Dwaj Przyjaciele (Korotyńska, 1938)

>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Dwaj Przyjaciele
Podtytuł Powiastka
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 156
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wyd. 1938
Druk „SIŁA“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA



E. KOROTYŃSKA
DWAJ PRZYJACIELE
POWIASTKA


WYDAWNICTWO KSIĘGARNI POPULARNEJ
w WARSZAWIE
Printed in Poland
Druk. „SIŁA“ Warszawa





Wiosna, piękna cudna wiosna nadeszła! Cieszą się nią wszyscy: starzy, młodzi, bogaci i nędzarze...
Ustroiła się, jak panna młoda w biel pierwszego kwiecia i, jak ona młodością, tak wonieje zapachem pękających liści drzew leśnych i wysuwających się z trawy fiołków.
I w sercu małego chłopczyny, który szedł ścieżką, rozkwitała wiosna, jaśniała na twarzy radość i beztroska.
Jaś był sierotą. Najpierw umarła mu matka, potem ojciec. Sam jeden został na świecie. Nie pozostawili mu nic, więc nie miał niczego.
Tylko to, co na sobie... Świtka cała w łatach, spodeńki za krótkie i kapelusz słomiany własnej roboty.
Dobrzy ludzie dali mu kęs chleba i pobłogosławili na drogę.
— Idź, Jasiu — rzekli — nic ci więcej nad tę kromkę chleba nie damy, gdyż jesteśmy ubodzy. Bądź uczciwy i pracowity, a znajdziesz robotę i nie zginiesz.
Szedł więc Jasio w świat, a, że piękna była wiosna, więc wesoło mu było i radość jaśniała na twarzy. Cóż z tego, że grosza nie miał w kieszeni i nie wiedział, czym żywić się będzie...
A dlaczego nie pozostał na wsi, dlaczego nie zgodził się do pasania gęsi lub owiec? Miałby wtedy choć marne jedzenie i dach nad głową?
Oto — Jasiek pragnął nauki... Miał lat 10, umiał czytać i trochę pisać, rachował już dobrze, ale na dalszą naukę nie miał co liczyć. Chyba, że w świat pójdzie, gdzie są ludzie dobrzy, którzy pomagają ubogim uczniom i gdzie są szkoły.
Szedł więc do Warszawy. Daleko do niej było, ale ufał Bogu, że go doprowadzi i ubogi, w połatanej odzieży szedł z nadzieją w sercu i śpiewał.
Zmrok nastał, las się skończył, a on biegł prawie, aby dotrzeć do jakiego domostwa przed nocą.
Jak złote fale chwiały się zboża, rozległe przed nim słały się łąki, ale nigdzie ani chatki, ani człowieka.
— To nic! położę się w zbożu — myślał chłopiec — prześpię się trochę i wstanę o wschodzie słońca, a może natrafię na ludzi.
Tak też i zrobił. Umęczony paromilową drogą, ułożył się z przyjemnością wśród zbóż, koło wąskiej ścieżki, aby nie gnieść pełnych już kłosów.
Wnet ukołysały go do snu fale zboża i ćwirkanie usypiających ptaków, a łagodne szmery wietrzyka szeptały mu do ucha: — Śpij, Jasiu sieroto, śpij!
Leżał tak już wiele godzin uśpiony, aż blask słońca obudził go nagle. Wschodziło majestatycznie i po królewsku darzyło promieniami przyrodę.
Lecz co to? okrzyk strachu wyrwał mu się z piersi! Ktoś leżał koło niego i głośno sapał i jakby się skarżył.
Przerażony zerwał się i spojrzał.
Przytulony do murawy leżał pies.
Wychudzony, jak szkielet, żałosnymi oczami patrzał na chłopca.
Chciał się jakby podnieść i uciec. Krzyk bowiem chłopca zdawał się mu być wołaniem, żeby odszedł. Ale siły wygłodzonego zwierzęcia nie dały mu tego uczynić i opadłszy z powrotem na trawę skomlił tylko żałośnie i wzrokiem podobnym do ludzkiego błagał Jasia o litość.
— Aha! toś ty biedniejszy ode mnie — rzekł chłopiec, i ułamawszy kawałek chleba dał biednemu stworzeniu.
Złapał i pożarł, zbierając najmniejsze okruszyny, tymczasem Jasio przygotowywał mu drugą porcję chleba.
Pies uniósł się zwolna — nabrał siły i liznął chłopca w rękę.
Był to pies z rasy wodołazów.
Łapy miał połączone błonami, a siwo-popielata sierść, niegdyś pewnie jedwabista, teraz zmiętoszona była i skudłaczona.
Zabłądził widocznie podczas swych wędrówek po stawach, lub zginął w czasie wycieczki z panem. Nie mógł być włóczęgą bezdomnym, dużej bowiem był wartości i musiał mieć pana.
Jaś był litościwy, żal szarpnął jego serduszkiem na widok tego psa-nędzarza.
Dał mu wszystek chleb, jaki posiadał, i pogłaskał po wychudzonych bokach.
— Wędrowałeś widać dłużej niż ja, mój piesku, takeś wychudł, jak szczapa drzewa. I co my będziemy robili? Czym ciebie, nędzo nieszczęsna, nakarmić? Sam nic nie mam, idę na niepewne... No, ale nie opuszczę ciebie, biedaku, chodźmy!
— Hau! hau! — zaszczekał pies radośnie, zrozumiawszy, że ma opiekuna, i biegł, skacząc ku chłopcu i patrząc mu w oczy.
Jasiowi miło było iść z psem, cieszył się, że go uratował od głodowego końca i jedyną jego troską było dotrzeć do jakiegoś domostwa.
— Szukaj piesku chaty jakiej lub dworu, a może dobrzy ludzie nas nakarmią i drogę do Warszawy zechcą wskazać.
Pies, jakby zrozumiał, czego odeń żądają, i biegł coraz szybciej przed chłopcem.
Naraz puścił się pędem i po jakimś kwadransie wrócił, trzymając w pysku dużą trzepoczącą się rybę. Widocznie blisko gdzieś była woda.
Rzuciwszy ją u nóg chłopca, skakać zaczął i poszczekiwać radośnie, czekając na podziękowanie za łup.

