Dzieci pana radcy/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Dzieci pana radcy
Podtytuł Fragment z dziejów małego miasteczka
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom II
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wiek”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


VII.

Przyszła wiosna z całem bogactwem słonecznem jasności, kwiatów i zieleni.
Rozśpiewały się ptaszęta w gajach, rozmodlił się zawieszony w powietrzu niby szara plamka skowronek, powróciły białe bociany do gniazd dawnych i cała ziemia przybrała szatę nową, usianą kwieciem, woniejącą balsamem lasów, obsypaną brylantami rosy.
Ludzie wiejscy uwijali się po polach, a i w miastach także ruch powstał i z murów zatęchłych wysypał się rój dziatwy żądnej słońca, powietrza i biegania.
W ogrodach, na spacerach publicznych było gwarno, wszyscy witali pożądane, upragnione uśmiechy wiosny.
Pan inżynier pojechał za granicę.
Plenipotent, któremu windykacyę spadku powierzył, zbywał go niejasnemi, lakonicznemi odpowiedziami co do sprawy samej, a pieniędzy na jej prowadzenie wciąż żądał. W kołach znajomych zaczęły kursować niepożądane pogłoski, które sobie ludzie z waryantami różnemi podawali.
Jedni twierdzili, że się Lubiczowie z praw swoich do spadku wylegitymować nie mogą, drudzy utrzymywali, że sam spadek jest fikcyą, inni, że plenipotent sprzeniewierzył się i z sumą podniesioną do Ameryki drapnął, a wszyscy śmiali się z zagranicznych wujaszków, a bardziej jeszcze z siostrzeńców, co się już spodziewanemi milionami cieszyli.
Widocznie, na szczęście Stasi, gdyż matka, przez pana Adolfa namawiana, ciągle nalegała, jakieś echo tych pogłosek do uszu pana dyrektora dojść musiało, gdyż wizyty jego były coraz rzadsze i więcej wynikały ze służbowych stosunków, aniżeli z osobistego dla pana Adolfa afektu; dyrektor wprawdzie ilekroć przyjeżdżał, stawał w jego mieszkaniu, gdzie miał pokój wygodny, obiady doskonałe i partyjkę wista wieczorem, ale na Stasię nawet uwagi nie zwracał. Kłaniał jej się wchodząc i wychodząc, przy obiedzie kilka słów potocznej rozmowy zamienił, dziękował gdy zagrała lub zaśpiewała, był uprzejmy w miarę, jak konwenans światowy nakazuje, ale nadto nic więcej.
Takie postępowanie uspakajająco wpłynęło też i na Stasię, która od rozmowy ostatniej z matką pomizerniała, posmutniała i nie miała innej pociechy nad korespondencyę z bratem, coraz bardziej ożywioną i częstszą.
Miarkując że ludzie coś mówią, widząc pewną zmianę w postępowaniu niektórych, co się już przed spodziewanemi jego milionami płaszczyli, pan Adolf postanowił poświęcić się dla dobra rodziny i pojechać za granicę, ażeby osobiście rzecz zbadać i raz nareszcie niepewnościom koniec położyć.
Interesa rodziny pan inżynier brał tak dalece do serca, że się to aż na jego zdrowiu odbiło.
Ciągły niepokój, niepewność, jakaś gorączka wewnętrzna, trapiły go, gdyż pomizerniał, pobladł i ciągle był w stanie rozdrażnienia nerwowego.
Zły humor był jego nieodłącznym towarzyszem, co się też dobrze dawało we znaki podwładnym. Odetchnęli też z głębi piersi gdy odjechał i cieszyli się szczerze, że przez miesiąc przynajmniej, bo na taki czas urlop sobie wyjednał, będą mogli pracować spokojnie, niepotrzebując znosić wybryków kwaśnego humoru pana inżyniera.
Pierwszy list otrzymała pani Janina z Wiednia. Donosił w nim, że czuje się bardzo zmęczonym podróżą i nietęgim na zdrowiu, że zasięgał rady jakiegoś znakomitego doktora, który mu spokój i wypoczynek zalecił. Naturalnie z owej rady pan Adolf korzystać nie mógł, gdyż obowiązek jest pierwszy niż zdrowie, a obowiązek kazał jechać dalej i poświęcać się dla dobra rodziny.
