<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Wydawca F. Mildner & Sons
Data wyd. 1942
Druk F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XII.

Jak na polski klimat koniec zimy nie był najgorszy. Przeważnie panowały lekkie przymrozki i dość często pokazywało się słońce. Bywało wietrzno, ale chlapaniny było niewiele.
Z tej pogody korzystał Twardowski, włócząc się z dubeltówką po polu i lesie. Strzelał niewiele, a wiele myślał.
Myślał przedewszystkiem o Culmerze. Nie miał żadnej wątpliwości co do ostatecznej odpowiedzi, jaką mu da po powrocie do Warszawy: ta mogła być tylko jedna. Tak, ale co dalej... Jak wykryć tajemnicę jego stosunków ze stryjem? Po otrzymaniu odpowiedzi ten łotr z nim zerwie, i wtedy już nic się z niego nie wyciągnie. Trudno, trzeba będzie szukać dróg innych.
Żałował, że żądał zwłoki, która przecie na nic przydać się nie mogła. Opanowany myślą wydobycia z Culmera prawdy, potraktował go nie tak, jak był powinien.
Twardowski był skrajnym indywidualistą, Korzystając z niezależności materjalnej, mając swobodę robienia, co mu się podobało, niezmuszony nigdy służyć, wybujał moralnie aż do granic, w których to staje się niebezpiecznem: wyrosła w nim wielka duma, która tylko dzięki niepospolitej jego inteligencji nie wyrodziła się ani w pychę, ani w próżność.
Tę dumę Culmer uraził i musi być za to ukarany.
Twardowski miał świadomość, że coraz bardziej zatraca zimny objektywizm, że zaczynają nim rządzić nieznane mu przedtem namiętności. Czuł niezaspokojone pragnienie walki, nietylko z łotrami, którzy krzywdzili stryja, nietylko z zuchwałym Żydem, który mu w jego przekonaniu ubliżył, ale z kimkolwiek i z czemkolwiek... choćby z żywiołem. Ludzie turowscy dziwowali się, widząc go pewnego dnia brnącego w długich butach i nieprzemakalnym płaszczu pod silny wiatr z deszczem: nie rozumieli, jak ktoś może bez potrzeby włóczyć się w taką pogodę po świecie. Nie wiedzieli, że ta właśnie pogoda była w owej chwili najlepszą kąpielą dla miotanej niepokojem jego duszy.
Nietylko Culmer był sprawcą tego niepokoju. Myśl Twardowskiego nawracała często do panny Czarnkowskiej. Po raz pierwszy jakaś kobieta zajęła tyle miejsca w jego wewnętrznem życiu. Nie unikał nigdy towarzystwa kobiet, mniej lub więcej podobały mu się, nawet pociągały go, ale nigdy tak dalece, żeby sobie powiedział: koniecznie ta, a nie inna. Filozoncznie stwierdzał, że w gruncie rzeczy niewielka jest między niemi różnica. Wobec Wandy zaczynał zatracać tę filozofję, coraz mniej był zdolny myśleć o niej objektywnie. Jakieś niewytłumaczone powinowactwo ciągnęło go do niej i wytwarzało poczucie, że dziewczyna jest ciągle od niego za daleko. Próbował to sobie tłumaczyć zaletami, których coraz więcej w niej odkrywał, ale temu tłumaczeniu sam niebardzo ufał. Zadawał sobie pytanie, czy bardzoby go do niej zraziło, gdyby odkrył w niej jaką wielką wadę, i odpowiadał sobie, że nie. Może dlatego, że uważał to za nieprawdopodobne... Doszedł do przekonania, że o tej dziewczynie nie umie myśleć logicznie, i przestał tego próbować.
Za nielogiczny też uważał swój stosunek do Kozienieckiego. Choć wiedział, że panna Czarnkowska eleganckiego profesora lekceważy, irytowała go jego ciągła obecność u boku dziewczyny.
— Chodzi za nią jak pudel — mruczał z gniewem.
Wyjechał do Warszawy w czwartek i nie ukrywał tego przed sobą, że wybrał ten dzień poto, by pójść do Czarnkowskich. Jednakże robił to nietylko dlatego, że chciał zobaczyć pannę Wandę. Miał nadzieję dowiedzieć się czegoś od pani Czarnkowskiej o stosunkach między stryjem a Culmerem: zerwanie z ostatnim było nieuniknione, więc trzeba będzie gdzie indziej szukać klucza do dręczącej go zagadki. Obmyślał sobie rozmowę na te n temat z przybraną matką Wandy...
