj zdrowie.
W piętnaście może dni po naszém pierwszém widzeniu się ze sobą, Irena przyniosła mi wielki bukiet róż mówiąc że to od matki, lecz że na nieszczęście nie były tak piękne jak róże w Kios.
Ta pamięć Katarzyny zachwyciła mnie, gdyż w istocie mówiłem jéj z zapałem o tych czarodziejskich różach.
Odtąd Irena codziennie dawała mi róże; potém, każdego dnia także, powiadała mi po cichu, i z miną tajemniczą, niemyląc się nigdy w niczém, co jej matka miała robić wieczór... czy miała udać się do dworu, na wizyty, lub na teatr.
Dzięki tym powabnym uprzedzaniem pani de Fersen, napotykałem ją często. Udawałem się do niéj najregularniéj w dni, w które przyjmowała gości, widywałem ją więc prawie co wieczór, a ponieważ wśród świata poprzestawałem na oddaniu jéj najpełniejszego uszanowania ukłonu, i powiedzeniu jéj kilku odwzajemnionych ceremonialnych wyrazów, nasze spotkania się pozostały niepostrzeżonemi.
Raz czy dwa oddałem jej poranną wizytę; lecz przypadkiem szczególniejszym, lub z powodu że się wszyscy ubiegali o jéj towarzystwo, nigdy niezastałem ją samą.
Mógłbym ją prosić aby pozwoliła widziéć się ze sobą na osobności, czego pewnie nie byłaby mi odmówiła, lecz, wierny planowi postępowania, jaki sobie utworzyłem, nie chciałem jeszcze prosić ją o widzenie się z nią sam na sam.
A zresztą, uśmiéch, spojrzenie, które przesyłaliśmy sobie wzajemnie wśród tłumu, niewynagradzałyż mi stokrotnie moje powściągliwość i dyskrecyą!
Lecz nadewszystko, któżby oddał najbardziéj uprzedzające, najwidoczniejsze grzeczności, za najlżejszą łaskę, która wszystkim była niewiadomą!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pomimo codziennych stosunków, które zachowałem z panią de Fersen za pośrednictwem Ireny, pomimo zwyczajnéj zamiany kwiatów, (bo co rano także przynosiłem Irenie piękny bukiet róż, które matka jéj nosiła wieczór), nikt się ani domyślał o téj powabnéj poufałości.
Dla większéj przezorności, widywałem się kolejno z Ireną w Tuilleries, w Luxemburg, w Mousseaux, lub na bulwarkach; nieużywałem własnych koni udając się na te schadzki, z obawy aby niezwrócić na siebie uwagi.
Obwijałem się w płaszcz; słowem, miałem upodobanie taką tajemnicą otaczać te schadzki, jak gdyby chodziło o samęże panie de Fersen.
Było to szaleństwo, lecz oczekiwałem godziny, w któréj miałem się widzieć z tém dziecięciem niewinném i skromném, z niecierpliwością miłosną, niespokojną i pałającą; liczyłem minuty, sekundy, lękałem się, spodziewałem, na przemian, słowem, doświadczałem wszystkich najbardziéj rozdrażniających i najrozkoszniejszych niepokojów miłości najnamiętniejszéj...
Bo też tak mi śpiesznie było rozbierać każde słówko, które mi powiedziała Irena, aby w niém poszukać, aby w niém wykryć tajemną myśl jej matki!!... A gdy sądziłem że mogę tłumaczyć tę myśl w sposób czulszy niż zwykle, powracałem do domu z prawdziwym rajem w sercu...
Niewyczerpane skarby miłości skromnéj i czystéj!... mędrcy, ateusze i niedowiarkowie w miłości wyszydzą was zapewne!... Ja sam, przed moim pobytem na wyspie Kios, nigdy bym nie pojął całego ich uroku.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Byłem więc bardziéj rozkochany niż kiedykolwiek.
Pani de Fersen, rządkiem połączeniem przymiotów, nabywała codziennie wielką powagę wśród świata; sama nawet potwarz uwielbiała ją, przechwalała nad miarę, zapewne aby nadać sobie barwę nieparcyalności, która miała uczynić mnie jéj oskarżenia bardziéj niebezpiecznemi.
Widywania się moje z Ireną trwały już blisko od trzech tygodni.