Wzruszona do głębi serca małżonka natychmiast wystylizowała odpowiedź, zaklinając go na wszystko, aby o obowiązkach chociaż na jakiś czas zapomniał i korzystając ze sposobności, z urlopu, z wolnego od zatrudnień służbowych czasu, przedewszystkiem cenne swoje zdrowie, ten najcenniejszy skarb dla rodziny, społeczeństwa i kraju zachował.
Drugi list przyszedł w tydzień później, a datowany był już z Paryża.
Radczyni spojrzawszy na pieczątkę pocztową, była niezmiernie ciekawa dowiedzieć się, co też zięć o spadku donosi, ale list był lakoniczny.
W kilku wierszach pisał pan Adolf, że przyjechał względnie szczęśliwie, że czuje się chorym i osłabionym jak poprzednio, że długa podróż bardzo go nuży.
O interesach nie było w liście ani słowa.
Później przez całe dwa tygodnie trwało milczenie, które bardzo niepokoiło panią Janinę.
Napisała też do męża kilka listów, te jednak pozostawały bez odpowiedzi; przypuszczano, że albo zasłabł, albo tak jest zajęty interesami, że niema czasu na pisanie.
Dopiero po dwóch tygodniach list nadszedł i zawierał między innemi takie wiadomości:
„Zawsze źle wychodziłem wdając się w sprawy twojej rodziny, moja żono — i tym razem stało się podobnie. Okrzyczana wasza sukcesya, jest to rzecz bagatelna, jak dla mnie, nie warta zachodu i straconego czasu. I u was w domu tak było, udawaliście wielkich panów, nie mając grosza przy duszy, dziś udawałyście milionerki, mając ledwie kilkanaście tysięcy w sperandzie. Stało się już. Teraz potrzebuję myśleć o tem, żebym ja przynajmniej sam dla waszych pięknych oczu nie był zmuszony tłomaczyć się przed ludźmi i opowiadać wszystkim i każdemu historyę waszego kuzyna niedołęgi, który zgromadziwszy znaczne kapitały, potrafił je tak doskonałe umieścić, że ich teraz sam dyabeł nawet nie wydobędzie. Co do mnie, rozpoczęłem odpowiednie kroki o tranzlokacyę na inną linię kolei i mam zamiar wprost z zagranicy udać się na nową posadę. Bądź więc przygotowaną do wyjazdu, a z chwilą otrzymania następnego listu, poślij do stolarza, żeby upakował rzeczy. Naturalnie, aczkolwiek zawsze byłem i jestem bardzo uprzejmy i względny dla twojej rodziny, jednak ani matki, ani Stasi na nowe miejsce zabierać z sobą nie mogę, gdyż ostatecznie sam nie wiem, jak się urządzę i jakie będę miał mieszkanie. Trzeba więc dyplomatycznie dać tym paniom do zrozumienia, żeby pojechały napowrót do Warszawy. W jaki sposób masz to uczynić, pozostawiam twojej domyślności.“
Pani Janina przeczytawszy list, zamknęła się w swoim pokoju i zaczęła płakać.
Może nietylko bolał ją doznany zawód pod względem materyalnym, gdyż chciwości w charakterze swoim nie miała, a dobrobyt jakim była zawsze otoczona, nie kierował jej myśli w sferę pragnień i pożądań opierających się na bogactwie. Żal jej było miejsca, ludzi do których przywykła, lękała się nowych stosunków i znajomości, straszyła ją myśl przeprowadzki, stracenia tych wszystkich gratów, wśród których kilka lat spokojnie przepędziła.
Nadto bolała ją myśl rozstania się z matką i siostrą. W ich towarzystwie odżyła, czuła się spokojniejszą, weselszą. Podczas ich pobytu dom stał się więcej ożywionym i przyjemniejszym.
Teraz niespodzianie miała się z niemi rozstać.
Przywykła do biernego wykonywania wszystkich życzeń męża, nie pomyślała nawet o opozycyi, o wyjawieniu własnego zdania.
Adolf tak postanowił i tak będzie.
On przecie ma rozum, wie co robi i wie zapewne dlaczego robi tak a nie inaczej.
Zalecił aby matce i siostrze dać do zrozumienia dyplomatycznie.