Pana Czarnkowskiego na czwartkowem przyjęciu nie było. Po przywitaniu Twardowski przysiadł się do pani domu. Zapytała go, jak spędził te parę tygodni u siebie na wsi.
— Mam wrażenie, że jestem nie u siebie, że stryj ciągle w tym domu mieszka i panuje. Myśl moja co chwila ku niemu nawraca, usiłuje bezskutecznie rozwiązać zagadkę jego życia. Naprzykład, ta wiadomość, którą słyszałem od pani, o jego chorobie...
— To było wielkie nieszczęście — rzekła matowym głosem.
— Proszę pani, to nie była prawda: panią w błąd wprowadzono.
Z panicznym strachem w oczach, jakby kto w nią śmiertelną broń wymierzył, odrzuciła się od niego.
— To nie może być — wyszeptała.
— Oto jest list jego stałego lekarza.
Podał jej list Zemły. Wzięła go drżącą ręką i zaczęła czytać. Twarz jej pokryła trupia bladość. Twardowski zaczął żałować, że dokonał tej operacji w salonie, na czwartkowem przyjęciu. Należało to zrobić w cztery oczy.
Pani Czarnkowska opanowała się. List powoli, pedantycznie złożyła, zwróciła Twardowskiemu i przez chwilę milczała, patrząc w przestrzeń suchemi, twardemi oczyma, jakich u niej nigdy nie widział. Wreszcie z jakąś dziwną energją rzuciła pytanie:
— Jakiż był cel zmyślenia podobnej rzeczy?
— Zgubić go w oczach pani.
— Komuż na tem mogło zależeć i dlaczego?
— Właśnie staram się to wyjaśnić.
Postanowił zaryzykować.
— Pozwoli pani zgadnąć, kto panią okłamał?
— Ten, kto to powiedział, mógł być sam w błąd wprowadzony. Zresztą potwierdzili to inni.
— Nie, on kłamał z całą świadomością, a ci inni byli przez niego nasłani. Był to Culmer.
Nie zaprzeczyła. Twardowski wolniej odetchnął: widział, że zgadł. Teraz nie wątpił, że zdobył sojuszniczkę.
Pani Czarnkowska tylko zapytała:
— Poco to robił?
— Był zajadłym wrogiem stryja Alfreda i postanowił go zniszczyć. Udało mu się o tyle, że złamał mu życie.
— Przecież to byli przyjaciele...
— Tak twierdzi po dziś dzień Culmer. I mnie się oświadcza z przyjaźnią. Wkrótce dowie się pani, co to warte.
Chwilowa energja naraz biedną kobietę opuściła. Bezwładnie zatonęła w fotelu.
— Panie — szepnęła, — tyle mi pan powiedział, że mi się w głowie miesza. Muszę zebrać myśli. Wrócimy do tej rozmowy innym razem.
Wyciągnęła do niego bezwładną rękę, którą Twardowski pocałował.
Zbliżył się do panny Wandy. Wstała z krzesełka i zrobiła parę kroków ku niemu.
— Co pan za straszną rozmowę z mamusią prowadził? — zapytaia pocichu. — Obserwowałam was przez cały czas. Dał jej pan do przeczytania jakiś list, który musiał być okropny.
— Przeciwnie, list ten sprostował okropne kłamstwo. Ale, droga pani, proszę mi dać słowo, iż pani mamie nie powie, że obserwowała naszą rozmowę. Zrobiłaby jej pani wielką przykrość.
Spojrzał ku pani Czarnkowskiej, ale jej nie spostrzegł. Opuściła salon.
— Kiedy pan tak mówi, to daję słowo — rzekła Wanda. — A sama dowiem się, co to było?
— Nie.
— Dziwny człowiek! Powiada krótko: nie — i odrazu mię przekonywa, że nie powinnam wiedzieć.
— Dziękuję pani za zaufanie.
Zbliżył się do nich trzydziestokilkoletni, przystojny blondyn, wysoki, pięknie zbudowany, z rozlanym na twarzy wyrazem nieświadomej siebie głupoty. Przywitał się dość poufale z panną Czarnkowską i poprosił ją o przedstawienie go Twardowskiemu. Dziewczyna dokonała ceremonji i oddaliła się do swego towarzystwa.
Nowy znajomy, pan Brzozowski, zaczął od wychwalania domu, w którym się znajdowali, i towarzystwa, które się w nim zbierało. Mówił, że nigdzie się nie spotyka tylu osób inteligentnych, i sam siebie widocznie do nich zaliczał.
— Ludzie inteligentni — mówił — powinni się więcej spotykać i wymieniać myśli. Wtedy wytwarza się atmosfera, w której żyć można.