— Dobry, dobry piesek, przyniósł mi rybę — mówił Jaś, głaszcząc psa po grzbiecie. — Upieczemy ją i nie będziemy już głodni...
Naraz zadumał się chłopiec.
— Wiesz co? jak cię tu nazwać? Tumry? czy dobrze? godzisz się na to imię? Szczeknąłeś, no to znaczy, że się zgadzasz... A więc, mój Tumry, chcę ci to oznajmić, iż ryby jeść nie będziemy... Aha! jak to zrozumiał! Łeb spuścił do ziemi. No, no, nie martw się wodołazie. Nie będziemy jedli ryby, ale zjemy po kawale kiszki albo kiełbasy... Sprzedam rybę, musi mieć ze dwa kilogramy co najmniej, więc dadzą nam parę złotych, a my za to kupimy kiełbasy... Słyszysz, Tumry?
Pies znał tę nazwę wędliny, nie raz sam chodził do sklepu po żywność dla siebie i zawsze pan jego wymawiał ten wyraz, przywiązywał mu na szyi papier z pieniędzmi i z kartką, co dać mają psu.
Dawali mu zawsze kiełbasę, więc dźwięk słów zachował się w jego pamięci.
Cieszył się więc i skakał z radości, prowadząc swego opiekuna ku stawowi, z którego wyciągnął rybę.
Stanąwszy nad stawem, rozejrzał się chłopiec wokoło i ujrzał zdala domki i chaty, a za nimi ładny sosnowy lasek, u brzegu którego stała podmurowana chata leśnika.
Widać było nawet stojącego ze strzelbą człowieka i wiszące na sznurze przed chatą suszące się skóry.
Człowiek ten miał smutny wyraz twarzy. Oczy zwłaszcza patrzyły w dal, jakby stęsknione i łzawe...
Jaś widział takie smutne oczy, tak patrzał ojciec, gdy zmarła matka Jasia i tak patrzał aż do chwili, gdy w lat parę poszedł za nią do ziemi.
— To musi być dobry człowiek — pomyślał — jemu sprzedam rybę i spytam o drogę.
Szedł powoli, ryba bowiem była ciężka, a on bardzo zmęczony, ale leśnik patrzał w inną stronę, więc go nie spostrzegł.
Dopiero, gdy chłopak odezwał się do niego, pozdrawiając grzecznie, drgnął i zwrócił się ku przybyłemu.
— Dzień dobry, a to czego? i skąd ten szczupak?
— Jestem, proszę pana, Jaś-sierota — odrzekł chłopiec — idę do Warszawy, a tego szczupaka chcę sprzedać, żeby kupić co do zjedzenia.
— Kupić? a czy to twój staw, żeś sobie pozwolił przywłaszczyć rybę, do dworu należącą? Udajesz niewinnego, czy kpisz sobie ze mnie?
— Panie leśniku, nie mów tak, ja nigdy nie brałem nic cudzego... Ach! raz tylko urwałem z nie swego pola rzepę... jeść chciałem.
— Więc skąd masz tę rybę? — pytał łagodniej już leśniczy, patrząc w błękitne oczy chłopca, tak bardzo przypominające mu zmarłego syna.
— Pies przyniósł mi w pysku i położył przede mną na trawie. Pewnie złowił ją w stawie, to wodołaz.
— Jaki pies? gdzie on? — nie dowierzając trochę pytał leśniczy — zmyślasz, mów prawdę!
— Ja nigdy nie kłamię! — bronił się zapłoniony ze wstydu chłopiec — kłamstwo jest grzechem. Hej, Tumry!
Pies gdzieś się zaprzepaścił, ale na wołanie Janka przybiegł z drugą rybą w pysku.
— A widzi pan, że nie kłamię, złapał drugiego szczupaczka.
— Ej, ty rybaku — żartował leśnik, zwracając się do psa — pójdziesz do aresztu za kradzież, nie wykręcisz się lizaniem mi rąk, patrzcie, jaki mądry! Wziął się na sposób, wychudły, jak szkielet, chce więc utyć, łowiąc cudze ryby. No, chodźcie obaj do mieszkania, zjecie cośkolwiek i pogadamy.
Gdy weszli, zdziwiła się najpierw pani leśniczyna, potem postawiła przed Jasiem miskę mleka zsiadłego i talerz dobrze okraszonych kartofli, przyglądając się zmiatającemu z drugiej miski kartoflankę dziwnemu psu z błoniastymi łapami.
Leśnik, wysłuchawszy całej historii życia Janka, postanowił go wziąć do siebie na miejsce zmarłego syna i posyłać do szkół. Co też uczynił.
Pies został również u leśnika, szczęśliwy, że miał dużo wody w pobliżu.
Janek skończył szkoły, został nauczycielem w rodzinnej wiosce, ale zawsze co niedziela jechał do swych przybranych rodziców i dzień cały u nich przepędzał.
Pies dawno nie żyje. Skończył, liżąc rękę Janka i patrząc mu w oczy żałośnie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.