Czasy saskie, Stanisław August Poniatowski/Ostatnia elekcja

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Czasy saskie, Stanisław August Poniatowski
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1912
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Ostatnia elekcja.

Na polu pod Warszawą stanęły znowu województwa na miejscach swych, w porządku, bardzo strojne — ale nieliczne. Gdzie roiło się tysiące szlachty, tam zasiada dziś kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu czasem. Niema sporów i gwaru, — przybyli spokojnie, oczekują w milczeniu na pytanie, odpowiedź najwidoczniej będzie jedna: z tych, co przybyli, nikt nie wątpi o tem.
Oto nadjeżdża prymas w złocistej karecie, w cztery konie z czubami złocistemi, mieni się uprząż od drogich kamieni, lśni od złota i klejnotów jego świta.
Zatrzymuje się przy województwach, staje przed każdą ziemią, pyta: kogo życzą na króla.
Z każdej gromadki występuje paru i oznajmiają zgodnie, że w imieniu wszystkich obierają Poniatowskiego Stanisława.
I nigdzie sporu, nigdzie innego imienia, jak gdyby wszystko było ułożone, jakby w tych kilku ustach spoczywała obmyślona przedtem wola całego narodu.
Prymas wszedł na wzniesienie i raz jeszcze pyta po trzykroć, czy nikt się nie sprzeciwia, by ogłosił królem Stanisława Poniatowskiego.
Milczenie. Więc wymawia uroczyste słowa — i elekcja skończona.
Rozjeżdżają się wszyscy, — krótko trwała dziś ta ceremonja, — pole puste, kraj ma nowego pana.
Rozmaicie odbywały się dotąd elekcje: były poważne i zgodne, były bardzo smutne, gdy płynęła krew bratnia, — takiej nie było nigdy.
I możnaby się cieszyć z tego porządku i zgody, gdyby one wypływały z własnej woli, ze zrozumienia, że tak być powinno. Ale niestety, cała tajemnica tej niezwykłej jedności — to rosyjskie wojska, stojące opodal.
Silny sąsiad rozkazał obrać króla Stanisława, więc obrano go zgodnie. Niewielu na ten obiór przyjechało, bo i pocóż przyjeżdżać, jeśli za głos i podróż nikt nie płaci?
Tak skończyła się »wolna elekcja«, na nieszczęście kraju wymyślona, którą już Batory i Zamoyski chcieli zmienić, a szlachta z takim uporem broniła.
Broniła, bo przekonała się prędko, że to łatwy zarobek.

W elekcji każdy swego kandydata broni,
Wszyscy na koń siadają, i podług zwyczaju
Zaraz panowie partje formują po kraju:
Ten mówi do mnie z miną rubasznie przyjemną —
»Kochany, panie Piotrze, proszę, bądź waść ze mną!
Między nami tę wioskę weź niby w dzierżawę«.
Drugi żebym był za nim, puszcza mi zastawę,
Ten daje sumę, i tak się człowiek zapomoże.
Prawda, z tego wszystkiego do czubów przyjść może,
I tak było po śmierci Augusta wtórego:
Ci bili Sasów — owi bili Leszczyńskiego,
Palili sobie wioski; no, i cóż to szkodzi?
Obce wojsko jak wkroczy, to wszystkich pogodzi.
Potem amnestja, panom buławy, urzędy,
Szlachcie dadzą wójtostwa, obietnice, względy —
Nie byłoż to tak dobrze?[1]


A może chcemy wiedzieć, dlaczego Rosja popierała elekcję Stanisława Poniatowskiego?

Poprosili ją o to panowie.
Książęta Czartoryscy, Michał i August, bardzo rozumni ludzie i kraj kochający, patrząc ze smutkiem na to, co się dzieje, postanowili wreszcie ratować ojczyznę: wziąć władzę w swoje ręce i porządek przywrócić.
Ale jakże wziąć władzę? Chociaż są możni, silni i bogaci, chociaż mają najlepsze chęci, nie przekonają wszystkich i nie zmuszą do posłuszeństwa. Więc muszą sobie poszukać pomocy: sprzymierzeńca tak potężnego, żeby mu nikt nie ważył się sprzeciwić.
Wtedy zniosą wolną elekcję, zrywanie sejmów, wszystko, co do zguby wiedzie.
Najlepszym sprzymierzeńcem wydała im się Rosja. Zna sprawy polskie i mieszała się do nich nieraz, łatwo będzie się porozumieć. Piotr Wielki godził króla z konfederatami, Augusta III Rosja osadziła na polskim tronie, dlaczegóż nie miałaby teraz osadzić Adama Czartoryskiego, syna księcia Augusta? Potem obydwa państwa zawrą z sobą przymierze i będą się nawzajem wspierały w potrzebie.
Przedstawili swe plany cesarzowej Katarzynie II i prosili jej o poparcie.
Katarzyna II przyjęła ich prośbę życzliwie, pomoc swą przy elekcji obiecała, lecz na króla polskiego przeznaczyła nie księcia Adama, tylko siostrzeńca książąt, Stanisława Poniatowskiego, który lepiej jej się podobał.
Zmartwili się Czartoryscy, bo siostrzeńcowi nie ufali: młodzieniec był wykształcony, ale bez charakteru. Co to za król z niego będzie? Nie mogli jednak tego zmienić. Pocieszali się myślą, że zostaną jego doradcami. Obiecywał ich słuchać, ale czy dotrzyma?
Wobec wyraźnej woli cesarzowej elekcja — jak widzieliśmy — odbyła się spokojnie.
Lecz na młodego króla patrzano niechętnie, nieufnie, źle wróżono z każdego kroku:
Koronacja w Warszawie? Nigdy tego nie bywało! Wszyscy królowie dotąd koronowali się zawsze w Krakowie.
Gorzej jeszcze — król Stanisław odrzucił strój polski: w sukni francuskiej wystąpił przy obrzędzie koronacyjnym: krótkie spodnie, pończochy, trzewiki ze sprzączkami, krótki kaftan, koronki i peruka — to następca Chrobrego i Wielkiego?
I nowa bieda: korona za wielka! Musiano ją podwatować, ale i tak zsuwała się ciągle na czoło, prawie na nos. Stanowczo nie do niej stworzony.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Julian Ursyn Niemcewicz, Powrót posła, Akt III, scena V.