Twardowskiego uważał za cenny nabytek dla tej atmosfery — słyszał o nim wiele. Wreszcie zaczął mówić o sobie. Jest adwokatem, ale go to nudzi: wolałby poświęcać cały swój czas pracy naukowej, którą obecnie tylko dorywczo może się zajmować. Pracuje nad historją cytadeli warszawskiej jako więzienia politycznego.
Twardowskiego porządnie nudził ten szczególny uczony i jego “naukowa” praca. Brzozowski wszakże trzymał go za guzik.
— Muszę wyrazić wielkie uznanie byłym więźniom, dziś żyjącym. Prawie wszyscy chętnie nadsyłają mi obszerne o sobie wiadomości.
Twardowski się nie dziwił. Najłatwiej o takich, co chętnie wzbogacają historję swemi biografjami.
Naraz Brzozowski przerwał:
— Moja żona daje mi znaki, żebym pana do niej przyprowadził. Pan pozwoli jej siebie przedstawić, nieprawdaż?
Nie czekając odpowiedzi, zaczął prowadzić pod rękę Twardowskiego, który był rad z przerwania rozmowy z nudnym głupcem.
W rogu kanapki siedziała piękna, żydowskiego typu brunetka: mierzyła Twardowskiego od stóp do głów przymrużonemi oczyma. Podała mu leniwie rękę i z zachęcającym uśmiechem wskazała miejsce koło siebie. Męża oddaliła spojrzeniem.
— Chciałam pana poznać, bo przepadam za inteligentnymi mężczynami.
Twardowski głośno się roześmiał.
— Śmieje się pan, bo przed chwilą rozmawiał pan z moim mężem. Niech się pan nie boi, ja go nie przeceniam. To jeden z najgłupszych i najnudniejszych ludzi w świecie.
Patrzył zdziwiony na kobietę, która zaczyna od takich zwierzeń.
— Dlatego właśnie — dodała — szukam prawdziwej inteligencji.
Patrzyła nań wyzywająco ciągle zmrużonemi czarnemi oczyma.
— Pan nie wierzy w inteligencję kobiet?
— Przeciwnie. Tylko to inteligencja różna od naszej. I dlatego tak nas zaciekawia.
— Naprawdę?... I pana ona interesuje?
— Bardzo.
— Ale choć mężczyźni są inteligentniejsi od nas, my ich lepiej rozumiemy, niż oni nas.
— Bo panie więcej się nami zajmują, niż my paniami.
— Widziałam pana raz tylko — pan mnie nie zauważył — ale już zdążyłam spostrzec, że pan jest bardzo pewny siebie i bardzo zuchwały.
Twardowski widział, że pani chce koniecznie zrobić konkietę, ale nie mógł się przytem opędzić myśli, że ma do niego jakiś interes. Chciał się dowiedzieć, co to może być, więc podtrzymywał rozmowę, wpadając w styl pani. Wreszcie, po upływie pół godziny pani zrobiła ruch, zapowiadający powstanie z kanapy.
— Już czas na mnie — rzekła. — Czy panby nie był taki miły i nie przyszedł którego dnia zjeść z nami obiad?
Twardowski, ciągle zaciekawiony, zapewnił ją, że będzie to dla niego szczególna przyjemność.
— A może jutro ma pan wieczór wolny? Widzę, że tak. Przyjdzie pan, o ósmej
— Owszem.
Powiedziała mu adres i odeszła.
Goście zaczynali się rozchodzić. Twardowski podszedł do panny Wandy.
— Nie widziałam pana nigdy tak ożywionym — rzekła z lekkim odcieniem ironji.
— Jak kiedy?
— Jak podczas flirtu z panią Brzozowską. Ona jest inteligentna, prawda?
— Nie wiem. Tym razem mówiła o rzeczach, które rozumie.
— A ja mądrzę się o tem, na czem się nie znam, tak?... Ach, jaki pan zły!
Twardowski wziął ton serdeczny:
— Nie, panno Wando, pani mnie przecie nie posądza o złośliwość względem siebie. Jak pani może siebie porównywać z taką panią Brzozowską! Gdyby kto inny to robił, obraziłbym się za panią.
Dziewczyna spojrzała nań wdzięcznie, zaczerwieniona z radości.
— A swoją drogą za dużo pan z nią flirtował — rzekła z udaną powagą.
— To jeszcze nie skończone: jutro będę u nich na obiedzie.
Popatrzyła nań badawczo i posmutniała.
Ujrzał wchodzącą do salonu panią domu i poszedł się z nią pożegnać. Pani Czarnkowska była już spokojna i pozornie swobodna, ale Twardowskiemu się wydało, że ma zaczerwienione oczy. Przy pożegnaniu spojrzała nań jakoś po macierzyńsku.
