Bez tytułu (Korczak)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bez tytułu
Pochodzenie Koszałki Opałki
Data wydania 1905
Wydawnictwo Księgarnia Powszechna
Drukarz Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Bez tytułu.


Cioteczny brat stryjecznej siostry mojego rodzonego stryja, znając wielkie i niekłamane przymioty mego charakteru, zaasekurował mnie przed laty na rubli tysiąc, mówiąc:

— Niechże ten nicpoń, który straci napewno wszystkie ośm spadków wszystkich swoich ośmiu bezdzietnych krewnych, niech otrzyma po dojściu lat czterdziestu tysiąc rubli. Jeżeli do tej pory nabierze trochę rozumu, będzie miał parę groszy na wygrzebanie się z błota, w które wlezie, jeżeli pozostanie pijakiem, niech i tę krwawicę moją przepije, ale dopiero w czterdziestym roku życia.
Co zrobiłem ze spadkami, to jest osobistą moją sprawą, z której nie mam najmniejszej ochoty publicznie się spowiadać; stanowczo odmawiam wszelkich wyjaśnień w tej kwestji i żądam, żeby mnie o to nie nagabywano ani bezpośrednio, ani pośrednio. Ładna historja sobie, no! Nigdzie chyba ludzie piszący nie są tak natrętnie podpatrywani, jak u nas, a przecież niejednokrotnie już wyjaśniano, że prywatne życie piszącego należy tylko do niego, a tylko dzieła podlegają sądowi ogółu. Więc raz jeszcze powtarzam, że nikt nie ma prawa nie tylko zapytywać mnie, ale nawet czynić domysłów, co zrobiłem z owemi spadkami. Ale przystąpmy do rzeczy:
Przed pięcioma laty tedy ubiegł termin, w którym posiadałem już niekłamane prawo do sumy, na którą zostałem zaasekurowany — skończyłem bowiem lat czterdzieści.
Biorę drżącą ręką polisę i idę po «krwawicę» wyżej wymienionego dobroczyńcy mego.
— Szanowny panie — mówię do urzędnika towarzystwa asekuracyjnego, który niezmiernie grzecznie poprosił, bym zajął miejsce. — Szanowny panie, pragnąłbym...
— He, he! zapewne synka lub (przyjrzał mi się uważnie), może wnuczka, choć pan tak młodo wygląda, może wnuczka pan życzy sobie zaasekurować?
— Nie, panie, jestem kawalerem, uważa szanowny pan, i jeżeli nawet...
— A, to może (spojrzał na mnie przenikliwie) może posesyjkę od ognia?
— I to nie.
— A więc może...
Chcąc przerwać indagację, wyjąłem polisę i położyłem ją na biurku.
— Chciałem odebrać przypadającą mi sumę.
— Ach, ta.. a.. a.. k. Dobrze, ale uważa pan, my nie wiemy, czy pan żyje?
— Ależ żyję, mogę panu zaręczyć, że żyję.
— Nie, panie, pan może się mylić przecież.
Zdębiałem: a może w samej rzeczy? Wahanie swe ukryłem i raz jeszcze zapewniłem urzędnika, że żyję, że jestem tego pewien, że fakt ten najmniejszej nie ulega wątpliwości.
— Ależ panie, raz jeszcze powtarzam, że pan może się mylić. Pan mógł już dawno umrzeć, a pan właśnie może być zupełnie ktoś inny.
— A jakże ja się przekonam? - zawołałem zgnębiony.
— Otóż to właśnie; zaraz panu wyjaśnię: pójdzie pan do rządcy i weźmie pan od niego piśmienne poręczenie, które należy zaopatrzeć w markę i dać do poświadczenia w cyrkule. Następnie napisze pan podanie w formie prośby o wypłatę pomienionej sumy; podanie to zechce szanowny pan zaopatrzyć w mareczkę i podpis stwierdzić u rejenta, następnie przyjdzie pan do nas po informacje co do dalszych kroków.
Możecie sobie wyobrazić, jak spędziłem noc, w jakiej piekielnej niepewności, w jakim strachu szalonym: a nuż dowiem się, że umarłem, że ja nie jestem ja, tylko ktoś inny, który się za mnie podstawił. Tonąłem we łzach i w pocie chłodnym. Oczekiwałem rana z zamarłem sercem, oka zmrużyć nie mogłem. Postanowiłem zapisać część tej sumy na cele dobroczynne, byle przekonać się, że żyję. Kilka razy przebiegała mi przez głowę myśl: «a może darować im tę sumę, i nie wywoływać wilka z lasu». Ale ciekawość ma też swoje prawa.
O świcie dzwoniłem do mieszkania rządcy.
— Panie, błagam pana, daj mi pan świadectwo, że ja nie umarłem, że zamiast mnie nie żyje ktoś inny.
Wiele chwil długich, jak wieczność, minęło, nim zdołałem przekonać zacnego człowieka, że żyję: z początku stanowczo odmówił dania mi świadectwa, potem dopiero udobruchał się i wręczył mi cenny papier.
W dwa dni później uśmiechnięty, rozwiośniony, przestępowałem próg biura towarzystwa asekuracyjnego.
Urzędnik przejrzał papiery, pokręcił głową, uśmiechnął się smutnie i szepnął:
