Dzieci pana radcy/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Dzieci pana radcy
Podtytuł Fragment z dziejów małego miasteczka
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom II
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wiek”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Upłynęło lat trzy.
W mieszkanku przy ulicy Ogrodowej niema już naszych dobrych znajomych, nie ma ich też i w Warszawie.
Wyprowadzili się na prowincyę.
Za fundusze otrzymane ze spadku, nabyli w jednem z większych miast gubernialnych posesyę obszerną, z dużym ogrodem, położoną koło rogatek, nad rzeką.
Pani radczyni ma wygodne mieszkanko, umeblowane według jej gustu i upodobania. Zdrowie staruszki poprawiło się znacznie, poprawił się również i humor. Porobiła nowe znajomości, pozawiązywała stosunki i nie było dnia, żeby jej ktoś nie odwiedził.
Na gawędce przy doskonałej kawie, którą namiętnie lubiła, czas jej przechodził wesoło. Szanowano ją, lubiono, miała udział w dobroczynności publicznej, była opiekunką ochrony dla dziewcząt i to jej także sporo czasu zabierało.
Powodów do zmartwień nie miała żadnych. Dzieci mieszkały z nią razem — i jakie to były dzieci!
Czesław zmężniał, wypiękniał, ładny wąsik ozdabiał jego twarz, rozumne oczy patrzyły śmiało a poważnie.
Ukończywszy uniwersytet, poszedł na praktykę ogrodniczą, a teraz na własnym kawałku ziemi pracuje. Stary ogród doprowadza do wzorowego porządku, ciągle go udoskonala i ulepsza.
Skoro świt tylko już jest przy robocie i do późnego wieczora pracy nie przerywa.
Dochody ma ładne i kawałek chleba na całe życie pewny, matka namawia go żeby się żenił, żeby już własną założył rodzinę, ale on się nie śpieszy.
Czyż mu źle tutaj u siebie?
Stasia kwitnie zdrowiem. Zawsze jest uśmiechnięta, wesoła, a czas jej zbiega szybko przy nieustannem zajęciu.
W dwóch pokojach na dole ma warsztat, przy którym kilku ludzi pracuje, a w środku miasta na pryncypalnej ulicy sklep elegancki.
W warsztacie robota nie ustaje, a w sklepie ruch ciągły.
Stasia oto poprostu szewcem jest, obuwie damskie wyrabia. Wyuczyła się tego w Warszawie i obecnie sama zakład prowadzi.
To jest jedynem zmartwieniem radczyni, że nad sklepem wisi wielka deska z napisem: Stanisława Lubicz, ale i z tem nieszczęściem trzeba się było pogodzić.
Czasem, gdy się kilka znajomych pań zejdzie i gdy zaczną o czasach dzisiejszych rozmawiać i nad zmianami różnemi ubolewać, pani radczyni kiwa smutnie głową i mówi wzdychając:
— Mąż mój nieboszczyk był radcą stanu.... a córka....
Stasia się śmieje w takich razach i zapewnia matkę, że jest także radczynią i rzeczywistą nawet, gdyż rzeczywiście radzi sobie na świecie.
Pan Kazimierz już jej nie prześladuje prośbami o przebaczenie i afektów swoich nie oświadcza, bo znalazł inną, która go uszczęśliwiła sercem i pożądaną ilością gotówki.
Jest jesień, piękna złota jesień pogodna i ciepła.
W ogrodzie drzewa się gną od owoców, ciężkie grona winne wychylają się z pod liści malowniczo z sobą splątanych.
W kółku naszych znajomych jest gwarno i wesoło.
Państwo inżynierowie z dziećmi przyjechali po kilku latach rozłączenia, aby strony rodzinne zobaczyć.
Radczyni wnukami nacieszyć się nie może. Szczęśliwe one, wesołe jak ptaszęta, wszystko je bawi i zajmuje.
Babcia obdarza je pieszczotami i zabawkami.
Pani Janina zmizerniała i pobladła. Ciągle jest wzruszona i zapłakana. Pobyt w odległych stronach, a raczej tęsknota za swoimi, podkopała jej zdrowie.
Teraz czuje się jakby ją nagle w inny świat przeniesiono; otwiera okno żeby usłyszyć rozmowę przechodniów, pochwycić nutę jakiej piosenki i śmieje się jak dziecko do drzew, do kwiatów, do wody, co się w rzece srebrem przelewa.
Tak ją wszystko przejmuje, że co chwila płacze.
Pan inżynier ma ją zawieźć do Warszawy albo Wiednia, żeby się jakiego znakomitego neuropaty zaradzić. Stasia twierdzi, że najlepiejby było dla siostry w rodzinnych stronach zamieszkać, ale to niemożebne, ponieważ pan Adolf miliona jeszcze nie zrobił.
On sam, przez te kilka lat odmienił się także. Urosła mu ogromna broda, która z dumą rozkłada się na szerokich piersiach, utył na potęgę, akcent mowy zmienił i jeszcze jest okazalszy, poważniejszy niż przedtem.
Miliona jeszcze nie ma, lecz głowę już tak nosi, jakby go oddawna posiadał.
Proszony przez żonę, aby się do matki i rodzeństwa w odwiedziny wybrał, zgodził się na to, ze względu na zdrowie pani Janiny, która coraz bardziej szczupłą i mizerną się stawała.