Profesor Kozieniecki tym razem Twardowskiemu przy wyjściu nie towarzyszył. Nie zwracał nań uwagi, siedział przy pannie Wandzie i coś szeroko jej opowiadał.
Ta wizyta w domu Czarnkowskich dostarczyła Twardowskiemu dużo materjału do myślenia.
Przedewszystkiem jedna z zagadek, dotyczących stryja, została rozstrzygnięta. Pani Czarnkowska niewątpliwie przed wyjściem za obecnego swego męża była narzeczoną stryja Alfreda i niewątpliwie go kochała. Małżeństwo ich rozbił Culmer przy pomocy zręcznie sfabrykowanego oszczerstwa. Widocznie prześladował i niszczył nieprzyjaciela na wszystkich polach, nie przebierając w sposobach. Kto wie, czy pani Czarnkowska nie rzuci więcej światła na wzajemny stosunek tych dwóch ludzi...
Szkoda, że tę rozmowę prowadzili w salonie i że panna Wanda ich obserwowała. Nie powinna nic o tem wiedzieć. Uważał ją wszakże za przyjaciółkę i wierzył w jej lojalność. Co więcej, zaczynał wierzyć, że budzi się w dziewczynie dla niego coś więcej, niż przyjaźń. Była widocznie trochę o niego zazdrosna. Niby żartowała, ale nie mogła ukryć podrażnienia...
Twardowski nie uważał siebie za zdobywcę serc kobiecych, nigdy to w jego ambicjach nie leżało, ale tym razem postanowił dziewczynę podbić. Zdaje się, że i ona czuje w stosunku do niego takie powinowactwo, jak on do niej. Postawił tę hipotezę, jak wiele innych w swojem życiu, taksamo z zapałem, jak tamte, tylko był to jakiś inny zapał, jakaś inna radość: nie lokowała się wyłącznie w mózgu, ale wstrząsała całą jego istotą. Ogarnął go niepokój, ale w tym niepokoju po raz pierwszy w życiu czuł się naprawdę szczęśliwym.
A ta pani Brzozowska?.. Czego ona może chcieć?... To nie jest zwykła chęć poflirtowania, czy też poszukiwanie awantury. Ona ma na niego jeszcze jakieś zamiary. Trzeba było dowiedzieć się czegoś o niej. Nie przyszło mu to do głowy, bo zanadto był zajęty panią Czarnkowską i Wandą.
Następnego dnia, wcześnie rano, służący od państwa Czarnkowskich przyniósł mu list, adresowany kobiecą ręką. Czyżby Wanda do niego napisała? Nie, to tylko pani Czarnkowska.
Prosiła go na wszystko, żeby wpadł do niej o którejkolwiek godzinie, rano czy popułudniu. Jest cały dzień w domu.
Poszedł koło dziesiątej.
Służący zaprowadził go do buduarku pani, która — jak oświadczył — była trochę niedomagająca.
Twardowski na wstępie spostrzegł straszną zmianę. Twarz wymęczona więcej niż zwykle, oczy podkrążone, wydawała się jakaś mniejsza, zredukowana; miejsce pańskiej dumy i pewności siebie, której miała wiele w swej postawie, zajęła jakaś dziwna pokora i prawie nieśmiałość. Patrzyła na Twardowskiego oczyma, w których nawet strach można było wyczytać.
Zaczęła mówić słabym głosem, ale równo i spokojnie, jak osoba, która dobrze wie, co i jak chce powiedzieć:
— Niech mi pan wybaczy, że panu czas zabieram, ale widzieć pana dziś musiałam. Spędziłam noc bezsenną, myślałam wiele, także i o panu, i wiele zrozumiałam. Pańskie zjawienie się w mojem życiu, pod jego koniec, nie jest zwykłym przypadkiem. Pana przysłał Alfred...
Widocznie spostrzegła na twarzy Twardowskiego obawę o jej równowagę duchową, bo zaprotestowała:
— Niech się pan nie boi — nie oszalałam. Mogło to się zdarzyć, gdybym była młodsza. Nie jestem również przesądną — jestem tylko religijną. Moja religijność nie zabrania mi wierzyć, że umarli myślą o nas i czasami z za świata nami rządzą.
Twardowski milczał. Myślał, że sam tak postępuje, jakby był pod rozkazami zmarłego stryja. Tylko on, zbrojny w aparat swojej wiedzy, inaczej to sobie tłumaczył.