— Tak, panie, mamy już dowód żeś pan nie umarł, ale musimy mieć dowód, żeś pan się urodził.
Stałem jak piorunem rażony.
— Jakto? więc istnieje wątpliwość? więc może okłamywano mnie tylko, i ja żyłem w tej sieci kłamstw i szalbierstwa? O! nikczemności ludzka! — wołałem.
— Ależ uspokój się pan, może pan się urodził, może to prawda, my tylko dowodu na to nie mamy.
Odetchnąłem.
— A jakiż dowód?
— Metryka i książeczka legitymacyjna.
— A no tak, prawda.
Znów noc całą straciłem. Dziś zupełnie otwarcie wyznać już mogę, że obawiałem się nie na żarty. Wprawdzie słyszałem coś o tem, że mam tam gdzieś metrykę, ale nuż w ostatniej chwili przekonam się, że mnie łudzono tylko?
Po wielu kosztownych próbach i wycieczkach, otrzymałem tyle upragniony dowód, że się urodziłem.
Wręczyłem dowód ów urzędnikowi towarzystwa asekuracyjnego z miną, która mówiła: «i cóż? acha?»
Stałem wyprostowany w oczekiwaniu nowego ciosu. Nie dał czekać na siebie zbyt długo.
— Tak, panie, teraz najmniejszej już nie ulega wątpliwości, że osoba, wymieniona w polisie, urodziła się i żyje, ale jakiż my mamy dowód, że tą osobą jest pan?
Wyjąłem bilet wizytowy, dwa kwity lombardowe, brzmiące na moje nazwisko, trzy listy, adresowane do mnie, chustkę od nosa z monogramem, dodając przytem, że pozwalam sprawdzić i inne części mojej garderoby, opatrzone takimże monogramem.
Urzędnik drwiąco patrzał na mnie:
— Nie, panie, my na podobne dowody nie możemy wypłacać pieniędzy. Bilet wizytowy, monogramy i listy, można bardzo łatwo sfabrykować za parę rubli.
Oburzyłem się.
— Panie — rzekłem — torturujesz mnie pan od tygodnia, a dziś robisz mnie pan oszustem, kalasz pan latorośl znakomitego rodu. Tego już zawiele, postępujesz pan niegodnie.
Wysłuchał przemowy mojej cierpliwie.
— Tak — rzekł — rozumiem gniew pański i współczuję z panem, ale ja wymagam to tylko, czego odemnie żąda moja zwierzchność.
— Jakże ja panu dowiodę, że ja — to jestem ja?
— Drobnostka: uzyska pan podpis sześciu obywateli miejskich i czterech ziemskich.
— Skąd ja ich wezmę?
— Nie wiem, postaraj się pan. To już ostatnia formalność. Suma natychmiast zostanie panu przez kasjera wypłaconą. A przy wypłacie da pan tylko pokwitowanie, poświadczone przez rejenta, i koniec.
Ze zdwojoną energją wziąłem się do pracy... Objechałem pół Królestwa, całą Warszawę, ale w trzy tygodnie niespełna, wydawszy na jazdy około stu rubli, posiadałem żądaną liczbę podpisów.
— Ślicznie — zawołał urzędnik, przeglądając akta mej sprawy (około trzech liber papieru) — teraz pan zechce przedstawić nam poświadczone przez rejenta dowody, że tych dziesięciu obywateli — jest w rzeczy samej obywatelami, że się urodzili i że nie umarli jeszcze.
— Ależ panie, to niemożliwe! — zawołałem z rozpaczą, graniczącą z obłędem.
— No tak, przyznaję, że to — jest dość przykre, ale niechże pan sam przyzna, że towarzystwo nie może ufać podpisom ludzi, których nigdy nie widziało, o których istnieniu nic nie wie. No, racz pan przyznać.
— A no tak, ma pan słuszność, ale bądź co bądź...
Rzuciłem posadę, którą miałem, aby módz oddać się niepodzielnie sprawie tak ważnej i wymagającej tak wiele czasu i zabiegów. Szło mi to teraz łatwiej, dzięki doświadczeniu.
W cztery miesiące miałem już żądane dowody, które dwoma wozami frachtowemi sprowadziłem do towarzystwa. Bo trzeba wiedzieć, że urządziłem się nad wszelki wyraz dowcipnie, uzyskując dowody tych, którzy podtwierdzali podpisy, a znów wszelkie legitymacje tych, których podpisy znajdowały się na dowodzie złożonym przezemnie, potwierdzone były przez osoby, których papiery także na wszelki wypadek zgromadziłem.
Miałem jeszcze trochę kłopotu z papierami mego dobroczyńcy, musiałem złożyć akt urodzenia i zejścia, kopję testamentu, dowody o bezdzietności wszystkich moich spadkobierców, dowód, że sam nie mam ani dzieci, ani wnuków, ani prawnuków. Ale to jest już drobiazgiem: łatwiej dowieść, że ktoś nie istnieje wcale, niż że urodził się, nie umarł i że on jest właśnie ten sam.
Bądź co bądź, za miesiąc suma moja ma mi być wypłacona. Otóż, bogaty w doświadczenie, wybrałem sobie, jako sposób zarobkowania na przyszłość, przeprowadzanie formalności wstępnych przy odbiorze sum od towarzystw asekuracyjnych.


Janusz Korczak - Koszałki Opałki znak.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.