Ustąpił więc jej prośbom, może nietyle z przywiązania i miłości dla niej, ile z obawy, że może stracić kobietę, nad którą pokorniejszej, potulniejszej i bardzo wszelkim jego grymasom dogadzającej, nie znalazłby na świecie.
Pojechali więc.
Przybywszy na miejsce, powitał matkę żony i rodzeństwo z powagą i z pewnym protekcyonalnym uśmiechem, jakby nigdy nic pomiędzy nimi nie zaszło, a że pomieszczono go wygodnie, a obiady miał doskonałe, więc nawet dobry humor i zadowolenie okazywał.
Pewnego dnia, przy święcie, gdy już czas pobytu państwa Adolfów u rodzeństwa do końca dobiegał, podano obiad w ogrodzie, w altanie obwieszonej splotami dzikiego wina.
Czesław jako gospodarz był dla gości uprzedzający i uprzejmy, Stasia ożywiała towarzystwo niezrównanym humorem, na twarzy radczyni promieniał uśmiech szczęścia.
Nawet pani Janina, choć ją myśl blizkiego już odjazdu przerażała, zapomniała na chwilę o swej trosce, w tem gronie rodzinnem szczęśliwą się czuła.
Po obiedzie Czesław przyniósł koszyk wybornych owoców i butelkę starego wina.
Pan inżynier był bardzo zadowolony, doskonały obiad i wino usposobiły go nawet do wynurzenia czułości.
— Słuchaj, panie Czesławie — rzekł, — bywało to pomiędzy nami rozmaicie....
— Jakto?
— A no, przyznaj, że nigdy do mnie nie miałeś sympatyi.
— Ależ co znowu!
— Nie zaprzeczaj. Ani ty, ani Stasia...
— Ah! już co do mnie...
— Tak jest nie lubiliście mnie, a jednak ja chciałem zawsze waszego dobra. Jeżeli nie wierzycie, to spytajcie Janinki, ile razy zajmowały mnie myśli o waszym losie. No czyż nie tak moja żono?
— Tak, w samej rzeczy — rzekła pani Janina, — Adolf was bardzo kocha, a chociaż niekiedy bywa przykry...
— Że też przez tyle lat pożycia naszego nie nauczyłaś się jeszcze rozróżniać, co to jest być dla kogo przykrym, a co zachowywać odpowiednią do stanowiska swego godność i powagę! Ja nietylko dla twego rodzeństwa, ale nawet dla moich podwładnych, dla ludzi zależnych odemnie, nigdy przykry nie jestem, zachowuję się tak, jak tego moja godność i stanowisko wymaga. Cóż chcesz? Przecież nie mogę wdawać się z nimi w żarciki i dowcipki.
— Słusznie, słusznie — odezwał się Czesław z lekkim odcieniem ironii. — Powaga przedewszystkiem.
— Tak, powaga i obowiązek. Gdy wszyscy pełnią obowiązki swoje, a raczej gdyby wszyscy swoje obowiązki pełnili, byłby na świecie idealny ład i porządek.
— Bagatela, gdyby wszyscy...
— To jest właśnie mój ideał ustroju społecznego. Jedna część ludzkości, ma się rozumieć znacznie mniejsza, powinna zarządzać, druga w znakomitej większości, stać wyprostowana jak drut, słuchać i ślepo wykonywać to co się jej każe. To jest moje marzenie.
— A gdyby cię los postawił wśród większości? — zapytała Stasia — czy miałbyś te same przekonania?
— Rzecz naturalna, że tak, tylko przez sumienne, ślepe wykonywanie zleceń danych mi przez zwierzchników, starałbym się wydobyć z większości, która słucha i dostać się do szeregów mniejszości, która rozkazuje, ale odeszliśmy od przedmiotu. Wszcząłem tę rozmowę dlatego, aby przekonać was, że zawsze o was myślałem.
— Któż o tem kiedy wątpił — zawołała radczyni.
— Byli tacy. Czesław naprzykład...
— O mój panie Adolfie, dajżesz pokój. Jesteś mężem naszej siostry, jesteś naszym gościem, pragnąłbym przyjąć cię jak najserdeczniej, a ty wszczynasz kwestye, o których lepiej by nie mówić.
— Ale...
— Ale pozwól. Podoba ci się to wino?
— Doskonałe! Od wielu lat nie miałem w ustach takiego nektaru.
— A więc jeszcze jeden kieliszek!
— Zgoda! Pić dobre wino to jest także do pewnego stopnia obowiązek, ale widzisz Czesławku kochany...
— Co?
— No ja wam zawsze mówiłem, to jest tobie i Stasi, że praca jest podstawą bytu człowieka. Czy tak?
— Zdaje się.
— Zawsze wam mówiłem, że nie należy oglądać się na cudzą pomoc. Nie mam pretensyi do wdzięczności, ale musicie przyznać, że dobrobyt i stanowisko, zawdzięczacie moim życzliwym radom. Zawsze byłem zwolennikiem pracy ręcznej połączonej z wykształceniem pracownika i jestem dziś szczęśliwy, widząc, że moje nauki, moje wskazówki, moje rady wydały tak błogie owoce...


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.