Pewnego wieczora, gdy pani de Fersen przyjmowała u siebie, Książę powiedział do mnie w sposobie zwierzenia się:
— Przenikliwe i lekkie powietrze Paryża zabójczém jest dla myśli poważnych: drbnostki światowe, biorą górę nad rozumem... Czy uwierzyłbyś że żona Cezara staje się bardzo obojętną na interesa państwa? Słowem, czy dałbyś wiarę, że pani de Fersen niedouwierzenia, niedowystawienia sobie, staje się niedbającą o politykę? Czy choć cokolwiek to pojmujesz.
Przybliżając te symptomata do oznak niecierpliwości i niespokojności, które Katarzyna okazała podczas téj długiej rozmowy, którą prowadziłem u niéj z Panią de V***, postanowiłem daléj posunąć to postrzeżenie.
Nazajutrz, na balu u Ambassadora Angielskiego, na którym znajdowała się pani de Fersen, spotkałem Panią de V***.
Cały wieczór zajmowałem się nią jak najmocniéj; i dawałem baczenie na fizjonomię pani de Fersen: niezmieniła się ani na chwilę.
Nazajutrz, obawiałem się, lub raczej miałem nadzieję, że Irena nie przyjdzie o swojéj zwyczajnéj godzinie, lub że może przyjdzie bez bukietu: byłbym widział w téj zmianie dowód gniewu lub zazdrości ze strony pani de Fersen... Lecz Irena i bukiet róż zjawiły się jak zwykle.
Urażony tą obojętnością, chcąc się przekonać czy była prawdziwą, a potém jak najzupełniéj zbić z toru zdanie świata, nieprzestałem jak najwidoczniéj nadskakiwać pani de V***’.
Ta, zachwycona, że wbije klin w głowę ministrowi, i że go będzie mogła nadal utrzymać czujnym i niespokojnym, zachęcała mnie wszystkiemi siłami.
Nazywała ten przebieg srogiéj koketeryi, dorzucać drzewa do ognia....
Otóż ja, z narażeniem stania się polanem, (jakby powiedział du Pluvier), tak dobrze podniecałem pożerczą zazdrość ministra, że po ośmiu czy dziesięciu dniach tego nadskakiwania, ja i pani de V** zostaliśmy straszliwie skompromitowani i zostało powszechnie znaném i dowiedzioném że panowanie lub raczéj niewola ministra skończyła się już najzupełniéj.
I ostrzegłem całą ważność tych śmiesznych pogłosek po minie uprzejméj, dwornéj i poufałéj ministra, który zanadto był człowiekiem światowym, aby miał się okazywać obojętnym lub kwaśnym dla rywala którego mu przypisywano.
To odkrycie objaśniło mnie względem niedorzecznéj płochości mojego postępowania, która mogła nietylko bardzo zmartwić panią de Fersen, jeśli mnie kochała, lecz jeszcze uczynić mi niewynagrodzoną krzywdę w jéj umyśle. Przez instynkt uczułem że zadaleko posunąłem próbę...
Szczególniejsze zdarzenie zwiększyło jeszcze te obawy.
Pewnego wieczora. na koncercie u Lorda V***, długo bardzo rozmawiałem z panią de V***. Znajdowaliśmy się w małym salonie, w którym zrazu kilka osób się zgromadziło; niezadługo wyszły jedna po drugiéj na herbatę, a ja ujrzałem się sam jeden tylko z panią de V***.
Przyczyna mego zapomnienia się była naturalną, pani de V*** uwiadomiła mnie właśnie że list przybyły z Rzymu donosił jéj o przybyciu pani de Pënâfiel do tego miasta...
Podczas téj rozmowy rzuciłem przypadkiem oczy na zwierciadło w którém się odbijały drzwi salonu: jakież było moje zadziwienie gdym postrzegł panią de Fersen. która wlepiała we mnie spojrzenie bolesne.
Wstałem, zniknęła.
Irena przyszła, jak zwykle, ze swoim bukietem róż, i powiedziała mi że matka jéj będzie dziś wieczór w teatrze rozmaitości.
Kazałem jéj powtórzyć podwakroć to objaśnienie, gdyż wybór tego teatru zdawał mi się osobliwszym; lecz, przypomniawszy sobie jak bardzo Książę lubił wodewile, wytłómaczyłem go sobie.
Posłałem wziąść bilet do krzesła, i wieczorem poszedłem do tego teatru.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.