Jakto dyplomatycznie? przecież to taka prosta rzecz. Wyprowadzamy się lada chwila, tu będzie nieład, rujnacya, zamieszanie, a więc!...
Obmyśliła tedy pani Janina, że najdyplomatyczniej będzie pokazać matce i Stasi list pana Adolfa w oryginale.
Tak ją zajmowała myśl o wyjeździe i przeprowadzeniu się, że zapomniała, iż w liście znajdują się pewne wyrażenia, których byłoby dyplomatyczniej nie pokazywać.
Ale stało się; zakłopotana kobiecina spostrzegła swój błąd wtedy, gdy było już zapóźno.
Radczyni wybuchnęła głośnym płaczem, a Stasia pogardliwie ruszyła ramionami.
— Moja mamo rzekła — trzeba wyjechać natychmiast.
— Jakto zaraz? dziś? — spytała pani Janina.
— A naturalnie, im prędzej tem lepiej. Niechże już raz skończy się ten szereg bohaterskich poświęceń, jakich szanowny twój małżonek dla dobra naszej rodziny dokonał.
— Ale Stasiu kochana, uwzględnij, że on to pisał chory, rozżalony, i może mimowoli...
— Masz słuszność, mimowoli wypowiedział to co zawsze myślał. Co do mnie, jestem mu szczerze wdzięczna, ponieważ stokrotnie przekładam jawną i otwartą niechęć, nad wszelkie obłudne czułości.
— Surowo sądzisz, za surowo, on przecie taki dobry dla was...
— Pozostawiam ci go też, biedna moja siostro, ciesz się jego dobrocią, bo ta ci już musi na całe życie wystarczyć.
— Widzę że ty i dla mnie serca nie masz.
— To się mylisz. Ja zawsze byłam ci siostrą i zawsze szczerze cię kochałam, ale co do pana Adolfa, rzecz inna. Teraz poznałam go dobrze. Przedstawił się nam takim, jakim rzeczywiście jest, i dopiero teraz sam nie wiedząc o tem, wyświadczył mi prawdziwą, istotną przysługę.
— Ja nie rozumiem, co ty mówisz Stasiu.
— Teraz mam przynajmniej niezwiązane ręce i mogę powrócić do zatrudnienia swego, do pracy, która mi w przyszłości da niezależny kawałek chleba. Wrócę do naszego cichego mieszkanka na Ogrodowej ulicy, gdzie nam było dobrze i spokojnie.
— A czy ci u nas źle było, moja Stasiu?
— Niech to nie obraża twej godności gospodyni domu; i niech nie uraża uczuć siostry; twoją serdeczność i przywiązanie twoje wysoko cenię, ale jeżeli mam szczerze powiedzieć mnie tu dobrze nie było, tembardziej że pobyt mój u was uważałam za chwilowy. Zgodziłam się na przyjazd do was tylko dla matki, dla tych złudzeń, które były dla niej tak miłe. Teraz jestem swobodna. Biedna nasza mama rozczarowała się już zapewne i pan wice-dyrektor pohamuje swoje sercowe zapędy, wrócę na tę dróżkę, którą szłam.
Radczyni płakała ciągle.
— Niech mama nie płacze — pocieszała Stasia radczynię.
— Będziemy razem z Czesławem, przecież nie jesteśmy biedni, ja wiem doskonale, to co otrzymamy wystarczy dla mamy na wygodne życie, a my młodzi zapracujemy na siebie. Czy mama nie ma mnie, czy mama nie ma syna, i jakiego syna! Ja mamę otoczę wszelkiemi staraniami i troskliwością, a Czesław będzie naszym opiekunem. To przecież już nie dzieciak, bo człowiek z charakterem silnym, z sercem dobrem i kochającem, człowiek z przyszłością, a kocha nas obie tak serdecznie.
Niewiele pomogły pocieszenia te i perswazye.
Pani radczyni płakała wciąż, powtarzając ciągle.
— Wszystko przepadło... ostatnia nadzieja. Łudzicie mnie, że są jakieś resztki, ale ja w to nie wierzę, w nic... w nic... wszystko stracone.
Ani pieszczoty Stasi, ani jej słowa serdeczne nie wywierały żadnego skutku.