— Gdym się dowiedziała od profesora Kozienieckiego o pobycie pańskim w Warszawie i o śmierci Alfreda, usłyszałam w duszy jakby rozkaz, żeby pana natychmiast poznać. Gdym rozmawiała z panem, chwilami miałam wrażenie, że to Alfred siedzi przede mną. Jakaś nieprzeparta siła ciągnęła mię do pana, a jednocześnie jakiś lęk mię zdejmował. Miałam przeczucie, że kończy się moje spokojne dogasanie, że pan pod koniec mego życia wnosi w nić katastrofę. Przeczucie mię nie omyliło: od wczorajszej rozmowy z panem spokój, choćby taki, jakiego zażywałam, już dla mnie nie, istnieje. Alfred chciał, żebym po jego śmierci dowiedziała się prawdy. To nie zemsta, on na to zbyt szlachetny: on czegoś ode mnie wymaga...
Zamilkła na chwilę, jakby sił jej zabrakło. Poczem zaczęła mówić z wysiłkiem:
— Byłam narzeczoną Alfreda.
— Wiem.
— On panu to powiedział?
— Nie. Wszystkie swoje sprawy zachował przede mną w tajemnicy i ze swą tajemnicą umarł. Chciał być tylko moim dobrodziejem: dać mi wykształcenie, zostawić mi majątek, a nie obarczać mnie swemi troskami. Niech jeden Twardowski, mówił, nie zmarnuje życia.
Po twarzy pani Czarnkowskiej płynęły łzy.
— A więc skąd pan tyle wie?
— Bo postanowiłem prawdy dociec i ukarać tych, co mu zniszczyli życie.
— A więc i mnie! — zawołała. — Ja go odstąpiłam, uciekłam od niego w chwili, kiedy najwięcej mnie potrzebował. Zdradziłam go, a on mi tak wierzył! Złamałam sobie życie, bo go kochałam i tylko jego kochać mogłam. Przez dwadzieścia długich, dla mnie strasznie długich lat myślałam, że jestem ofiarą nieszczęścia — dziś wiem, żem popełniła zbrodnię.
— Nie, pani jest tylko ofiarą cudzej zbrodni. Pozwoli pani, że o jedną rzecz zapytam. Według słów pani stryj Alfred wówczas najwięcej pani potrzebował. Dlaczego?
— Bo wtedy ludzie zaczęli się odwracać od niego: krążyły o nim rozmaite, potworne wieści i, niestety, zaczęto dawać im wiarę. Tylko ja niczemu nie wierzyłam, bo Alfred nie mógł zrobić nic nieszlachetnego. W chorobę jego po długim oporze uwierzyłam, bo dwaj wybitni lekarze mi to potwierdzili. Boże! gotowa byłam wtedy życie sobie odebrać... Popełniłam gorsze samobójstwo...
— A więc niszczyli go oszczerstwami. Broń tchórzów. Czuję w tem rękę mistrza Culmera.
— Któż jest ten człowiek? Zawsze coś mię od niego odpychało. Ale wszyscy o nim mówią tak dobrze.
— W tem tkwi największe łotrostwo. Na pytanie pani jeszcze dziś nie odpowiem. Muszę swoje śledztwo doprowadzić do końca. Ośmielam się mieć nadzieję, że znajdę pomoc i u pani.
— Zrobię wszystko, całą resztkę swych sił oddam, bo to będzie dla Alfreda.
— Gdyby on to mógł słyszeć!
— On słyszy na pewno.
Wyrzuciła te słowa z przekonaniem iluminatki.
Błagała go, żeby jej opowiedział wszystko, co wie o życiu stryja od owej strasznej chwili, o jego myślach, wreszcie o śmierci.
Opowiadał jej długo o owym dziwnym, przygnębiającym pogrzebie, o domu, czujnie strzeżonym, o tem, co wiedział od księdza, od doktora, wreszcie od Grzegorza. Zamilczał tylko o wysokości swego spadku, o rozmowie z Culmerem, wreszcie nic nie powiedział o owych niesamowitych krokach w bibljotece. Bał się wrażenia, jakie to może sprawić na nieszczęśliwej kobiecie przy jej sposobie myślenia i przy obecnym stanie jej nerwów.
— Pan mi pozwoli kiedy przyjechać do Turowa, być w tym domu i na tym cmentarzu?...
Pytanie to rzuciła nieśmiało, jakby niepewna przychylnej odpowiedzi.
Zapewnił ją, iż pragnie, by to się stało jaknajrychlej.
Choć myśl jego absorbowała w tej chwili biedna pani Czarnkowska, nie zapomniał sobie zadać pytania, jakby to zrobić, żeby przyjechała w towarzystwie Wandy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.