Radczyni wpadła w stan jakiejś apatyi, zniechęcenia. Nic prawie nie mówiła, nic nie żądała, nie sprzeciwiała się, gdy Stasia na drugi dzień termin wyjazdu postanowiła. Pożegnała się dość obojętnie z córką i wnukami, które przecież tak bardzo kochała i dała się zawieźć na kolej jak małe, chore dziecko, spoglądające na świat obojętnie, bezmyślnie.
Stasia wysłała depeszę.
W Warszawie na dworcu Czesław przybycia matki i siostry oczekiwał, gdy pociąg przybył, pośpieszył drzwi wagonu otworzyć. Stasia z okrzykiem radości rzuciła się bratu na szyję.
Tak dużo oboje mieli sobie do powiedzenia.
Gdy radczyni znalazła się znowu w dawnem mieszkanku na Ogrodowej ulicy, zaczęła płakać i powtarzać, że wszystko przepadło, że ostatnia nadzieja zniknęła.
Próbował ją Czesław przekonać, że jest inaczej, lecz oświadczyła mu wręcz, żeby sobie nie zadawał fatygi.
— Zwodzicie mnie wszyscy — mówiła — teraz już nikomu nie wierzę; nie mówcie mi o sukcesyi, ani o majątku, pozwólcie cierpieć spokojnie i modlić się... żeby mi Pan Bóg prędzej śmierć zesłał, bo już nie mam ani siły, ani ochoty do życia.
Czesław wszakże nie dał za wygraną, pobiegł w tej chwili do mecenasa i poprosił go, żeby osobiście przybył i matkę uspokoił.
Stary prawnik i stary galant zarazem, z tą uprzejmością szczególną, którą się ludzie dawniejszej generacyi odznaczają, przybył nie zwłócząc i tyle komplementów, tyle grzeczności dawnej swojej znajomej naprawił, że potrafił ją ożywić i w dobry humor wprowadzić.
Mówił z nią o nieboszczyku radcy, o dawnych towarzystwach, wspólnych znajomych, o koligacyach i pokrewieństwach Lubiczów, a potem nieznacznie zwrócił uwagę na spadek. Opowiedział radczyni całą niemal biografię owego kuzyna, dzieje jego tułaczki, dorabiania się, wreszcie historyę z owemi wekslami a tak ją umiał zaciekawić i zająć, że słuchała z największą uwagą.
— Zapewne — rzekł, kończąc swoje opowiadanie, — byłoby lepiej, gdyby się wam wszystko dostało, ale trzeba wiedzieć, że i ta resztka nie jest do pogardzenia. Da ona pani spokojny kawałek chleba, aż do najdłuższych dni życia, jeżeli naturalnie ulokowaną zostanie w sposób zapewniający wszelkie bezpieczeństwo.
Radczyni podziękowała staremu przyjacielowi za wiadomość, zapraszała żeby częściej przychodził, żeby pamiętał o niej i żeby lokacyę dla kapitaliku obmyślił.
Od tego czasu zyskała trochę na humorze, ale zdrowie nie dopisywało jej ciągle.
Właściwie nie była to choroba, ale upadek sił, które jednak troskliwa opieka podtrzymywała.
Pan inżynier doprowadził swój zamiar do skutku i żądaną posadę otrzymał. Wyprowadził się bardzo daleko w głąb Rossyi i mając trochę uzbieranych pieniędzy, puścił się na drobne entrepryzy i spekulacye, w nadziei, że dorobi się milionów.
Bez milionów nie wyobrażał już sobie życia i postanowił dojść do nich, bądź co bądź.
Kto wie? może i dojdzie, gdyż takie postanowienia silne bywają niekiedy uwieńczane upragnionym skutkiem.
Pani Janina pisała dość często, a w listach jej przebijał żal i tęsknota.
Przysłała w jednym liście swoją fotografię i z niej dowiedziała się Stasia, że oddalenie i tęsknota do ukochanych, prędzej jeszcze niż fizyczne cierpienia, mogą się napiętnować na twarzy.
Czesław kończył kursa, a Stasia chodziła jak dawniej codziennie do pracy.
Białe jej rączki zrobiły się szorstkie i jakby zgrubiałe, ale matka nie wymawiała jej tego.
Może nie dostrzegła, a może też przyszła do przekonania, że czasy się zmieniają, a z niemi i wiele pojęć także.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.